Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty

Nie znacie dnia ani godziny...

       Nie, nie, nie o końcu świata tym razem ;-) Choć pośrednio, w kontekście indywidualnym można tą sprawę ując jako koniec świata. Mianowicie chcę wszem i wobec apelować do każdej z Was razem i osobno:
Badajcie się dziewczyny, bo
nie znacie dnia ani godziny!
Tak, tak, w tej kwestii nie ma nic pewnego i każda chwila może być właśnie "tą" chwilą. Nie ma zbyt późnego, zbyt młodego wieku. Przypnijcie sobie i wszystkim znajomym kobietom Różową Wstążkę:
 

 
 
i propaguj wśród wszystkich znajomych świadome myślenie! Czy wiesz co Wam grozi? Czy wiesz jak się badać? Czy wiesz jak można pomóc? Orientuj się - póki czas!
 
              Nie, nie mam raka piersi. Na szczęście. Na razie. Ale opowiem w kilku słowach moją historię. Jestem niemal pół roku po zabiegu usunięcia guzka z piersi. Na szczęście - nie był złośliwy! Tym razem. A zaczęło się około 2 lata temu, kiedy delikatnie, w połowie cyklu zaczęła mnie pobolewać lewa pierś. Delikatny ból, nasilający się przy myciu, ucisku. Samobadanie nic mi nie dało, nic specjalnego nie wyczułam, ale delikatny ból (nawet ból to zbyt duże określenie) wciąż trwał. W końcu się zebrałam i wybrałam do ginekologa, który zbadał mi piersi i nic nie wyczuwając, dla "świętego spokoju" wypisał skierowanie na USG. USG wykonywane w państwowej przychodni nic nie wykazało, bardzo niemiła pani doktor, która je wykonywała wyśmiała moje "przewrażliwienie". Cóż - przestałam o tym mówić, myśleć, zamilkłam... Po roku jednak ból nie tylko trwał, ale powoli się nasilał, do tego podczas samokontroli piersi zaczęłam coś delikatnie wyczuwać. Ponownie wizyta u ginekologa, ponownie skierowanie na USG, które tym razem wykonałam w innej przychodni. Tam lekarz ledwie zerknął - od razu pokazał mi guzek, który mam w piersi. W nietypowym miejscu bo wysoko, "na godzinie jedenastej". Guzek o średnicy około 1,5cm. Stwierdził, że na podstawie USG nic nie może powiedzieć konkretnego, ale nie wygląda groźnie. Cóż, to pocieszenie, ale dopiero teraz zaczął się stres. Lekarz również podkreślił, że skoro objawy miałam już wcześniej (ta niedogodność - ból - wynikał ze zmian hormonalnych, a hormony moje są specyficzne bo leczyłam się hormonalnie 10 lat pod kątem progesteronu i prolaktyny...) to z pewnością i rok wcześniej na USG można było zauważyć ten guzek i nie dopuścić do rozrośnięcia... Żałuję, że trafiłam na niekompetentna lekarkę :-( ale teraz już tego nie zmienię, tylko mam nauczkę na przyszłość aby słuchać własnego organizmu! Formalności i NFZ-owskie procedury po tym pamiętnym USG trwały kilka tygodni (wynik musi być przekazany bezpośrednio do ginekologa, który wypisał skierowanie na USG a dopiero potem ten lekarz może wystawiać dalsze skierowania), jednak już w tak zwanym międzyczasie udało mi się zapisać do dobrego chirurga-onkologa w pobliskim szpitalu ginekologicznym. Wizyta krótka i treściwa: lekarz obejrzał wynik USG, zbadał mnie i zapisał za 3 tygodnie na zabieg. Powiedział, że oczywiście mam wybór, guzek nie wygląda na groźny, możemy czekać i obserwować jak rośnie i czy się multiplikuje, ale on zaleca usunięcie go bez czekania aż urośnie duży i groźny. Oczywiście zgodziłam się na zabieg. Byłam bardzo zestresowana, martwiłam się, denerwowałam, nie wiedziałam co mnie czeka i co się okaże. W pewną wrześniową niedzielę wieczorem zgłosiłam się na oddział szpitalny, grzecznie wypełniłam procedury, spokojnie przespałam noc, a rano niecierpliwie czekałam na zabieg (tym bardziej niecierpliwie, że po południu, do godz. 17:00 musiałam osobiście odebrać Synka z przedszkola! jestem samodzielną mamą i poza niedzielą nie miałam jak mu zapewnić innej opieki!). W końcu zabrali mnie na salę operacyjną, cały czas po głowie głaskała mnie niesamowicie miła i kojąca pani anestezjolog :-) Najbardziej ze wszystkiego (poza tym, że okaże się, że mam raka!) bałam się znieczulenia miejscowego! Potraficie sobie wyobrazić wbijanie igły w pierś? Brrrr! Chciałam żeby mnie lepiej przywiązali do łóżka, bo obawiałam się, że ucieknę lub komuś przyłożę ;-) Ale... nie było tak strasznie ;-) odczucie spokojnie mozna porównac do znieczulenia stomatologicznego - jeśli ktoś to przeżył to i takie przeżyje ;-) Kilka wkłuć, których później już nie czułam, zabieg usunięcia guzka kompletnie bezbolesny, w międzyczasie dosłownie minimalna (nie pamiętam ile ale dosłownie kropelka jak to pani anestezjolog określiła) "głupiego jasia" dla rozluźnienia, po którym od razu się uspokoiłam, uśmiechałam i myślałam o tym, że wszystko będzie dobrze :-) Moment szycia i już :-) Po wszystkim! Po dwóch godzinach wyszłam ze szpitala i o 16:00 byłam w przedszkolu po Synka ;-) Fakt przez dwa dni odczuwałam ból, musiałam okropnie uważać na lewą stronę ciała i chodziłam przytrzymując pierś ręką, jak z ręka na temblaku ;-) Potem z dnia na dzień było coraz lepiej. Po kilki dniach zmiana opatrunku, po tygodniu kontrola szwów, po trzech odbiór wyników badania histopatologicznego. Gruczolakowłókniak. Nie złośliwy. Nie mam raka! Ale od czasu tej "przygody" JESTEM ŚWIADOMA i apeluję do wszystkich kobiet na świecie:
 
Badajcie się dziewczyny, bo
nie znacie dnia ani godziny!
 
PS: Na własną pamiątkę zrobiłam sobie zdjęcie tego "świństwa" co mi wycięli, ale ze względów estetycznych nie będę go tu prezentować! Jeśli ktoś jest bardzo ciekawy - mogę przesłać indywidualnie na e-mail - w tej sytuacji proszę o kontat - zobaczycie co może się ukrywać w piersiach!