Matricium

          Znów dopisało mi szczęście i zostałam obdarowana zestawem 5 ampułek słynnego Matricium Biodermy. Wygrałam rozdanie u angelisia.k i paczuszka do mnie dotarła już jakiś czas temu, jednak czekałam z wypróbowaniem na odpowiedni moment, kiedy na mojej alergicznej skórze nie będę miała żadnych dodatkowych znaczących zmian, kiedy również będe miała czas aby wnikliwie obserwować efekty działania Matricium :-)
          Sponsorowana przez producenta paczuszka zawierała 5 ampułek specyfiku. Z wielką chęcią zabrałam się za testowanie. Markę Bioderma znam dobrze, bo na stałe używam kilku kosmetyków tej marki (recenzje wkrótce), a także korzystam z linii do skóry atopowej (dla mojego Synka). O samym produkcie słyszałam i czytałam wiele dobrego, mając bardzo dobrą opinię o marce, byłam ciekawa tak nowoczesnego, rewelacyjnego produktu! Zanim jednak sama kupię drogą nowość, lubię ją wcześniej sprawdzić, przetestować (jest to konieczne, ponieważ jako alergiczka często reaguję uczuleniem na nowe kosmetyki). I taka okazja mi się właśnie trafiła :-)
          Angelisia.k na swoim blogu prezentuje relację z pełnego, 30-dniowego testowania całej kuracji Matricium. Bo cała kuracja trwa 30 dni. Ja otrzymałam zestaw 5 ampułek. Jak to mam w zwyczaju, zaczęłam od szczegółowej lektury ulotki, która jest prosta, jasna, czytelna, zawiera wszelkie potrzebne informacje. Same ampułki są naprawdę wygodne w użyciu, łatwo otwierane i zamykane (po otwarciu można przechowywać do 12 godzin a więc ampułka wystarcza na dwie aplikacje dziennie - jak też i ja ją stosowałam). Proste, czytelnie oznaczone, bez zbędnych ozdobników - mi bardziej kojarzą się z lekiem niż z kosmetykiem - może to i dobrze? Specyfik ma silne działania więc ozdobnym opakowaniem nie powinien zachęcać do lekkomyślnego stosowania i wpadać każdemu w oko ;-)
          Matricium stosowałam przez 5 dni, dwa razy dziennie rano i wieczorem, nanosząc na oczyszczoną skórę twarzy, ze szczeglnym uwzględnieniem czoła i bruzd przy nosie. Łatwo się aplikuje, łatwo się rozprowadza, delikatnie pachnie. Nie uczula mnie! Po aplikacji Matricium nie wystąpiła u mnie żadna reakcja alergiczna! Produkt szybko i łatwo się wchłania, przez chwilę powodując lekkie uczucie napięcia skóry, ale naprawdę delikatne. Z moich obserwacji wynika, że zgodnie z informacją producenta, Matricium rzeczywiście wchłania się całkowicie, a więc jak rozumiem - i całkowicie sie przyswaja! 5 dni to zaledwie ułamek sugerowanej kuracji (30 dni), ale zawsze to jakas próbka możliwości specyfiku. Wygodne opakowania, łatwa aplikacja i pełna przyswajalność - to już duże zalety! Moje wrażenia są poza tym... pozytywne! Po tych 5 dniach, moja ponadtrzydziestoletnia cera, zestresowanej, zapracowanej, niewyspanej Matki Polki ;-) dodatkowo katowana używkami i brakiem odpowiedniej pielęgnacji (z braku czasu i z powodu alergii na wiele kosmetyków), wyglądała wyraźnie lepiej! Widocznie poprawił się koloryt skóry - z do tej pory poszarzałej, bladej, stała się żywsza, leciutko zaróżowiona, trochę brzoskwiniowa, czyli odzyskała swój "naturalny" wygląd :-) Ponadto skóra jest wyraźnie odżywiona. Nie jest to drastyczna, ale naprawde widoczna różnica. Skóra jest ujędrniona, wygląda na dobrze odżywioną, taką "pełną". Tak też sie czuję - nie odczuwam suchości, wiotkości na twarzy. Skoro efekty po 5 ampułkach sa tak widoczne, to po pełnej 30-dniowej kuracji chyba buzię miałabym piękną jak w czasach młodości ;-) Podsumowując: tak, obiegowe bardzo pochlebne opinie o Matricium potwierdzam! Polecam! Cena od 149,9zł za zestaw 30 ampułek wydaje się być wysoka (ja sobie na pewno nie sprawię, ale wpisuję na listę prezentów jakie chce dostać!), jednak od samej wysokości ceny, ważniejsza jest relacja ceny do jakości! A w tym przypadku jest to chyba jedna z najlepszych możliwych relacji, bo za taką cenę mamy produk pełnowartościowy, nie uczulający, łatwo do stosowania i co najważniejsze: działający :-) Bioderma po raz kolejny sprawdziła się w moim przypadku jako rzetelna, nowoczesna, perfekcyjnie dbająca o moje potrzeby marka.

A teraz smarując spierzchnięte alergiczne usta balsamem Atoderm, szykuję się na szałowego (pierwszy raz od wielu lat poza domowym zaciszem!) Sylwestra, w wyjątkowym hotelu, który z chęcią dla Was zrecenzuję po powrocie. Demakijaż po imprezie wykonam moim ulubionym płynem Hydrabio H2O. A Wam wszystkim życzę Sylwestra wystrzałowego, w wymarzony sposób spędzonego :-) Oraz mnóstwa pozytywnej energii i kreatywnych pomysłów w Nowym Roku :-)

"Korneliusz"

           Korneliusz to nazwa robocza. A czemu? A bo uszyty z pomocą Kornelii ;-) Wcześniej był Kleofas, więc w tym wykroju mam już wprawę, to tym razem szybko poszło! Najpierw szybko skroiłam, oczywiście z mojego ulubionego polaru mięciutkiego. Następnie duże elementy, tułów, część głowy, zszyłam z ogromnąpomoca Kornelii :-)
 


Nie wygląda to idealnie (lewa strona), namęczyłam się bo a to mi za grubo pod igłą, a to się ślizga, a to co chwila jakieś "zakręty", ale w stosunkowo krótkim (w stosunku do szycia ręcznego!) czasie udało się cały tułów przygotować :-) Uszy, trąbę i stopy - ponieważ to zbyt małe elementy - doszywałam już ręcznie (w metrze, w czasie drogi do i z pracy!), dokleiłam oczka i voila: Korneliusz jak żywy ;-)
 


Korneliusz powędrował do małego Adasia, miłośnika zwierząt wszelakich i mam nadzieję, że ucieszył go pod choinką ;-)
A my z Kornelcią zacieśniamy naszą przyjaźń :-)



Odświętne przechwałki :-)

     Wczoraj nareszcie ubraliśmy choinkę. Jest inaczej niż było przez ostatnie lata, bo ja od lat ustawiałam choinkę bardzo wcześnie ponieważ uwielbiam klimat świąteczny i w zasadzie już od początku grudnia siedziałam pod pachnącą, zawsze żywą choinką i słuchałam świątecznych piosenek :-) Zawsze też choinka była ustrojona w mój tradycyjny zestaw ozdób w kolorach granatu i srebra. 
      W tym roku jest inaczej. Choinkę mamy dopiero od kilku dni, w tym roku udało mi się skorzystać z akcji prowadzonej przez RMF i dostaliśmy Choinkę pod Choinkę w prezencie :-) Wystałam się, wymarzłam, ale śliczna pachnąca choineczka stała od niedzieli na balkonie i czekała na swój czas! Przez ostatnie lata ze względu na małego Synka choineczki miałam małe, a tym razem duża, co prawda nie do sufitu jak sobie wymarzyłam, ale wyższa ode mnie (o co zresztą nietrudno!). Tym razem również w odstawkę poszły tradycyjne zrównoważone kolory i większość ozdób na choince (nie wszystkie, jest kilka bombek np. w kształcie samochodzików czy piłki nożnej) jest wykonana ręcznie, wiele też jest pachnących i jadalnych ozdób :-) 
        Pierwszy raz w życiu ubierałam choinkę razem z Synkiem! Na pierwsze swoje Święta w życiu był niemowlaczkiem jeszcze, na drugie jakoś też niezbyt zainteresowany był kłującym drzewkiem, rok temu powiesił jedną bombkę i oznajmił, że jest to nudne i sama sobie matka ubieraj choinkę ;-) W tym roku nareszcie się zainteresował! Magiczne wspólne chwile przy dźwiękach świątecznych piosenek, wieszanie ręcznie robionych ozdób, pięknie! Większość choinki Synek ubrał samodzielnie, a ja tylko pomagałam ewentualnie podnosiłam go do góry gdzie nie sięgał. Pod koniec jednak dziką fascynację wzbudziły kable od lampek i włączanie ich i wyłączanie na zmianę co chwila ;-) Dokończyłam sama i jestem wzruszona naszym magicznym kolorowym takim naprawdę "naszym" drzewkiem :-) Oto ono:


Z materiałowymi ozdobami wygranymi w Candy nabiegunachArt i u Agi :-)


Mięciutkie serduszko (też wygrane) i kilometry ręcznie robionego kolorowego łańcucha :-)


Chłopięce elementy na naszej choince :-)


Bombka, którą własnoręcznie 2 lata temu w żłobku wykonał mój Synek :-) I suszona pomarańcza :-)

Bombka w kształcie rybki malowała własnoręcznie przez Synka w tym roku w przedszkolu :-)

I kolejna bombka made by Synek :-)


Bombka ręcznie malowana - prezent z Warsztatów Świątecznych, na których był Synek :-)


Szydełkowy Aniołek - przecudny prezent od Madzi - dziękujemy!

I Wam wszystkim życzę nie tylko pięknej i pachnącej choinki, ale przede wszystkim pod nią dużo spokoju, bliskości, radości i miłości - nie tylko w same Święta ;-)

Kartki po fochu ;-)

Jak wspominałam na FB, za kartki świąteczne wzięłam się kilka dni temu ale kiedy już przy pierwszej posklejały mi się palce klejem typu super glue, to się wkurzyłam, obraziłam i strzeliłam focha na takie kartkowanie :-P Dopiero przedwczoraj wieczorem naszła mnie wena twórcza więc choć późno i oczy się kleiły (tym razem nie palce!) to dzielnie wykonałam kilka karteczek. Z góry przepraszam za kiepską jakość (i kartek i zdjęć), ale było już grubo po północy kiedy skończyłam i ledwie widziałam na oczy a chciałam "uwiecznić" efekty przed wysłaniem kartek.
Ale może zanim zaprezentuję, najpierw chcę pokazać kartki, które w zeszłym roku wykonaliśmy wspólnie z Synkiem. To były nasze pierwsze w życiu własnoręcznie wykonane, a małe rączki i małe oczka niesamowicie się cieszyły efektami:

Kartka Aniołkowa.

Kartka Bałwankowa.

Kartka Mikołajowa.

Kartka Choinkowa.
Jak widać w zeszłym roku kartki były pachnące, na dwóch z nich są elementy wykonane ze skórki mandarynek :-) Było tez dużo brokatu, który mój Synek uwielbia!
A w tym roku (już bez pomocy małych rączek, a może szkoda...) prezentowały się tak:

Elegancka Kartka z Gwiazdą.

Kartka Mikołajowa.

Włóczkowa Choinka.


Elegancka Gwiazdkowa.

Zaśnieżona Kartka Choinkowa.
 

 
Elegancka Pachnąca Bombkowo-Pomarańczowa.






Nasz pierwszy raz :-)

     Zacząć muszę od tego:





























          To powyżej to są moje nie dające się wyrazić żadnymi słowami wyrazy wdzięczności, po prostu nieopisanej wdzięczności :-) Wdzięczność należy się Wioli z Bezdomnej Szafy :-) Życzliwa Kobieta, postanowiła nam urządzić Światowy Dzień Życzliwości i zaproponowała z tej okazji niesamowite Candy, w którym szukała domu dla Kornelii. Oczywiście nie mogłam się nie zgłosić, bo dom nasz przytulny i życzliwy, choć takiej lokatorki nigdy jeszcze nie gościł ;-) Zgłosiłam nasza ofertę, jednak w gąszczu życzliwych domów chetnych do jej przyjęcia wydawałam się sobie taka niezauważalna... Inaczej jednak pomyślała Wiola - nie tylko zauważyła nasz dom, ale to właśnie nasz dom wybrała dla Kornelii! Po tej informacji przez dwie godziny głos mi wiązł w gardle, łzy radości ciekły i ręce się z ogromnej radości trzęsły! Nie posiadałam się ze szczęścia!
     Jak już wcześniej wspomniałam, zawsze myślałam, że nie umiem szyć, a tu niedawno okazało się jednak cos innego ;-) Ale szycie w ręku trwało godzinami, na co niestety praktycznie nie mam czasu :-( Maszyny nigdy w życiu nie dotykałam nawet palcem, jednak pół życia byłam z nią "blisko" bo moja mama szyje od dziecka i potrafi na swojej maszynie uszyć dosłownie wszystko! Od dziecka oswoiłam się z widokami płacht z wykrojami z Burdy leżącymi na podłodze, ze szpilkami, fastrygami, z turkotem maszyny, nawijaniem nici... A teraz to miało stać sie moim udziałem :-) Pewne onieśmielenie ale i nieopisana radość i wdzięczność!
      Gdy Kornelcia do nas dotarła, zgotowaliśmy jej huczne i gorące powitanie :-)
 


         Przez pierwsze dni oswajałyśmy się ze sobą, Kornelcia dostała honorowe miejsce na widoku i cieszyła oko, czasem ją pogłaskałam, popatrzyłam, a ja jedynie w spokojniejszych chwilach rozkoszowałam się wnikliwą lektura całej instrukcji obsługi :-) Myśli zajmowały mi też plany co mogę z jej pomocą uszyć, skąd wziąć wykroje i jak to będzie... Ostatnio zakupiłam kilka niedużych kawałków materiałów aby podjąć pierwsze próby...
       I stało się! Dziś w nocy, dokładnie o północy (tak wyszło), przeżyłyśmy z Kornelcią nasz pierwszy raz! Jak to za pierwszym razem bywa, nie poszło na początku gładko ;-) Ja onieśmielona, zdenerwowana i "zielona", a i ona stawiała lekki opór (przy górnej nici!). Jednak po trzech nieudanych podejściach i lekko drżącej nodze na pedale... udało się! Wykonałyśmy wspólnymi siłami nasz pierwszy szew! Oto on:
 

(Nie, nie szyłam do tyłu, zdjęcie tylko w celach prezentacyjnych :-P)
 
   Rozochocona faktem, że zaczynamy łapać kontakt i chwilą wolnego czasu (chory Synek nocuje u Babci...), złapałam kawałek nowo nabytej dzidziusiowej flanelki i postanowiłam szybko uszyć powłoczkę na jasiek :-) Śpimy z ogromną ilością poduszek i jaśków, którymi się obkładamy z każdej strony, to jeszcze moje przyzwyczajenie z czasów ciąży, kiedy do zajęcia wygodnej i komfortowej pozycji do snu potrzebowałam 2 oparć od kanapy, 3 dużych poduszek i 8 różnej wielkości jaśków... Jeden jest nieco większy i miałam na niego tylko jedną powłoczkę, która się popruła (teraz mogę zszyć! z pomoca Kornelci!) i wykroiłam sobie na ten jasiek poszewkę. Nadal z nieco drżącą nogą ale już wiedząc co i jak, zszyłam. Cóż, hmmm, nie do końca to o co chodziło, ta zakładka z tyłu zamiast na zewnątrz wszyła mi się do środka, nie tak miało być, ale mniejsza z tym, to nasz pierwszy raz, powłoczkę da radę założyć, czyli "działa" - jest ok :-)
 


   Nasze pierwsze wspólne dzieło: ja i Kornelcia uszyłyśmy powłoczkę na jasiek :-) Jestem dumna i szczęśliwa :-) Na pewno do mistrzów krawiectwa mi daleko, ale jestem na dobrej drodze, żeby zacząc szyć dobrze a co najważniejsze więcej i częściej :-) Nie wiem kiedy będę miała (przy chorym dziecku) następną wolną chwilę aby zabawiać się z Kornelią, ale już tęsknię za tymi chwilami ;-) Miała być pościel dla Juleczki ale moja siostra stwierdziła, że jeszcze nie ma pościeli, więc nie wie jaki rozmiar, a na razie dzieciątko i tak będzie spało z nimi lub pod kocykiem, więc temat odsunięty w czasie. Ale moje szyciowe zobowiązanie wobec przedszkola wciąż czeka na wykonanie... Może w Święta się uda? Ach, nie mogę się doczekać!
 
                        Wiolu - dziękuję!!!




Candy dla Lejdis ;-)

Mimo, żem wciąż w wielkim wirze przygotowań świątecznych (przeplatanych okropnymi wirusami), to zgodnie z obietnicą, już teraz zapraszam na szybkie kobiece CANDY DLA LEJDIS ;-)
Aby zacząć miło Nowy 2013 Rok, Candy kończy się 31 grudnia a 1 stycznia ogłoszę wyniki :-)
Zacznijmy od najważniejszego: do wygrania pachnący, różowiutki zestaw oraz Plusssz Lady włosy i pazonkcie - coś specjalnie dla kobiet (choć oczywiście jeśli jakiś mężczyzna ma ochotę wziąć udział - zapraszam!).


Powyżej zdjęcie nagrody :-)
Zasady podobne jak ostatnio:
1. Obserwowanie i lubienie mnie na FB nie jest obowiązkowe ale bardzo mile widziane i sprawi mi dużo przyjemności :-)
2. Blogujący zamieszczają powyższy banner na pasku bocznym bloga. Osoby bez bloga pozostawiają w komentarzu adres e-mail.
3. Candy trwa od dziś do 31 grudnia 2012 a wyniki ogłoszę 1 stycznia 2013.
4. Znów nie będzie losowania, bo nadal nie wiem jak to od strony prawnej wygląda. Dlatego zwycięzcę wybiorę osobiście i bardzo subiektywnie. Proszę w komentarzu wpisać jak rozwiązalibyście mój problem: powinnam brać regularnie różne witaminy, suplementy, ale ciągle o tym zapominam! Mało tego - leki nie mogą leżeć "na wierzchu" ponieważ mam małe dziecko i nie mogą być w zasięgu jego rączek. Czekam na pomysł: jak pamiętać o regularnym braniu witamin? Piszcie co Wam przyjdzie do głowy: mądrze, śmiesznie, wierszem, prozą, jednym zdaniem, praktycznie, kreatywnie... Odpowiedź, która najbardziej przypadnie mi do gustu wygrywa :-) Na pewno będę wypróbowywać Wasze pomysły, może któryś wreszcie okaże się skuteczny?
5. Życzę wesołej zabawy :-)
PS: 1 stycznia koniecznie sprawdzajcie wyniki, bo 3 dni później wyjeżdżam na miesiąc i jeśli zwycięzca nie poda mi szybciutko danych do wysyłki, na nagrodę będzie musiał poczekać jeszcze miesiąc...

Pierniczki

         Uwielbiam piec i ozdabiać pierniczki a już odkąd jestem mamą i mam wspaniałego małego pomocnika to jest to sama przyjemność :-) Nie jestem w tym wielką artystką, ale na nasze domowe potrzeby i dla najbliższych - wystarczająca ;-) Z tego przepisu korzystam od 3 lat. A to z tego względu, że jest przepisem bezmlecznym oraz możliwym do realizacji w wersji bezglutenowej (wtedy zamiast mąki pszennej dodajemy mąkę kukurydzianą, ewentualnie koncentrat mąki bezglutenowej), a na takiej diecie byliśmy ze względu na Synka przez poprzednie lata.
         Pierniczki rewelacyjnie nadają się na ozdoby, do zawieszania na choinkę. Nie są zbyt słodkie, za to są dość twarde i nie za bardzo kruche! Polecam do ozdabiania, lukrowania, ładnego pakowania i znajomym wysłania :-)

Zaczynamy od roztopienia 10dkg masła (lub margaryny w wersji bezmlecznej). W tym czasie w misce mieszamy 50dkg mąki pszennej (lub innej, bezglutenowej), łyżeczkę sody oczyszczonej, 2 duże jajka, 10 dkg cukru pudru, 10 dkg miodu (lub słodu ryżowego w wersji dla alergików!) oraz około 2 czubate łyżki przyprawy do piernika (ja dodaję sporo, każdy jak lubi, można gotową dodać albo samodzielnie zrobić z goździków, ziela angielskiego, cynamonu, kardamonu, gałki muszkatołowej, kolendry i pieprzu na przykład). Dodać roztopione ale nie gorące masło, wyrobić z tego ciasto, które może być nieco klejące (i jest to normalne!). Podsypując obficie mąką rozwałkowujemy ciasto na grubość nie mniej niż 5mm bo cieńsze może się przypalać i łamać! 




Układamy na wysmarowanej tłuszczem blasze i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez 8-10 minut. Pięknie dekorujemy i ze smakiem zjadamy :-)

Dziś niestety już wyczerpani po aktywnym dniu, więc ozdabianie zostawiamy na kiedy indziej ;-) 

Wyniki Candy

Sama zawsze z niecierpliwością czekam na wyniki, więc dziś bez zbędnych ogródek: pierwsze Candy u Ma_niusi wygrywa:

Gratuluję! I poproszę o maila z adresem do wysyłki nagrody :-)
Nie widziałam tego filmu ani nie czytałam książki, ale po takim opisie poszukam na pewno! Dodatkowo skusił mnie Sean Penn, który choć nie jest moim jakimś ulubieńcem to mam do niego sentyment z powodu filmu "Sam". A i fabuła poleconego filmu wydaje mi się interesująca.


Choć najchętniej nagrodziłabym wszystkich, którzy wzięli udział w moim candy, to na razie mogę Wam wszystkim tylko ślicznie podziękować (i po cichu obiecać, że w ciągu tygodnia pojawi się następne Candy, w całkowicie innym stylu!)!

Natomiast... jestem zmuszona przyznać dodatkową nagrodę! Otrzymuje ją osoba, która pozostawiła anonimowy wpis z adresem mail: melmanka...
Film "Bez mojej zgody" oglądałam (choć książki nie czytałam) i wyłam na nim jak bóbr, długo po seansie nie mogąc podnieść się z fotela! Oglądałam go wkrótce po porodzie i początkowo moje emocje składałam na karb szalejących hormonów, jednak nawet bez hormonów - film robi ogromne wrażenie! Ciebie też poproszę o kontakt mailowy, bo mam dla Ciebie skromniejszą nagrodę, ale też książkową :-)

Bardzo dziękuję wszystkim za odwiedziny i udział w Candy i już lada moment zapraszam na kolejne!

Matka, prać?

               Po raz kolejny korzystam z uprzejmości portalu Mama Na Zakupach i mam możliwość krytycznie przetestować nowy produkt :-) Dziękuję portalowi i producentowi za niesamowicie miłą współpracę i liczę na kolejne możliwości wypróbowywaia nowości :-)
               Pytanie zasadnicze - Matka, prać? Ano prać, prać! Nie ma wyjścia ;-) Kiedy byłam sama sobie sterem, żeglarzem i okrętem, pranie nie miało jakiegoś wielkiego znaczenia. Zbierały się rzeczy do prania, segregowałam na kolory i raz na jakiś czas prałam - koniec tematu. Odkąd jestem mamą pranie przybrało inny wymiar! Jeszcze będąc w ciąży dobierałam najdelikatniejsze proszki i płyny, czytałam metki na wszystkich ubrankach, zastanawiałam się nad temperaturą prania czy płynami do płukania. Po urodzeniu Synka, pranie zajęło wysoką pozycję wśród regularnie wykonywanych czynności. Tu się ulało, tu pieluszka przeciekła, tu spocone; potem pojawiły się plamy z marcheweczki, buraczków, szpinaczków; następnie doszły wyświechtane o podłogę w czasie raczkowania kolana i rękawy; nieustanny ślinotok towarzyszący ząbkowaniu też robił swoje; kiedy dziecię przybrało już pozycję pionową doszły dalsze ciekawostki jak kredki, flamastry, czekolada, błoto i co kto tam sobie jeszcze wymyśli! A więc prać jak najbardziej!
Pytanie zasadnicze w naszym przypadku to jednak ledwie połowa sukcesu, bo dochodzi pytanie: jak prać? Dwoje alergików z AZS, z niesamowicie wrażliwą skórą nie pozwoli na byle co ;-) Metodą prób i błędów, kilku prań okupionych silnym kichaniem i okropnym swędzeniem, dobrałam idealny proszek do prania, który nie tylko prał (i dopierał!) ale i nie uczulał. Wszystko super, tylko portfel na tym cierpiał nieustannie i chudł w oczach ;-) Dbając o tuszę portfela powróciłam do proszku "dorosłego" ale w wersji Sensitive, w którym prałam swoje ubrania zanim urodziłam Synka. Na szczęście okazało się, że również go toleruje! Portfel się cieszył, ja też, ale choć Synek go tolerował to skóra z AZS pozostawała nieco sucha i szorstka :-( A teraz skorzystałam z możliwości przetestowania nowego na rynku proszku hipoalergicznego Concertino Baby Color.
Dostałam duże opakowanie (1,6kg) proszku do kolorów i zabrałam się za testowanie.

                Pierwsze co zwróciło moją uwagę to niesamowicie kolorowe a jednocześnie czytelne opakowanie. Czy to dobrze? Najpierw się ucieszyłam, bo kolorowe zwierzątka sympatyczne, ale z drugiej strony tak przyciągające wzrok "dziecięce" opakowanie może być nie lada pokusą dla małych łapek! Jasne, trzymam środki chemiczne zabezpieczone przed dzieckiem (mam nadzieję, że jak każda z mam?), ale ryzyko zawsze jakieś potencjalne istnieje. Komentując dalej opakowanie, wiele dla mnie znaczy widoczny wyraźnie znaczek, informujący o pozytywnej opinii Centrum Zdrowia Dziecka. Dla mnie taki znaczek świadczy o tym, że producent naprawdę dba o jakość, rzetelnie dba o dobro i zdrowie małych użytkowników jego produktu - nie produkuje byle czego reklamując na szeroką skalę, ale wie co robi, po co i dla kogo: za tu mnie wielki plus! Na opakowaniu znajdują się bardzo jasne i czytelne piktogramy i opisy, rzetelnie informujące o zastosowaniu proszku (ilości, temperatura) jak i jego składzie. A skoro przy składzie jesteśmy, to natychmiast muszę podkreślić coś bardzo ważnego. Produkty tej marki nie zawierają parabenów, fosforanów ani zeolitów. Mimo że w czasach szkolnych bardzo lubiłam chemię, to nie jestem ekspertem w tych sprawach. Niezależnie od mojej wiedzy, ogólnie wiadomo, że im mniej chemii tym lepiej ;-) Parabeny są zbędne więc dobrze, że w tym proszku ich nie ma. Brak fosforanów - pomaga nam być bardziej eko, nie wychodząc z domu ;-) Brak szkodliwych zeolitów w składzie to również zaleta, choć o ile się nie mylę mają one funkcje zmiękczające i brak tej fukcji jest odczuwalny dla użytkownika proszku. Ale o tym później. Tak więc opakowanie i skład, mimo drobnych zastrzeżeń, o których wspomniałam - ogólnie na plus! Po otworzeniu paczki zgodnie ze swoim nawykiem od razu powąchałam proszek. Trochę się przeraziłam, bo zapach choć przyjemny to bardzo silny - a to niewskazane dla alergików takich jak my! Na szczęście po praniu, na ubraniach ten zapach nie jest silny, jest bardzo subtelny i delikatny, niemal niewyczuwalny - ufff! Bardzo ważna z mojego matczynego punktu widzenia cecha to fakt, że proszek nadaje się do prania w pralkach automatycznych, wirnikowych jak i do prania ręcznego - dla mnie to niebywała wygoda bo nie lubię mieć poustawianych w szeregu proszków i wybierać który do czego a tak mam jeden sprawdzony produkt do każdego typu prania!
                W końcu wyprałam pierwsze pranie w nowym proszku. Z wielką precyzją odmierzyłam ilość (proszek jest wydajny!), choć wcześniej zawsze wsypywałam "na oko" tyle co wiedziałam, że jest skuteczne. Nastawiłam program ten co zazwyczaj (40 stopni) i czekałam na efekty. Moje wrażenia po praniu? Delikatny zapach, o którym już wspomniałam, pranie wyprane (choć zaznaczę całkiem szczerze, że nie doprały się zaschnięte plamy z jedzenia np. śmietany - ale to moja wina! piorę około 5 razy w tygodniu, więc nie mam w zwyczaju namaczać prania wcześniej i jeśli Synek czymś się zachlapie to tego samego czy następnego dnia wrzucam do pralki i "się pierze" i zazwyczaj się dopierało po jednym praniu; tym razem się nie doprało, ale może powinnam była namoczyć?), żadnych zacieków, żadnych plam, pranie rzeczywiście wygląda na czyste i świeże! Generalnie to tak się trochę "czepiam", po prostu bardzo bardzo wnikliwie i dokładnie testuję to, co otrzymuję do testów! Być może gdybym postępowała zgodnie z "instrukcją" i prała z namaczaniem to dopierałoby się od razu ;-) Dodajmy też, że proszek kierowany jest przede wszystkim dla maluszków - a te dzieci na ubrankach miewają różne rzeczy a niekoniecznie zaschnięte jedzenie ;-) Poza tą zaschnięta plamą dopiera wszystko i nie mam więcej zastrzeżeń :-)
               Kolejną właściwością proszku, na którą zwracałam dużą uwagę jest jego łagodność i oddziaływanie na alergików. Po wyjęciu i wysuszenia prania najpierw lekko się zdenerwowałam, bo ubrania były stosunkowo (w porównaniu do ubrań pranych w moim "starym" proszku ale za to z płynem do płukania - również Sensitive) szorstkie i sztywne. Znów moja wina - nie pomyślałam, żeby użyć płynu do płukania, a przecież (jak po fakcie sobie przypomniałam), w ofercie Concertino Baby są dostępne również płyny do płukania! Bardzo mnie to cieszy, bo nie lubię łączyć w jednym procesie różnych marek. Płynu jeszcze nie testowałam, ale mam taki zamiar! Tak więc pomijając moją gapowatość - efekty po praniu również na plus! Mniejsza jednak z szorstkością czy nie bo szczerze mówiąc nie to jest dla mnie najważniejsze. Najważniejsze jest zdrowie i samopoczucie Synka i stan jego skóry! Niesamowicie uważnie obserwowałam jego skórę po korzystaniu z ubranek wypranych w Concertino Baby, jednocześnie nie zmieniając żadnych innych nawyków, kosmetyków czy diety - aby ewentualne zmiany mogły mieć tylko jedną jedyną przyczynę. I co? I nic. Kompletnie nic. Ani jednej krostki, zaczerwienienia, swędzenia - nic. Proszek testuję od kilku tygodni, jestem w posiadaniu już kolejnych opakowań, więc nie jest to jednorazowy efekt, a stan po kilkunastu praniach. Na własnej i Synka skórze potwierdzam właściwości hipoalergiczne i łagodność proszku Concertino Baby Color! Nie mam najmniejszych zastrzeżeń pod tym względem. I proszek nie tylko na stałe zostaje przy naszej pralce:
 


ale i zawita wkrótce do pralki mojej siostry (też alergiczki, która spodziewa się dziecka i to całkiem niedługo!) - zapas już kupiłam :-) Proszek jest dostępny, więc zainteresowanych odsyłam do sklepów - i nie zapomnijcie, jak ja, o płynie do płukania ;-) A będąc przy kupowaniu jeszcze, pozytywnie zaskoczyła mnie cena tego proszku. Jest porównywalna z ceną mojego "dorosłego" dotychczas używanego proszku a znacznie, znacznie niższa od ceny wcześniej używanego hipoalergicznego proszku dla niemowląt! To naprawdę miłe zaskoczenie!
           Podsumowując, z czystym sumieniem polecam ten proszek nie tylko dla niemowląt i maluszków, ale dla wszystkich atopików i alergików w każdym wieku :-)


Emocje

           Bardzo bardzo przepraszam, że na kolejny post musieliście tak długo czekać, ale poza zwyczajną prozą życia uniemożliwiającą mi skutecznie regularne pisanie (w końcu praca z dojazdami zabiera mi 10 godzin dziennie z życiorysu, a resztę - nie bez przyjemności - pochłania mój Synek), cały weekend przeżywałam bardzo emocjonalnie moją wygraną w życzliwym candy u Wioli! To dopiero były emocje! Ale dziś o innych emocjach będzie ;-) Tym bardziej mi głupio, że z wielką radością mogę powitać nowych Czytelników! Zakładając bloga byłam - jak to ja - realistyczną optymistką i nie spodziewałam się uzyskac w tak szybkim tempie tak szerokiej publiczności a przybywa Was i jako obserwatorów i fanów na FB. Dziękuję Wam za Waszą obecność i za wszystkie, choćby wirtualne znajomości, które tu nawiązałam :-)
              A teraz do rzeczy. Miało być o emocjach i będzie. Na początek króciutka recenzja  ciekawej książeczki dla dzieci, która niedawno wpadła w nasze ręce w bibliotece.
 

 
 
 
To niewielka kolorowa książeczka w twardej oprawie. Szczerze mówiąc moją uwagę najpierw przykuły ciekawe ilustracje. Kolorowe, bardzo pogodne i delikatne jednocześnie. Mi się bardzo podobają i Synkowi również. Zaintrygowało mnie nazwisko autora - toć to znany mi z programu Zulu-Gula, a Wam może i z innych miejsc: satyryk Tadeusz Ross! Podobno jest ojcem siedmiorga dzieci, więc może ma doświadczenie także w mówieniu (pisaniu wierszem!) o emocjach? Wygląda na to, że ma! Książeczka zawiera kilkanaście wierszyków, każdy dotyczący innych emocji. Gniew, żal, żal, radość, zazdrość.
 
 
I wierszyk o zazdrości, szczerze mówiąc, najbardziej mi się podobał ;-) Ale wszystkie wierszyki są bardzo ciekawe, rytmiczne, proste ale bardzo obrazowe. Choć książka ma wskazanie wieku dla dzieci 5+ to czytałam ją mojemu Synkowi (3,5 roku) i zrozumiał wszystko. Był zaciekawiony, komentował, rozmawialiśmy o emocjach. Na pewno ważne aby nie czytać wszystkich wierszyków naraz bo wtedy robi się mętlik w głowie i "mieszają się nam emocje" ;-) Szczególnie dla młodszych dzieci lektura jednego wierszyka naraz i krótka rozmowa o danej emocji - to w sam raz! Podsumowując: książeczkę polecam gorąco, na pewno ułatwi rozmowę o emocjach, bo o ile o radości, smutku, gniewie potrafimy czasami mówić, to wzruszenie, złość czy żal nie są tak popularne w naszych wypowiedziach. A i te emocje są tak samo odczuwalne jak inne i warto rozmawiać o nich z dziećmi.
Książkę wydało Wydawnictwo Skrzat i wraz z płytą CD można ją u nich zakupić.
                A teraz ciąg dalszy o emocjach. Wiele osoób (podobno głównie mężczyzn i chłopców, ale ja badań na ten temat nie prowadziłam, więc nie wiem) nie umie wyrażac emocji. Mało tego. Wiele osób, które nawet potrafią je wyrażać i uzewnętrzniać - często nie potrafią ich nazwać: patrz moja skromna osoba! To powszechny problem i o ile nie uratuje połowy społeczeństwa przed brakiem umiejętności wyrażania czy nazywania emocji, to mogę pracować na tym obszarze we własnej rodzinie. Sama siebie staram się pilnować aby oprócz wyrazistego wyrażania (nie przerysowanego, ale konkretnego, w moim przypadku popartego bogatą i szczerą mimika czy gestykulacją), nazywać przeżywane emocje! Mój Synek, żyjąc ze mną już 3,5 roku wie dobrze co oznacza podniesiona brew mamy, łzy w oczach czy zacisnięte wargi i wie czego się po takiej minie ma spodziewać. Ale nie zawsze potrafi nazwac co mama taką mimiką okazuje. Ćwiczymy to wspólnie - uczę siebie i Synka nazywać emocje, co nie zawsze jest łatwe bo czasami myli mi się złość z gniewem czy smutek z żalem, ale wytrwale nad tym pracuję!
                  Praca nad sobą samą to ledwie początek. Staram się nauczyć Synka wyrażania emocji i nazywania ich. Zdziwione nieco panie nauczycielki w przedszkolu powinformowałam już dawno, że mój Syn ma prawo wyrażać złość, gniew, smutek, ma prawo mówić podniesionym głosem (ale nie krzyczeć na kogoś w złości), tupnąć nogą (ale nie kopnąć kogoś), płakać (ale nie rzucac jakimiś przedmiotami). Na równi z prawem skakania wysoko z radości. Ja również okazuję emocje i gestem, nie tylko mimiką - granicą jest tu nienaruszalność drugiej osoby i zakaz niszczenia przedmiotów oraz zachowań autodestrukcyjnych. Mieszcząc się w tych granicach, zarówno ja jak i dziecko mamy prawo płakać, śmiać się, robić miny, tupać, zakrywać twarz rękami czy podnosić głos. Owszem, w toku dorastania społecznego przyswajamy (w większym lub mniejszym stopniu) normy społeczne zakazujące tupania nogą w czasie zebrania w pracy, czy krzyczenia w kolejce w sklepie itp. Ale dziecko w wieku przedszkolnym - moim zdaniem - nie musi jeszcze przestzregac tych wszystkich norm. Owszem powinno być uczone, mieć tłumaczone jakie są zasady społeczne, ale od osoby w tak burzliwym i emocjonalnym okresie trudno wymagać pohamowywania się co chwila. Podkreślam, to moja osobista opinia, na razie chcę nauczyć Syna wyrażać i nazywać emocje, a nieco później nadejdzie czas aby wpoić mu normy społeczne (o których mu jednak przy różnych okazjach mówię). Żeby mógł panować nad sobą i emocjami, jak to się mówi, najpierw musi pojąć, zrozumieć i sprawdzić - nad czym tak naprawdę ma zapanować?
              Z ciekawostek jeszcze dodam, że już kilkumiesięczne maluszki potrafią rozpoznawać emocje, potrafią też naśladować emocjonalną mimike bliskich osób, a ponieważ człowiek dysponuje kilkudziesięcioma mięśniami twarzy do wyrażania całej gamy emocji - to jest duże pole do popisu ;-) Ja sama byłam bardzo zaskoczona, kiedy ostatnio skupiłam się na mimice Synka: on mimowolnie przejął ode mnie w drodze obserwacji i codziennego obcowania, bardzo dużo min, grymasów twarzy! Kiedy coś nam nie smakuje robimy dosłownie identyczną minę, jakbym się w lusterku widziała! Kiedy traktujemy coś lub kogoś pobłażliwie - kąt nachylenia głowy mamy równiuteńki! I wiele wiele innych!
              Na koniec tego długiego, ale jakże w mojje opinii ważnego postu, zachęcam Was do nazwania Waszych emocji... jeśli nie potraficie - sięgnijcie po książkę Tadusza Rossa! Oraz przyjrzyjcie się minkom Waszych dzieci: najprawdopodobniej robicie takie same ;-)
 
 
 
 
Życząc wiele radości - jako wspaniałej pozytywnej emocji dodającej skrzydeł - pozdrawiam wszystkich :-)


Mandarynkowe lampiony

        Już od kilku lat, zainspirowana Nocą Mandarynkowych Lampionów organizowaną na blogach, zawsze zimą produkuje te urocze, pachnące, małe świecidełka. Produkowanie mandarynkowych lampionów jest dla mnie nie lada wyzwaniem, gdyż niestety mam okrutną alergię na mandarynki, do tego stopnia, że sam ich zapach przyprawia mnie przynajmniej o regularne kichanie (jak nie gorzej...). Ale czegóż nie robi się dla Synka oraz dla magii zimowych wieczorów i Świąt ;-) W tym roku również nie mogło ich zabraknąć, więc zaopatrzona w mnóstwo aromatycznych mandarynek, zasiadłam z Synkiem i w miłej atmosferze przy wspólnych śmiechach, uczyniliśmy, na razie kilka tylko, pachnących lampioników.
       Jak je zrobić? Każdy potrafi! Potrzebne nam będą mandarynki (polecam te o raczej cienkiej skórce!), ostry nóż, tea lighty, ewentualnie malutkie foremki do wykrawania. Skórkę mandarynki nacinamy w jej najszerszym miejscu dookoła i delikatnie odsuwając palcami zdjemujemy "przykrywkę". Wyjmujemy miąższ mandarynki (i zjadamy lub odkładamy na dżem mandarynkowy na przykład!). W dolną część wkładamy tea light. W górnej części ostrym nożem (lub foremką) wycinamy wzór:


Wypychamy środek wzoru, ewentualnie wyrównując delikatnie brzegi. Ja wybrałam na razie najprostsze wzory: serduszko, gwazdka, kwiatek. Jednak na wspomnianym wyżej blogu znajdziecie mnóstwo ciekawych inspiracji do możliwych kształtów oraz możliwych aranżacji takich lampioników. Nasze prezentowały się na razie tak:

Kiedy już przemęczę się z tą moją alergią, takie lampiony daja mi naprawdę dużo radości i ich ciepłe światło pięknie buduje świąteczny klimat! A przy okazji pisania tego wpisu, zebrao mi się na wspomnienia i odnalazłam zdjęcia naszych lampionów sprzed 2 lat, kiedy to oboje z Synkiem mieliśmy alergię na mandarynki potwornie silną, więc wykonaliśmy lampiony... z cytrynek :-) I prezentowały się wspaniale a ja z rozczuleniem wspominam tamten czas:

Cytrynowe lampiony.

Uwielbiam to zdjęcie! Synek jak zauroczony długo wpatrywał się w pachnące cytrynowe lampiony ustawione na śniegu :-) Pięknie!





Znów się chwalę ;-)

        Jakiś czas temu na tematycznym papierowym blogu Epoka Papierowa wygrałam candy :-) Wczoraj dotarła przesyłka z pięknymi ozdobami na choinkę - dziękuję! Ja do papieru zdolności nie mam (albo po prostu jeszcze nie odkryłam ich w sobie!) tym bardziej mnie cieszy wygrana :-) Natychmiast z łezką wzruszenia w oku wspomniałam jak wiele wiele lat temu moja babcia i dziadek robili podobne ozdoby na swoją choinkę... piękne! Podziwiam ludzi o takiej kreatywności, zmyśle estetyki i zdolnych rękach :-)
 


Wszystkie są piękne, ale mnie najbardziej urzekły te dziecięce naiołki po lewej stronie - są słodkie!
Dziękuję :-)


Hafija rozwija!

       Chyba niewiele osób w blogosferze nie zna tego nicka ;-) Ja znam od dawna, bo po cichutku podglądałam jej bloga jeszcze w czasach ciążowych ;-) Później poznałam blog o szablonach, ale nie byłam zainteresowana bo to dla mnie czarna magia po prostu! Dla mnie łatwe to jest zrobienie burrito z guacamole lub dziecięcego sweterka na drutach a te kody, szablony to jakieś niezrozumiałe zaklęcia ;-) I tak było do czasu aż Hafija zorganizowała konkurs, w którym do wygrania był nowy szablon na bloga. Zainteresowana ustawiłam się w kolejce po cichutku licząc, że uśmiech losu pozwoli mi na tym blogu cieszyć oko nie tylko treścią ale i formą. I.... wygrałam! Przy tak dużej ilości zgłoszeń ni emiałam wielkiej nadziei ale udało się! Najgorsze było to, że ja tak do końca sama nie byłam pewna czego chcę! Ogólnie wiem co lubię, co mi się podoba a co nie, ale jak to szczegółowo opisać? Na co się ostatecznie zdecydować? Lubię fiolety, ale co konkretnie fioletowego chcę... yyy. Ze świątecznych motwów najbardziej lubię renifera, ale jak zrobić żeby pasowało do całości? Chcę "inną" czcionkę ale jaka to jest inna? Chcę żeby "było pięknie" ale chcę żeby było czytelnie. Hafija miała ze mną trudne zadanie ;-) Ale dała radę! Szblon jest dokładnie taki jak chciałam (choć na początku jeszcze sama o tym nie do końca wiedziałam!), jak to ładnie ktoś określił "delikatny ale z pazurem" - dokładnie! Mi się bardzo podoba! Dodam, że to jest szablon świąteczny a Hafija już zaczyna prace nad szablonem na stałe. Też zgodnie z moimi nie do końca sprecyzowanymi wskazówkami, jak zwykle ogólnie wiem co mi się podoba, mniej więcej wiem czego chcę, ale nie do końca wiem jak to w całość połączyć... Hafija służy pomocą! Bardzo dziękuję!!!
         No i najważniejsze: sama współpraca. Marudziłam, nie dookreślałam konkretnie czego chcę, nie znam sie kompletnie na "takich rzeczach". Nie wiem jak oceni to na koniec Hafija, ale ja ze swojej strony jestem zachwycona współpracą! Cierpliwość z jej strony ogromna. Dużo pomocy i sugestii (w końcu zna się na tym, jest zainteresowana tematem, ma dużą wiedzę i orientację) ale bez narzucania na siłę własnego zdania. Wczoraj byłam bardzo poddenerwowana koniecznością zainstalowania nowego szablonu, jako blondynka w tej kwestii (dosłownie i w przenośni), bałam się, że coś zepsuję, że mi wszystko zniknie! Dostałam jednak cała instrukcję, krok po kroku, obrazkowo, pozaznaczane na czerwono po kolei każde działanie, wyjaśnione tak czytelnie i dokładnie, że nawet ja zrozumiałam i zainstalowałam nowy szablon sama! Działa? Działa. Podoba się? Mi bardzo! Dziękuję, Hafija!

Higieniczna czystość w buzi...

       ...zawsze zbliża nas do ludzi!
 
Mam dla Was kolejną recenzję jednego z nowych produktów. Za pomocą tak wymyślonego hasła, dzięki uprzejmości producenta oraz portalu kobieta.pl miałam okazję przetestować nowy płyn do płukania ust Listerine Zero.
 


          Na wstępie przyznam szczerze i bez bicia, że moja higiena jamy ustnej pozostawia wiele do życzenia. Zawsze myję zęby wieczorem, pozostałe mycia często pomijam, często zapominam o użyciu nici dentystycznej (moja ukochana dentystka łoi mi skórę za to na każdej wizycie!), a płyn do płukania używam jak mi się przypomni. Zęby mam zdrowe (aktualnie przynajmniej, kilka lat temu miałam hurtowo załatane kilka ubytków). Jednak jako mama Synka i dla niego wzór do naśladowania, postanowiłam przyłożyć się do większej dbałości w tych kwestiach. Listerine mi w tym pomogło :-)
          Kiedyś używałam sporadycznie płynu do płukania, właśnie poleconego przez moją dentystkę Listerine, ale jakiejś innej wersji. Potem dostałam jakiś inny i stosowałam jak mi się przypomniało. A teraz przysłali mi do testowania właśnie tą wersję. Obejrzałam sobie dokładnie opakowanie - jest proste, czytelne, zawiera wszelkie potrzebne informacje, zakrętka jest zafoliowana, wygodne zamknięcie. Wszystko w idealnym porządku! Podoba mi się też przezroczysta i niezbyt obklejona butelka, bo widzę jak wygląda płyn i ile mi jeszcze go zostało :-)
          Zapoznałam się dokładnie z informacjami na opakowaniu, a także z pełną ciekawostek stroną internetową, gdzie możemy przeczytać choćby krótką historię płynów do płukania ust albo zrobić krótki test dobierający dla nas najwłaściwsze produkty Listerine :-) Według wszelkich informacji, płyn który otrzymałam, usuwa aż do 99,9% bakterii w jamie ustnej - nie potwierdzę ani nie zaprzeczę, bo nie liczyłam ;-) ale ostatnio z Synkiem dużo rozmawiamy o bakteriach, w czasie higieny jamy ustnej "na niby" liczymy sobie bakterie w buzi i sprawdzamy czy trzeba jeszcze doczyścić ;-) Synek potwierdził, że po płukaniu Listerine Zero - nie widzi w moich ustach żadnej bakterii ;-) Kolejna informacja od producenta podkreśla, że płyn zawiera fluorek sodu. Nie jestem ekspertem, ale z tego co się orientuję - kogo to ciekawi odsyłam do literatury specjalistycznej - ma działanie przeciwpróchnicze i dezynfekujące, czyli dokładnie takie o jakie nam chodzi! I bardzo dobrze :-) Kolejna, w zasadzie podstawowa w przypadku tego konkretnego produktu, informacja: Listerine Zero ma łagodniejszy smak i nie zwiera alkoholu! Dla mnie to bardzo ważna informacja. Nie wszyscy lubią intensywny smak płynów do płukania (który jest konieczny dla zachowania ich prawidłowego działania) - ten płyn skierowany jest właśnie dla tych osób! Wielu ludzi (w tym ja) nie używa alkoholu. Wcale lub prawie wcale albo po prostu nie lubią smaku. Niektórzy są wrażliwi choćby przez to, że po płukaniu ust płynem zawierającym alkohol, przez jakiś czas "dmuchanie w balonik" może wykazać %! Nie wnikając w powody awersji do alkoholu, nie każdy musi używać procentowego płynu do płukania ust. I ja wybieram ten bezalkoholowy! Dodatkowym atutem jest tu fakt, że płyn może być stosowany przez dzieci (od 6 roku życia), a  dla mnie jako mamy jest to istotna informacja. Płyn reklamowany jest jako "dla całej rodziny" i według mnie rzeczywiście taką funkcje może pełnić spokojnie! Po kilkutygodniowym testowaniu, potwierdzam jego łagodniejszy smak. Ponieważ jednak zawiera kompozycję olejków eterycznych, nie jest kompletnie bez smaku. Nie wiem czy każdy ten smak polubi ale mi osobiście bardzo odpowiada bo ma wyczuwalną eukaliptusową nutę - a ja to lubię!
           Z własnej obserwacji w czasie testowania, dodam jeszcze, że płyn wydaje mi się być bardzo wydajny, ale może to też dlatego, że poprzednio stosowane przeze mnie były w butelkach o mniejszej pojemności, a ta butla ma aż 500ml.
           Podsumowując, muszę publicznie oświadczyć, że płyn stosuję i będę stosować. Nie liczyłam bakterii, które usunął ;-) Ale zdecydowanie i wyraźnie działa odświeżająco na jamę ustną. Niestety używam wiele używek, przez które mój oddech nie zawsze jest świeży, a i ja sama też nie czuję się komfortowo, mam niesmak w buzi i źle się z tym czuję. Po stosowaniu płynu Listerine Zero czuję zdecydowaną poprawę! Komfort w jamie ustnej i zapach z buzi - naprawdę zdecydowana poprawa i bardzo duży plus! Dodam, że mam porównanie, bo wcześniej stosowałam płyn innej marki i takiego efektu świeżości i czystości po nim nie odczuwałam prawie wcale! A teraz jest to ewidentne! I jak rano po rytualnej kawie itp. dotychczas taki niesmak w ustach (nie wspomnę już o płytce nazebnej, bakteriach...) tak przy Listerine Zero - nie mam kompletnie takiego poczucia :-) Tak więc z czystym sumieniem polecam wszystkim :-)
 
 
     Nie mogę pominąć faktu, że Listerine Zero to przecież nie jedyny produkt tej marki! Posiadają cała gamę produktów, w tym 10 rodzajów płynów do płukania ust! Tak więc każdy może dobrać dla siebie coś odpowiedniego :-) Ja, jako mama, muszę zwrócić uwagę na płyny Listerine przeznaczone specjalnie dla dzieci - o smaku miętowym lub owocowym - uważam, że wpajanie zdrowych nawyków higieny jamy ustnej od najmłodszych lat to jeden z obowiązków rodziców. Płyny Listerine dla dzieci (od 6 roku życia) mają bardzo wygodny dozownik ale przede wszystkim "magiczne" właściwości: łączy razem i zabarwia pozostałe po szczotkowaniu resztki, które są widoczne w wypluwanym płynie, dzięki czemu dziecko widzi efekty płukania i wie czemu ono służy :-)
 


Pierwsze Candy u Ma_niusi :-)

      Ostatnio spotkało mnie wiele przyjemnych wygranych, po cichu liczę też na kolejne, ale ciii żeby nie zapeszać ;-) Wiem już jak miło jest dostać jakiś upominek. W rewanżu za cała sympatię okazaną mi na blogach i nie tylko, chcę teraz Was obdarować. Na początek skromnie, ale już mam kolejne dwa zestawy naszykowane, więc zaraz kolejne Candy i kolejne... Nie mam jeszcze doświadczenia w organizowaniu Candy, dotąd zawsze byłam "po drugiej stronie", ale mam nadzieję, że wszystko jasno napiszę ;-)

          Najpierw najważniejsze czyli co można wygrać? Nagroda jest jedna i jest nią zestaw 3 książek: "Tam gdzie ty" Jodi Picoult (książka nowa, z płytką!), "Kroniki rodzinne" Tony Parsons (raz czytana w idealnym stanie) i "Uśmiechnij się! Siadamy do stołu" Jester Juul (raz czytana, recenzowana przeze mnie niedawno).
      
         Jak wygrać?
Lubię czytać książki i lubię oglądać filmy. Jednak bardzo bardzo rzadko się zdarza, że filmowa adaptacja jest lepsza lub choćby dorównuje książce. Najczęściej po obejrzeniu filmowych adaptacji książek jestem nieco... rozczarowana?
          
           W komentarzu pod tym postem napisz, która adaptacja filmowa książki jest według Ciebie lepsza (lub przynajmniej dorównuje) od literackiego oryginału. I dlaczego? Możecie pisać wiersze, wypracowania albo jedno celne zdanie - liczą się argumenty! Kto mnie przekona - wygrywa :-) Zwycięzcę wybiorę osobiście i będzie nim osoba, która skutecznie mnie przekona, że wybraną przez nią adaptację filmową książki naprawdę warto obejrzeć :-)

           Osoby blogujące bardzo proszę o zamieszczenie bannerka z przekierowaniem na mojego bloga w bocznym pasku. Udział brać mogą również osoby nie piszące bloga, ale wtedy proszę o pozostawienie kontaktu e-mail.
           Będzie mi bardzo miło jeśli dołączycie do moich obserwatorów i polubicie mój blog na FB ale nie jest to warunek konieczny :-)
           Zgłoszenia do Candy przyjmuję do 14 grudnia 2012 do godz. 23:59. Zwycięzcę wybiorę następnego dnia i ogłoszę w osobnym wpisie. Zwycięzcę bardzo proszę o pilny kontakt mailowy z podaniem adresu do wysyłki, to może jeszcze Świątecznie kogoś zdąży ucieszyć ta paczuszka :-) Ja ze swojej strony postaram się wysłać jak najszybciej.
                 No cóż, to chyba wszystko? Z niecierpliwością czekam na Wasze propozycje!

                                      Miłej zabawy :-)


Wychowywanie chłopców

   Jako mama Synka tematem jestem żywo zainteresowana. Ponadto, jako mama samodzielnie wychowująca Chłopca - tematem zainteresowana jeszcze żywiej jestem ;-) A jako Kobieta, Córka i posiadaczka li i jedynie dwóch Sióstr - temat uważam za palący dosłownie ;-) Wobec powyższego sięgam regularnie po tematyczne lektury. Ostatnio w bibliotece wpadła mi w ręce książka o takim właśnie prostym tytule - nie mogłam się jej oprzeć ;-)
        Książka wydana przez wydawnictwo Rebis w serii poradników psychologicznych dla rodziców. Autorem jest Steve Biddulph - autor specjalizujący się właśnie w tematyce dziecko-chłopiec-męskość. Nie czytałam jeszcze żadnej jego książki tym więc chętniej sięgnęłam po lekturę. 
          Podtytuł książki brzmi: Jak pomóc chłopcom wyrosnąć na szczęśliwych mężczyzn. Z tym większą ciekawością przeczytałam całość - w końcu jestem świadoma jak wielkim brakiem w prawidłowym rozwoju chłopca jest nieobecność ojca w jego życiu. Zaczynając od formy i układu książki: czyta się lekko, łatwo i przyjemnie; choć mi osobiście bardzo przeszkadzał nieczytelny układ treści: niektóre rozdziały mają w połowie wtrącone jakieś podsumowania, listy, przez które ja gubiłam wątek bo nie wiedziałam czy mam czytać rozdział do końca czy przerwać (a jak tak to w którym momencie? wpół zdania - jak to zostało w układzie podzielone?), wtrącone teksty zajmowały czasami kilka stron i nie wiedziałam już w końcu czy czytam podsumowanie, dodatkową opinię czy właściwą treść rozdziału... Przekład jednak jasny i czytelny, książkę mimo takich przeszkód czyta się szybko.

Ciekawe ilustracje.

          Książka zawiera bardzo dużą - jak na ten rodzaj literatury - ilość zdjęć i rysunków. O ile jeszcze jestem w stanie zrozumieć kilka żartobliwych rysunków, to umieszczanie w każdym rozdziale po kilka zdjęć (może i mających coś wspólnego z tematem, ale nie wnoszących żadnego dodatkowego przekazu) jest w mojej opinii tylko "zapychaniem miejsca". Wiem, że niektórzy są wzrokowcami i być może to dla nich te zdjęcia są pomocą, ale same zdjęcia konkretnego przekazu nie mają a miejsce zajmują... ta lektura to w końcu nie album...
Zbyt dużo zdjęć.

           Przejdźmy jednak do meritum czyli treści. Książka zawiera 10 rozdziałów, każdy poruszający inny aspekt wychowania chłopca, odnoszący się także do różnych etapów  życia chłopca od dzieciństwa po dojrzałość. Możemy poczytać o rozwoju mózgu, hormonach, seksualności, sporcie, roli ojca, sposobach kształcenia czy samotnych matkach. Wszystkie obszary - jak dla mnie - ciekawe i interesujące. Książkę "połknęłam" i... niewiele nowego się dowiedziałam :-( Niestety. Nie wiem, być może fakt, że kilka lat jednak miałam styczność z pedagogiką, być może fakt, że interesuję się tematem i co nieco na ten temat już czytałam i się dowiedziałam... a może rzeczywiście w książce niewiele ciekawego można znaleźć? 
             Okropnie mnie również denerwuje fakt, że większość książki niemal "nafaszerowana" jest tematami, sformułowaniami, nazwami, organizacjami i instytucjami kompletnie nieznanymi w Polsce i nieprzystającymi do naszych realiów. Bardzo mnie to drażni, nic na to nie poradzę, ale jeśli czytam o możliwości zwrócenia się na przykład do jakiejś organizacji to chcę mieć jej odpowiednik w Polsce a nie zagraniczną nazwę.... Jasne, rozumiem, że książka nie pisana w Polsce, że autor nie zna naszych realiów... ale można! Znam książki gdzie w przypisach, dopiskach, podsumowaniach czy gdziekolwiek - są podawane odpowiedniki różnych instytucji czy organizacji na naszym terenie! Więc jeśli komuś (nie wiem, nie znam się komu, ale na pewno komuś w polskim wydawnictwie) nie chciało się sprawdzić i dopisać... duży minus w moich oczach!
            Żeby jednak nie było, że same wady, że się czepiam - bo tak nie jest! - książka ma w moich oczach jedną ogromną zaletę: podkreśla odmienność Chłopców! Ostatnio tyle się trąbi o równouprawnieniu, znoszeniu stereotypów itd. i ja również popieram pewne tego typu postulaty... ale bez przesady, nie możemy przeginać w żadną stronę! Chłopcy różnią się od dziewczynek i jest to niezaprzeczalny fakt! Oczywiście można dzieci obu płci wychowywać w identyczny sposób, ale czy to byłoby korzystne dla nich? Czy na pewno? Ja uważam, że nie. Pomijając już różnice związane z płcią, każde dziecko jest indywidualnością i wychowujemy je jednostkowo! A znajomość uwarunkowań związanych z płcią może nam to wychowanie tylko ułatwić :-) Tak więc mocno polecam książkę tym osobom, które chcą uzyskać podstawowe, podane łatwo i prosto, informacje, na temat różnic w rozwoju chłopców i dziewczynek, oraz kilka przykładowych sposobów jak tą wiedzę wykorzystać w praktyce wobec swojego Małego Mężczyzny ;-) Nawet jeśli ktoś z Was ma odmienne poglądy i uważa, że Dziecko to Dziecko i płeć nie ma nic do rzeczy w jego wychowaniu - warto dla pełni świadomości i obrazu sytuacji, zapoznać się ze zdaniem odmiennym od własnego ;-) Tak, pod tym względem książkę polecam dla każdego z rodziców, opiekunów, wychowawców - dla każdego, kto ma do czynienia z Chłopcami :-)
        Ostatnim pozytywnym aspektem nasuwającym mi się po lekturze Wychowania Chłopców, jest fakt, że zawiera cały rozdział poświęcony matkom samodzielnie wychowującym synów. W dzisiejszych czasach to temat niesamowicie ważny, a niestety bardzo często pomijany. Bo samotne matki dziś to nie tylko te fizycznie opuszczone przez partnerów, ojców dzieci, ale także żony marynarzy czy innych mężczyzn pracujących zawodowo w odległych miejscach, często wyjeżdżających. Bardzo dziękuję autorowi za poświęcenie uwagi tej trudnej acz istotnej kwestii!
O Chłopcach...

       Podsumowując, książkę polecam jako lekką i przystępną lekturę uświadamiającą nam różnice w rozwoju między dziećmi różnej płci i obrazującą ogólnie rozwój umysłowy i emocjonalny Chłopców. Nie spodziewajcie się jednak w niej znaleźć szczegółowych informacji o wszystkich płaszczyznach, porad, konkretnych przykładów czy znanych nam odniesień. Na ten temat napisano kilka lepszych książek.Przynajmniej jedną też jakiś czas temu już przeczytałam i szczerze mogę polecić. Chcecie recenzję? A Wy znacie jakieś książki, które pomogą mi pomagać rosnąć mojemu Chłopcu?

Purpurowa prostota

Wpis ze specjalną dedykacją dla Ani, która mile połechtała moje kulinarne ego ;-)



        Czerwoną kapustę lubimy od zawsze, jednak zazwyczaj zgodnie z przepisem mojej Babci, gotowałam. Bardzo lubimy surówkę z czerwonej kapusty, jednak jak dotąd podjęłam próbę jej uczynienia ze dwa razy i szczerze przyznam, że nie była to rewelacja :-/ Raz za grubo posiekałam i ciężko było pogryźć, innym razem kiepsko doprawiłam i była niesmaczna... Dlatego gdy tylko jedliśmy gdzieś "na mieście" - co rzadko się zdarza - zawsze korzystaliśmy z okazji i wcinaliśmy surówkę z czewonej kapusty!
         Ostatnio Synek opowiadał jaka to pyszna surówka z czerwonej kapusty byłą w przedszkolu, że jadł i jadł i jeszcze jadł! No to zapytałam panią z przedszkola jak robią tą surówkę. Podała mi przepis, nie obyło się bez mojej własnej leciutkiej modyfikacji aby była dokładnie pod nasz smak. I wczoraj zrobiona. Pyszna! Jeszcze w trakcie robienia wyjadana spod noża ;-) I kicający Synek wołający, że skoro je tak kapustkę to pewnie jest króliczkiem ;-) Więc dla Ani, dla króliczków - oto prawie przedszkolny przepis na surówkę z czerwonej kapusty :-)

Dla około 3-4 osób przygotujemy surówkę w około 15 minut (zależy jak szybko machasz nożem!).
Pół niedużej główki czerwonej kapusty (drugą połówkę zostaw na później, może długo poleżeć albo ugotuj na następny dzień do obiadu!) obierz z wierzchnich liści, umyj i poszatkuj dość drobno (ja siekałam jak najdrobniej umiem). Jeśli robisz dla małego dziecka albo po prostu masz takie upodobania, możesz poszatkowaną na chwilkę zalać wrzątkiem aby nieco zmiękła - my jednak lubi chrupać jak króliczki ;-) Jedną małą cebulkę (lub jedną dużą czerwoną) posiekaj bardzo drobno. Dodaj do kapusty. Jedno duże jabłko (najlepiej niezbyt kwaśne) zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Dodać dużą łyżkę oliwy z oliwek, sok wyciśnięty z połówki cytryny, łyżeczkę cukru, sól i pieprz do smaku.Wszystko wymieszać i zajadać ze smakiem :-) Smacznego purpurowego :-)

Chwalę się :-)

Przepraszając za tak długie milczenie (związane ze spawami rodzinnymi) zaczynam od przechwałek ;-) A co - mam czym się chwalić! Po raz kolejny dopisało mi szczęście (coraz częściej powtarzam sparafrazowane przysłowie "Kto nie ma szczęścia w miłości ten ma szczęście w candy") i wygrałam Candy u Onlyhope! Kompletnie się nie spodziewałam, a tu taka niespodzianka :-) Już kilka dni temu dotarła do mnie paczuszka. Niech nikogo nie zmyli skromny rozmiar, bo w środku - same cuda! W poście o Candy były zaprezentowane następująco (KLIK). Niestety mój aparat jak i zdolności fotograficzne pozostawiają wiele do życzenia, ale u mnie prezentują się między innymi tak:
Prawie cały zestaw
Niektóre skarby...
Takie piękne maleństwa!
I moje wymarzone najpiękniejsze cudeńko!!!

Bardzo bardzo gorąco dziękuję :-) Na razie leżą na górnej półce i cieszą oczy ;-) Przyznam też ponownie, że nigdy w życiu nie robiłam biżuterii. Moja siostra coś tam próbowała troszkę ale ja nigdy. Ale teraz - nie mam wyjścia ;-) Z tych półproduktów, które dostałam będę coś tworzyć! Jeszcze nie wiem co i kiedy, ale na pewno pochwalę się na blogu jak już po długim z pewnością namyśle coś "udłubię" ;-) A tymczasem wszystkich zainteresowanych pięknymi cudeńkami zapraszam do składania zamówień u Onlyhope (KLIK). 

Ratunek dla czerwonych ;-)

            Po długim milczeniu (przepraszam, moja babcia w szpitalu, poważna operacja!) od razu na głęboką wodę wskakuję i nowośc na rynku dla Was recenzuję (i nie czuję, że rymuję...)...
 
            Dzięki uprzejmości producenta (KLIK) i świetnego portalu dla nowoczesnych mam (KLIK) miałam od ponad 2 tygodni możliwość testowania nowości na polskim rynku: maseczki kojąco-wzmacniającej Capillin (KLIK)! Bardzo chciałam przystąpić do tego testu, bo na tej płaszczyźnie jestem niesamowicie krytyczna. Lubię sprawdzać i testować różne rzeczy, lubię stawać wyzwania, a tej maseczce rzeczywiście postawiłam wysoko poprzeczkę. I mimo lekkiej nadziei, nie do końca wierzyłam, że sprosta wyzwaniu.
 
                      Zacznijmy od tego, że jestem alergiczką, z AZS, o bardzo ale to bardzo wrażliwej skórze! Wiecznie jest podrażniona, przesuszona, do tego stopnia, że niektóre inne niedoskonałości (jak wypryski czy pękające naczynka) przestałam już w ogóle zauważać na tle tej nadwrażliwości! Jest na rynku niewiele kosmetyków, które po zetknięciu z moją twarzą nie powodują "pożaru" niemal. Maseczki, która nie uczula, nie podrażnia, nie zaognia sytuacji (oprócz jednej oczyszczającej typu peel off, ale o tym kiedy indziej...) nie znalazłam. Na moją twarz, że tak powiem, nie było lekarstwa. Aż do tej pory?
 
              Dostałam do testowania maseczkę kojąco-wzmacniającą Capillin marki Iwostin. Markę kojarzę o tyle, że moja młodsza siostra (też wrażliwa alergiczka) od lat używa kosmetyków tej marki i bardzo je sobie chwali. Ja jednak dotąd nie próbowałam. Z ciekawością obejrzałam estetyczne opakowanie i przeczytałam wnikliwie ulotkę. Jestem bardzo dokładna i precyzyjna i niestety już na wstępie jedna wada: nigdzie nie znalazłam informacji jak często można stosować maseczkę. Czytałam, szukałam, sprawdzałam nawet na stronie producenta i nigdzie nie znalazłam. Jasne, mogę się domyślać, że podobnie jak inne maseczki, ale profesjonalnie byłoby znaleźć taką informację w ulotce dołączonej do kosmetyku. Okrężnymi drogami dostałam informację, że stosuje się ją 2-3 razy w tygodniu, czyli "normalnie" ;-) Ale dobrze by było gdyby taka informacja jeśli nie na ulotce to choćby na stronie internetowej produktu.
 
                 Opakowanie bardzo mi się podoba. Pomijam już podświadomie budzącą sympatię kwestię, że zawiera kolor fioletowy (mój ulubiony!), ale opakowanie jest przejrzyste, proste, czytelne. Bardzo to cenię, bo przecież kosmetyk to niekoniecznie bibelot do trzymania na półce, ale przede wszystkim do stosowania i ma być - według mnie - nie tyle ozdobny co dobrze i czytelnie oznaczony :-) A ta maseczka jest! Zresztą zobaczcie sami:
 


               To teraz przejdźmy do stosowania i używania maseczki. Jak już wspomniałam, stosuje się ją 2-3 razy w tygodniu, nakładając na oczyszczoną twarz na 5-10 minut, po tym czasie nadmiar usuwając wacikiem - nie zmywa się jej. Po pierwsze maseczka jest bardzo wydajna. Zawartość tubki to 50ml, a mi po 2 tygodniach testowania zostało jeszcze naprawdę sporo! Brak konieczności zmywania maseczki to również duży plus - wygoda i oszczędność czasu ;-) co dla zabieganych, zapracowanych osób znaczy naprawdę dużo! Jak wspomniałam, dotychczas praktycznie prawie nie stosowałam maseczek, ale czas 5-10 minut to akurat czas na kąpiel, mycie głowy czy inne czynności w łazience, po czym zbieramy nadmiar maseczki i gotowe :-) Maseczka ma niemal niewyczuwalny, delikatny zapach - co ma ogromne znaczenie dla osób z wrażliwą skórą! Maseczka Capillin ma delikatną kremową konsystencję, bardzo łatwo się rozprowadza:
 
 
 
                   No i sedno sprawy czyli działanie maseczki. Pierwsze pozytywne zaskoczenie dla mnie to fakt, że moja wrażliwa, alergiczna, podrażniona skóra dobrze przyjmuje tą maseczkę! Mimo że producent uprzedza, że "zawarty w maseczce kompleks chłodzący może powodować uczucie delikatnego mrowienia, który po chwili ustępuje", to ja żadnego takiego uczucia nie miałam! Nastawiona krytycznie i gotowa na jakieś "sensacje" miło się zdziwiłam, że żadnych nieprzyjemnych odczuć! Ani razu! Maseczka dobrze się rozprowadza i wchłania, po tych 10 minutach niewiele zostawało mi do usuwania.
 
                    Według producenta maseczka "przeznaczona jest do skóry nadreaktywnej, z rozszerzonymi i pękającymi naczynkami krwionośnymi oraz skłonnością do czerwienienia" - czyli jak wspomniałam w tytule: jest to ratunek dla czerwonych ;-) Mam pękające i słabe naczynka na nosie i wokół nosa, co rzeczywiście nieciekawie wygląda, za to policzki mam wiecznie czerwone od podrażnień. Pomyślałam, że to maseczka w sam raz dla mnie. Po pierwszym zastosowaniu nie zauważyłam żadnej różnicy. Po drugim też. Ale ćwiczę swoją cierpliwość, poza tym, do trzech razy sztuka ;-) I rzeczywiście, następnego dnia po trzecim zastosowaniu przyjrzałam się uważnie swojej cerze i zauważyłam gołym okiem różnicę! Najpierw pomyślałam, że jestem chora ;-) bo jakaś taka "blada"... a ja po prostu najzwyczajniej nie byłam tylko czerwona! Różnica widoczna. Po dalszym stosowaniu maseczki koloryt cery mi się wyrównał, zniknęły niemal wszystkie podrażnienia i zaczerwienienia, a więc działanie łagodzące i kojące - potwierdzone! Nie zniknęły mi popękane naczynka w okolicy nosa, ale są mniej widoczne, zniknęło zaczerwienienie wokół nich. Tak, potwierdzam, w mojej ocenie ta maseczka jak najbardziej jest pomocą i ratunkiem dla skóry skłonnej do podrażnień, zaczerwienionej, ze skłonnościa do pękających naczynek!
 
                  W skład maseczki kojąco-wzmacniającej Capillin marki Iwostin wchodzą między innymi:
- Natural Extract AP - regulujący nawilżenie skóry
- Innowacyjny kompleks wyciszający - którego działania ja osobiście specjalnie nie odczułam
- Neutrazen - zmniejsza (naprawdę!) skłonność do czerwienienia się i podrażnień
- Pronalen Aesculus - poprawia krążenie
- Witamina C - działa przeciwrodnikowo i wzmacnia naczynka
 
                      Cena maseczki (sprawdzałam w różnych sklepach internetowych) przekracza 30zł. Dla niektórych (dla mnie na pierwszy rzut oka też!) to dużo, ale biorąc pod uwagę jej wydajność, uważam tą cenę za odpowiednią dla kosmetyku o powyżej opisanych i sprawdzonych przeze mnie właściwościach.
 
                     Podsumowując - jestem bardzo zadowolona z efektów testowania! Kosmetyk miło mnie zaskoczył i został zaakceptowany przez moją skórę! Dziękuję za możliwość jego testowania - pozostanie na stałe wśród moich kosmetyków :-) A ja już nie będę "burakiem" ;-)