Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinia. Pokaż wszystkie posty

Nivea hydro care

         Z wielkimi przeprosinami za moje milczenie, spowodowane przeprowadzką (już w nowym miejscu ale jeszcze "na kartonach"), dziś dosłownie kilka słów o pewnym nowym kosmetyku.
         Całkiem niedawno zostałam wybrana do testowania nowego szamponu Nivea Hydro Care. Do marki Nivea mam raczej dobry stosunek, więc ochoczo zabrałam się za testowanie. Przez prawie dwa tygodnie używałam szamponu codziennie (lub co drugi dzień - w każdym razie do każdego mycia włosów).
         Szampon jest reklamowany jako szampon nawilżający, zapewniający głębokie nawilżenie bez obciążania włosów, pozostawiający włosy delikatne i gładkie w dotyku. I co? Druga część "reklamy" jak najbardziej sprawdziła się w praktyce - włosy miękkie, delikatne, gładkie: pełen plus! Natomiast co do pierwszej części... nie polecam szamponu osobom o włosach normalnych a jedynie osobom o bardzo suchych włosach. Przy codziennym stosowaniu moje (normalne) włosy były oklapnięte, płaskie, nie układały się - nie byłam zadowolona z tego efektu :-( Ale od razu dla sprawiedliwości dodam małe zastrzeżenie: teraz szamponu tego używam raz na tydzień i włosy są rzeczywiście nawilżone, miękkie i gładkie!
        Przyznaję też, że odkąd Synek poczuł (delikatny, ale bardzo bardzo przyjemny!) zapach szamponu, postanowił tez go używać :-) Na jego delikatnych dziecięcych włoskach sprawdza się wyśmienicie i pachnie naprawdę pięknie :-)
        Podsumowując: polecam, choć z pewna taką ostrożnością ;-)
 


Żurawina

           Jakiś czas temu w konkursie "Zdrowe danie dla niejadka" wygrałam zaproszenie na brunch do warszawskiej modnej knajpki - Żurawina. Bardzo mnie ta wygrana ucieszyła :-) Bardzo lubię chodzić do restauracji, próbwać nowych połączeń smakowych, w miłym wnętrzu z miłą obsługą, zajadać się smakołykami! Sama bardzo lubię gotować, poza tym nie stać mnie na regularne stołowanie się poza domem, ale od czasu do czasu takie wyjście to czysta przyjemność :-) Nieco mniejszą przyjemnością wyjścia do restauracji stały się odkąd zostałam mamą - moje "żywe srebro" nie daje o sobie zapomnieć nawet na sekundę, wszędzie go pełno, wszędzie musi zajrzeć, ma swoje twardo egzekwowane preferencje co do stolika przy którym będziemy siedzieć, a także co do sposobu podania potraw ;-) Wyjścia do restauracji z Synkiem nie sa niemożliwe ale z pewnością mocno utrudnione ;-)
             Zapoznawszy się dokładnie z ofertą restauracji Żurawina, nabrałam wątpliwości jak w takim modnym, eleganckim miejscu będzie wyglądał brunch z moim Synkiem ;-) Ale w końcu zarezerwowaliśmy stolik i w weekendowe popołudnie zjawiliśmy się w modnym miejscu w centrum Warszawy.
             Zacznę od wnętrza - które zresztą możecie sobie obejrzeć na zdjęciach - bardzo gustownie urządzone, przestronne, eleganckie, wysmakowane dodatki, generalnie bardzo mi się podobało, choć z małym zastrzeżeniem: krzesła może i ładnie wyglądają, ale nie są przesadnie wygodne ;-)
             Mieliśmy przyjemność byc obsługiwani przez przesympatyczną, miła, pomocną, wyrozumiałą i wciąż uśmiechniętą kelnerkę. We wcześniej czytanych recenzjach restauracji pojawiały sie zastrzeżenia co do obsługi, więc tym bardziej byłam bardzo mile zaskoczona! W moich oczach taka obsługa to ogromny plus dla restauracji!
             W ramach wygranego zaproszenia otrzymaliśmy zestaw rodzinnego brunchu. Menu jest wypisane na tablicy, na nas czekało: dyniowe risotto z estragonem, parmezanem i bobem (niestety mam alergie na dynię, ale musiałam spróbować chociaż - wyśmienite! świetna konsystencja, ładnie podane, a smak - niebo w gębie!), pierś kaczki z puree ziemniaczanym, rozmarynem, dynią i żurawiną (tak doskonałej kaczki nigdy chyba nie jadłam! idealnie upieczona, idealnie doprawiona, chrupiąca skórka i miękkie aromatyczne mięso - pycha! w mojej osobistej opinii, danie nie było podane elegancko, puree wyglądało cokolwiek dziwnie, ale smak potrawy rekompensował wszystko!), na deser creme brulle z malinami (nie przepadam za słodkościami, a to jeden z nielicznych deserów, który lubię! nie odnotowałam żadnej szokującej rewelacji, ale deser mi smakował, dodatek malin równoważył słodycz kremu - smakowało mi!).
 

 
               Menu dziecięce, choć niezbyt obszerne, jest moim zdaniem dobrze skomponowane. Synek zażyczył sobie oczywiście rosół (okupiony wielkimi łzami i moim na prędce wyławianiem, bo... zapomniałam przy zamówieniu zaznaczyć, że Syn nie jada natki pietruszki! Synek je mnóstwo innych wartościowych rzeczy, a nie lubi liści pływających w zupie i w domu zawsze o tym pamietam bo jest to już normą, a tu zapomniałam!) - był bardzo smaczny wygodnie dla dziecka podany i porcja odpowiedniej wielkości. Potem na osuszenie łez zgodziłam się zamówić jeszcze naleśniki z serem i malinami - smaczne, domowe, znalazły uznanie w oczach dziecka :-)
               Z dodatkowych atrakcji zasługujących na uwagę, musicie wiedzieć, że w Żurawinie często odbywają się koncerty muzyki na żywo, stoi piękny fortepian :-)
               Jak wspomniałam, bardzo obawiałam się jak eleganckie wnętrze Żurawiny poradzi sobie z moim dzieckiem (i odwrotnie!). Po krótkiej chwili niepewności, dzięki przemiłej pani kelnerce, poczulismy się niesamowicie komfortowo! Mianowicie, w Żurawinie na dole znajduje się mała salka - dla dzieci i dla rodziców z dziećmi! W weekendy jest tam miła opiekunka, z którą można zostawić pociechę, a zajmie dziecko ciekawymi zabawami i zabawkami (naprawdę sporo różnorodnych zabawek: samochody, lalki, zabawki grające dla maluchów, kredki, stempelki, książeczki, puzzle, klocki...). W salce są też stoliki i jeśli dziecko ceni sobie obecność rodziców - można jeść przy stoliku obok :-) Miałam obawy czy Syn zechce zostać bez mamy w tej salce ale po kilku minutach tak ciekawie zajął się zabawą z pania opiekunką, że mogłam spokojnie iść na górę ;-) a kiedy podano jedzenie - Synek ledwie dał się odciągnąć od zanawek! Tak, taka oddzielna, dobrze wyposażona salka to w moich oczach ogromny plus, rzadko spotyka się takie miejsca w restauracjach! Biegające brzdące nie przeszkadzają kelnerom i innym gościom, ciekawe zabawki i miła opiekunka - pozwalają rodzicom na spokojne zjedzenie smacznego posiłku :-)
 

 
                Nie wiem czy prędko wybierzemy się znowu do Żurawiny (z powodów opisanych w pierwszym akapicie), ale polecam to miejsce wszystkim rodzicom, którzy wahają się z wyjściem do restauracji z powodu swoich Maluszków - w Żurawinie wizyta z dziećmi to sama przyjemność! Bez dzieci zresztą z pewnością też ;-)

Dan Cake - część 2 Tort

           Kolejnym prezentem w paczce od Dan Cake był spód tortowy ciemny. Lubię robić torty. Synek uwielbia wymyślać ich smaki i sposób dekoracji. Z wielką chęcią więc zabraliśmy się za testowanie :-)



           Zawsze do tej pory biszkopt do tortu piekłam samodzielnie według przekazanego mi przez Mamę przepisu. Jednak w związku z tym, że zazwyczaj się spieszyłam, biszkopt wychodził różnej jakości i nigdy nie byłam zadowolona w pełni z jego puszystości. Gotowe spody do tortów to wielka wygoda. Dzięki nim przygotowanie tortu to kwestia kilkunastu-kilkudziesięciu minut w zależności od tego jaki krem i ozdoby wymyślimy ;-) Ciemne spody do tortu wykorzystałam do przygotowania "tortu bananowego" dokładnie według zamówienia mojego Synka ;-)
            Najpierw zrobiłam bananowy krem do tortu. Nigdy takiego nie robiłam, a po przeszukaniu internetu zdecydowałam się na przepis na "krem bananowy inny" (zaczerpnęłam stąd: KLIK). Podana ilość składników wystarcza na naprawdę bardzo dużą ilość kremu, więc jeśli robicie mały torcik zróbcie mniejszą ilość według podanych proporcji (albo zostanie kemu, który możecie podać sam, jako deser, z owocami czy bakaliami!). 
            Najpierw 4-5 bananów (w zależności od wielkości) kroimy w plasterki i skrapiamy sokiem z 1 cytryny (aby nie ciemniały), dodajemy do nich 400g gęstego jogurtu naturalnego i dokładnie miksujemy na gładką masę.


Następnie 6 łyżeczek żelatyny rozpuszczamy w 1/4 szklanki gorącej wody i odstawiamy do wystygnięcia. 0,5 litra schłodzonej kremówki ubijamy z kilkoma (do smaku) łyżeczkami cukru pudru. Do masy bananowej wlewamy wystudzoną żelatynę, dokładnie miksujemy, a następnie po trochu dodajemy bitą śmietanę, delikatnie mieszając puszystą masę. Wstawiamy do lodówki aby nieco stężała.

          W tym czasie przygotowujemy spody do tortu. Spody Dan Cake, które otrzymałam okazały się niezwykle smaczne i odpowiednio puszyste, jedyne na co radzę zwrócić uwagę to delikatne ich otwieranie i rozdzielanie po otwarciu paczki, bo - przynajmniej w moim przypadku - były nieco sklejone i musiałam je bardzo delikatnie rozdzielać aby się nie porwały. Najpierw każdą warstwę z obu stron delikatnie nasączam. Nasączać można czym się chce: dla dorosłych proponuję aromatyczne alkohole rozcieńczone wodą, np. wiśniówka czy wermut; dla dzieci nie używamy alkoholu, a płyn do nasączenia może być np. mocną aromatyczną herbatą lub po prostu wodą rozrobioną z jakimś aromatem do ciast :-) 



Na pierwszy z nasączonych spodów nakładamy pierwszą warstwę... czego? Co lubicie :-) Ja zazwyczaj używam kwaskowatej marmolady wieloowocowej dla zrównoważenia słodkiego smaku tortu i kremu. Rozsmarowujemy niezbyt grubą warstwę na pierwszym spodzie:


Na to kolejna warstwa ciasta i tu proponuję warstwę kremu. Synek zażyczył sobie kategorycznie aby był w kolorze fioletowym, więc użyłam barwnika spożywczego, ale jeśli ktoś ma jagody może ich oczywiście użyć, albo pozostawić krem w niezmienionej barwie ;-) 


Na to już ostatnia warstwa biszkoptu i całość z zewnątrz smarujemy gotowym kremem bananowym. 


Krem wyrównujemy specjalną szpatułką (lub szerokim nożem, jak ja to zrobiłam), można też od razu wyznaczyć na wierzchu równe linie podziału... za pomocą nitki :-)


Tort dekorujemy wedle uznania, ja użyłam do tego półplasterków bananów, wykorzystałam także pozostałości (Synek od razu sam zjadł ponad pół paczki) bezików, które również od Dan Cake otrzymałam (Synek gorąco poleca! według mnie też rozmiar jest idealny zarówno do jedzenia jak i ozdabiania tortu!):


Gotowy tort bananowy, specjalnie na zamówienie Synka, z ogromną pomocą Dan Cake wykonany, wyglądał tak:


Polecamy zarówno odpowiednio puszyste i odpowiednio słodkie spody do tortów Dan Cake, idealne beziki Dan Cake, jak i właśnie taki bananowy sposób ich wykorzystania :-)






Dan Cake - część 1 Tartaletki

        Jakiś czas temu od znanej firmy Dan Cake, otrzymałam do testowania cały zestaw najróżniejszych pyszności. W paczce były słodkości i różne półprodukty, wszystko już wykorzystałam, a teraz w kilku wpisach chętnie zrelacjonuję!
          W związku z okresem karnawałowym, sprzyjającym imprezom, gościom, spotkaniom towarzyskim, na początek wspomnę tartaletki - półprodukt firmy Dan Cake usprawniający przygotowanie poczęstunku dla gości :-) Otrzymałam paczkę babeczek z kruchego ciasta, o lekko słonym smaku, do przygotowania wytrawnych tartaletek:
 
 


         Generalnie lubię samodzielnie przygotowywać wszystkie potrawy. Jednak po pierwsze aktualnie nie posiadam żadnych foremek do upieczenia tartaletek, po drugie jako samodzielna mama, zapracowana, zalatana i w dodatku aktualnie chora, czasami nie mam ani czasu ani siły przygotowywać jedną potrawę długimi godzinami... Myślę, że te babeczki to (nawet dla najbardziej zagorzałych kucharzy i kucharek, nawet dla tych którzy uwielbiają i mają czas pichcić, ale nawet im się czasami zdarzają "sytuacje awaryjne") fantastyczne "koło ratunkowe", gdy na przykład, w ostatniej chwili dowiadujemy się o wizycie gości, nie mamy siły czy czasu przygotować wystawnego posiłku albo po prostu (co każdemu, nawet najlepszemu się zdarza) coś nam w kuchni się nie uda i musimy się czymś ratować ;-)
          Jak wspomniałam wiele rzeczy lubię tworzyć samodzielnie od podstaw, ale tartaletek nie robię i jak się okazuje na razie robić nie będę - przekonałam się do tych od Dan Cake :-) To bardzo wygodne rozwiązanie, a przy okazji smaczne i niedrogie. Do tego na stole wyglądają pięknie i oryginalnie, w porównaniu z możliwością podania np. zwykłych kanapek czy byle jakiej zapiekanki - to prawdziwa uczta dla zmysłów :-) Ogromną wygoda jest też rozmiar tartaletek - takie akurat na 1-2 kęsy!
           Choroba nieco zmąciła moje zmysły smaku i węchu, ale wspierając się rodziną przetestowałam tartaletki na wszystkie strony ;-) Zostało orzeczone, że są smaczne, ciekawe i kolorowe i nawet mój Mały Synek z chęcia pałaszował :-) Zastanawiając się jak wypełnić wdzięcznie wnętrze takiej babeczki, najpierw przychodziły mi na myśl sałatka jarzynowa, sałatka z tuńczyka czy sałatka meksykańska (z czerwoną fasolą, kukurydzą i pikantnym sosem). Oczywiście można i tak, ale wydało mi się to zbyt proste i banalne ;-) Musiałam pomyśleć nad czymś innym. Na początek skusiłam się na wypełnienie z pasty jajecznej (jajko na twardo, masło, słodka papryka w proszku, sól, pieprz) i tak powstały pierwsze babeczki (koniecznie wypełnione bardziej niż po brzegi, na specjalne życzenie Synka!):
 


Mini-babeczki zniknęły natychmiastowo, jednak mi wydały się jakies takie "zimne" i nadal banalne. Pomyślałam, że skoro takie są za "zimne" to przygotuję coś na ciepło :-) I zgodnie z upodobaniami kulinarnymi Synka przygotowałam tartaletki "zapiekankowe" (plasterki szynki, na tym podsmażone pieczarki z cebulką, posypane tartym serem żółtym, zapieczone przez kilka minut w piekarniku i podane z keczupem):
 


I już wiem, że "zapiekankowe" babeczki to będzie u mnie hit kinderbali (bo takie się u nas zdarzają) - dzieciakom smakują bardzo, przygotowuje się bardzo szybko (około 15-20 minut), są bardzo wygodne bo takie na dwa kęsy akurat, więc nie zostają nadgryzione kawałki jak na przykład w przypadku podania całej zapiekanki. Dla mnie smak to również prosty, ale dzieci zasmakowały w tego rodzaju babeczkach :-)
      Mając na uwadze również mięsożerców ;-) postanowiłam przygotować coś dla nich. Kolejnym sprawdzonym nadzieniem była pasta z cielęciny z marchewką i grzybami suszonymi (ugotowałam wcześniej coś a'la gęsty gulasz, doprawiając gałka muszkatołową, która według mnie wybitnie pasuje do cielęciny i potem zmiksowałam to na gładką pastę):
 


Tartaletki z cielęciną wyszły pyszne, aromatyczne i sycące! Można podawać je zarówno na zimno (jakgdyby z pasztetem) jak i na ciepło, zapieczone przez 1-2 minuty tylko dla podgrzania. Na koniec przygotowałam mojego faworyta, czyli tartaletki z gruszkami i serem pleśniowym (gruszki z niewielką ilością cukru i goździków przegotowałam dłuższą chwilę, przykryłam serem pleśniowym i zapiekłam; całość można posypać orzechami - ale ja mam alergię na orzechy więc tego nei zrobiłam):
 
 
 
 
I tutaj dosłownie - niebo w gębie! Każdy kto spróbował - ze mną na czele - zachwycał się smakiem, konsystencją, aromatem! Ten pomysł na tartaletki uważamy za najlepszy i na pewno pojawi się na niejednej z moich imprez czy ugości niejednego z moich gości :-) Miałam jeszcze pomysł na wypełnienie tartaletek musem z kukurydzy i odzobienie smażonym boczkiem, ale niestety część opakowania dotarła do mnie pokruszona... w końcu to kruche babeczki ;-) 



Jak rosa na mą... cerę!

          Dziś krótko i konkretnie. Mój od ponad roku ulubiony zestaw, mający stałe miejsce wśród kosmetyków. Przetestowany zupełnie przypadkowo, zagościł u mnie na dłużej (na zawsze?). Mam szczerą chęć sprawdzić wszystkie kosmetyki z tej linii ale ciągle jakoś brakuje okazji, czasu lub pieniędzy ;-) Jak to często bywa - jakość wiąże się z ceną...
         I znów mówię o Biodermie. Czuję się trochę jakbym "grała w reklamie" tej firmy, ale nic nie poradzę - naprawdę jakość tych kosmetyków jest rewelacyjna! Ważne aby dobrać dla siebie odpowiedni, a oferują ich cała gamę. U mnie dodatkowym "testerem" jest moja alergia, AZS, skłonność do zaczerwienień i wysuszania skóry. I nawet ten surowy "tester" akceptuje całkowicie Biodermę.
          Ostatnio rzadko robię makijaż, ale tak czy siak, buzię myć trzeba ;-) Mycie wodą nawet z różnymi preparatami - wysusza i podrażnia. Stosowanie niektórych płynów podrażnia i wywołuje zaczerwienienia. Jak więc myć? Odkąd spróbowałam Płynu micelarnego Hydrabio H2O - czuję, że dla mojej skóry to więcej niż sam prysznic, niż samo mycie! Oczyszcza, nie podrażnia, zgodnie z zapewnieniem producenta usuwa także wodoodporny tusz do rzęs, nie wywołuje zaczerwienień, jest wydajny, wygodny w użyciu, skóra po jego użyciu jest wyczuwalnie nawilżona i delikatna! W niektórych reklamach używa się skojarzeń odświeżania cery poranną rosą - dla mnie ten płyn to właśnie taka poranna rosa na twarz, ale w najlepszym jakościwo i zaawansowanym technologicznie wydaniu ;-)
             Drugi preparat, który użutkuję regularnie to Krem złuszczający Hydrabio Creme Gommante. Każda skóra, nawet tak wrażliwa jak moja, potrzebuje czasem oczyszczenia, złuszczenia, odświeżenia. Wypróbowałam w życiu mnóstwo peelingów itp. Jednak każdy miał jakieś wady. Jak już nawet mnie nie uczulał (co zdarzało się często), to np. miał okropną konsystencję, brzydki zapach, albo bardzo podrażniał skórę. Z dystansem oczywiście podeszłam i do tego, kolejnego. I znów się na Biodermie  nie zawiodłam. Nie uczula, nie podraznia, nie mam zaczerwienień, krem jest skuteczny, ale łagodny - dokładnie jak zapewnia w opisie producent! Ponadto ma idealną kremową konsystencję i jest wydajny.
            Jak już na początku wspomniałam, za jakość trzeba zapłacić, znam mnóstwo tańszych preparatów, ale biorąc pod uwagę wszystkie wymienione przeze mnie powyżej zalety - ja zostaję przy Biodermie :-)
 
 

Matricium

          Znów dopisało mi szczęście i zostałam obdarowana zestawem 5 ampułek słynnego Matricium Biodermy. Wygrałam rozdanie u angelisia.k i paczuszka do mnie dotarła już jakiś czas temu, jednak czekałam z wypróbowaniem na odpowiedni moment, kiedy na mojej alergicznej skórze nie będę miała żadnych dodatkowych znaczących zmian, kiedy również będe miała czas aby wnikliwie obserwować efekty działania Matricium :-)
          Sponsorowana przez producenta paczuszka zawierała 5 ampułek specyfiku. Z wielką chęcią zabrałam się za testowanie. Markę Bioderma znam dobrze, bo na stałe używam kilku kosmetyków tej marki (recenzje wkrótce), a także korzystam z linii do skóry atopowej (dla mojego Synka). O samym produkcie słyszałam i czytałam wiele dobrego, mając bardzo dobrą opinię o marce, byłam ciekawa tak nowoczesnego, rewelacyjnego produktu! Zanim jednak sama kupię drogą nowość, lubię ją wcześniej sprawdzić, przetestować (jest to konieczne, ponieważ jako alergiczka często reaguję uczuleniem na nowe kosmetyki). I taka okazja mi się właśnie trafiła :-)
          Angelisia.k na swoim blogu prezentuje relację z pełnego, 30-dniowego testowania całej kuracji Matricium. Bo cała kuracja trwa 30 dni. Ja otrzymałam zestaw 5 ampułek. Jak to mam w zwyczaju, zaczęłam od szczegółowej lektury ulotki, która jest prosta, jasna, czytelna, zawiera wszelkie potrzebne informacje. Same ampułki są naprawdę wygodne w użyciu, łatwo otwierane i zamykane (po otwarciu można przechowywać do 12 godzin a więc ampułka wystarcza na dwie aplikacje dziennie - jak też i ja ją stosowałam). Proste, czytelnie oznaczone, bez zbędnych ozdobników - mi bardziej kojarzą się z lekiem niż z kosmetykiem - może to i dobrze? Specyfik ma silne działania więc ozdobnym opakowaniem nie powinien zachęcać do lekkomyślnego stosowania i wpadać każdemu w oko ;-)
          Matricium stosowałam przez 5 dni, dwa razy dziennie rano i wieczorem, nanosząc na oczyszczoną skórę twarzy, ze szczeglnym uwzględnieniem czoła i bruzd przy nosie. Łatwo się aplikuje, łatwo się rozprowadza, delikatnie pachnie. Nie uczula mnie! Po aplikacji Matricium nie wystąpiła u mnie żadna reakcja alergiczna! Produkt szybko i łatwo się wchłania, przez chwilę powodując lekkie uczucie napięcia skóry, ale naprawdę delikatne. Z moich obserwacji wynika, że zgodnie z informacją producenta, Matricium rzeczywiście wchłania się całkowicie, a więc jak rozumiem - i całkowicie sie przyswaja! 5 dni to zaledwie ułamek sugerowanej kuracji (30 dni), ale zawsze to jakas próbka możliwości specyfiku. Wygodne opakowania, łatwa aplikacja i pełna przyswajalność - to już duże zalety! Moje wrażenia są poza tym... pozytywne! Po tych 5 dniach, moja ponadtrzydziestoletnia cera, zestresowanej, zapracowanej, niewyspanej Matki Polki ;-) dodatkowo katowana używkami i brakiem odpowiedniej pielęgnacji (z braku czasu i z powodu alergii na wiele kosmetyków), wyglądała wyraźnie lepiej! Widocznie poprawił się koloryt skóry - z do tej pory poszarzałej, bladej, stała się żywsza, leciutko zaróżowiona, trochę brzoskwiniowa, czyli odzyskała swój "naturalny" wygląd :-) Ponadto skóra jest wyraźnie odżywiona. Nie jest to drastyczna, ale naprawde widoczna różnica. Skóra jest ujędrniona, wygląda na dobrze odżywioną, taką "pełną". Tak też sie czuję - nie odczuwam suchości, wiotkości na twarzy. Skoro efekty po 5 ampułkach sa tak widoczne, to po pełnej 30-dniowej kuracji chyba buzię miałabym piękną jak w czasach młodości ;-) Podsumowując: tak, obiegowe bardzo pochlebne opinie o Matricium potwierdzam! Polecam! Cena od 149,9zł za zestaw 30 ampułek wydaje się być wysoka (ja sobie na pewno nie sprawię, ale wpisuję na listę prezentów jakie chce dostać!), jednak od samej wysokości ceny, ważniejsza jest relacja ceny do jakości! A w tym przypadku jest to chyba jedna z najlepszych możliwych relacji, bo za taką cenę mamy produk pełnowartościowy, nie uczulający, łatwo do stosowania i co najważniejsze: działający :-) Bioderma po raz kolejny sprawdziła się w moim przypadku jako rzetelna, nowoczesna, perfekcyjnie dbająca o moje potrzeby marka.

A teraz smarując spierzchnięte alergiczne usta balsamem Atoderm, szykuję się na szałowego (pierwszy raz od wielu lat poza domowym zaciszem!) Sylwestra, w wyjątkowym hotelu, który z chęcią dla Was zrecenzuję po powrocie. Demakijaż po imprezie wykonam moim ulubionym płynem Hydrabio H2O. A Wam wszystkim życzę Sylwestra wystrzałowego, w wymarzony sposób spędzonego :-) Oraz mnóstwa pozytywnej energii i kreatywnych pomysłów w Nowym Roku :-)

Matka, prać?

               Po raz kolejny korzystam z uprzejmości portalu Mama Na Zakupach i mam możliwość krytycznie przetestować nowy produkt :-) Dziękuję portalowi i producentowi za niesamowicie miłą współpracę i liczę na kolejne możliwości wypróbowywaia nowości :-)
               Pytanie zasadnicze - Matka, prać? Ano prać, prać! Nie ma wyjścia ;-) Kiedy byłam sama sobie sterem, żeglarzem i okrętem, pranie nie miało jakiegoś wielkiego znaczenia. Zbierały się rzeczy do prania, segregowałam na kolory i raz na jakiś czas prałam - koniec tematu. Odkąd jestem mamą pranie przybrało inny wymiar! Jeszcze będąc w ciąży dobierałam najdelikatniejsze proszki i płyny, czytałam metki na wszystkich ubrankach, zastanawiałam się nad temperaturą prania czy płynami do płukania. Po urodzeniu Synka, pranie zajęło wysoką pozycję wśród regularnie wykonywanych czynności. Tu się ulało, tu pieluszka przeciekła, tu spocone; potem pojawiły się plamy z marcheweczki, buraczków, szpinaczków; następnie doszły wyświechtane o podłogę w czasie raczkowania kolana i rękawy; nieustanny ślinotok towarzyszący ząbkowaniu też robił swoje; kiedy dziecię przybrało już pozycję pionową doszły dalsze ciekawostki jak kredki, flamastry, czekolada, błoto i co kto tam sobie jeszcze wymyśli! A więc prać jak najbardziej!
Pytanie zasadnicze w naszym przypadku to jednak ledwie połowa sukcesu, bo dochodzi pytanie: jak prać? Dwoje alergików z AZS, z niesamowicie wrażliwą skórą nie pozwoli na byle co ;-) Metodą prób i błędów, kilku prań okupionych silnym kichaniem i okropnym swędzeniem, dobrałam idealny proszek do prania, który nie tylko prał (i dopierał!) ale i nie uczulał. Wszystko super, tylko portfel na tym cierpiał nieustannie i chudł w oczach ;-) Dbając o tuszę portfela powróciłam do proszku "dorosłego" ale w wersji Sensitive, w którym prałam swoje ubrania zanim urodziłam Synka. Na szczęście okazało się, że również go toleruje! Portfel się cieszył, ja też, ale choć Synek go tolerował to skóra z AZS pozostawała nieco sucha i szorstka :-( A teraz skorzystałam z możliwości przetestowania nowego na rynku proszku hipoalergicznego Concertino Baby Color.
Dostałam duże opakowanie (1,6kg) proszku do kolorów i zabrałam się za testowanie.

                Pierwsze co zwróciło moją uwagę to niesamowicie kolorowe a jednocześnie czytelne opakowanie. Czy to dobrze? Najpierw się ucieszyłam, bo kolorowe zwierzątka sympatyczne, ale z drugiej strony tak przyciągające wzrok "dziecięce" opakowanie może być nie lada pokusą dla małych łapek! Jasne, trzymam środki chemiczne zabezpieczone przed dzieckiem (mam nadzieję, że jak każda z mam?), ale ryzyko zawsze jakieś potencjalne istnieje. Komentując dalej opakowanie, wiele dla mnie znaczy widoczny wyraźnie znaczek, informujący o pozytywnej opinii Centrum Zdrowia Dziecka. Dla mnie taki znaczek świadczy o tym, że producent naprawdę dba o jakość, rzetelnie dba o dobro i zdrowie małych użytkowników jego produktu - nie produkuje byle czego reklamując na szeroką skalę, ale wie co robi, po co i dla kogo: za tu mnie wielki plus! Na opakowaniu znajdują się bardzo jasne i czytelne piktogramy i opisy, rzetelnie informujące o zastosowaniu proszku (ilości, temperatura) jak i jego składzie. A skoro przy składzie jesteśmy, to natychmiast muszę podkreślić coś bardzo ważnego. Produkty tej marki nie zawierają parabenów, fosforanów ani zeolitów. Mimo że w czasach szkolnych bardzo lubiłam chemię, to nie jestem ekspertem w tych sprawach. Niezależnie od mojej wiedzy, ogólnie wiadomo, że im mniej chemii tym lepiej ;-) Parabeny są zbędne więc dobrze, że w tym proszku ich nie ma. Brak fosforanów - pomaga nam być bardziej eko, nie wychodząc z domu ;-) Brak szkodliwych zeolitów w składzie to również zaleta, choć o ile się nie mylę mają one funkcje zmiękczające i brak tej fukcji jest odczuwalny dla użytkownika proszku. Ale o tym później. Tak więc opakowanie i skład, mimo drobnych zastrzeżeń, o których wspomniałam - ogólnie na plus! Po otworzeniu paczki zgodnie ze swoim nawykiem od razu powąchałam proszek. Trochę się przeraziłam, bo zapach choć przyjemny to bardzo silny - a to niewskazane dla alergików takich jak my! Na szczęście po praniu, na ubraniach ten zapach nie jest silny, jest bardzo subtelny i delikatny, niemal niewyczuwalny - ufff! Bardzo ważna z mojego matczynego punktu widzenia cecha to fakt, że proszek nadaje się do prania w pralkach automatycznych, wirnikowych jak i do prania ręcznego - dla mnie to niebywała wygoda bo nie lubię mieć poustawianych w szeregu proszków i wybierać który do czego a tak mam jeden sprawdzony produkt do każdego typu prania!
                W końcu wyprałam pierwsze pranie w nowym proszku. Z wielką precyzją odmierzyłam ilość (proszek jest wydajny!), choć wcześniej zawsze wsypywałam "na oko" tyle co wiedziałam, że jest skuteczne. Nastawiłam program ten co zazwyczaj (40 stopni) i czekałam na efekty. Moje wrażenia po praniu? Delikatny zapach, o którym już wspomniałam, pranie wyprane (choć zaznaczę całkiem szczerze, że nie doprały się zaschnięte plamy z jedzenia np. śmietany - ale to moja wina! piorę około 5 razy w tygodniu, więc nie mam w zwyczaju namaczać prania wcześniej i jeśli Synek czymś się zachlapie to tego samego czy następnego dnia wrzucam do pralki i "się pierze" i zazwyczaj się dopierało po jednym praniu; tym razem się nie doprało, ale może powinnam była namoczyć?), żadnych zacieków, żadnych plam, pranie rzeczywiście wygląda na czyste i świeże! Generalnie to tak się trochę "czepiam", po prostu bardzo bardzo wnikliwie i dokładnie testuję to, co otrzymuję do testów! Być może gdybym postępowała zgodnie z "instrukcją" i prała z namaczaniem to dopierałoby się od razu ;-) Dodajmy też, że proszek kierowany jest przede wszystkim dla maluszków - a te dzieci na ubrankach miewają różne rzeczy a niekoniecznie zaschnięte jedzenie ;-) Poza tą zaschnięta plamą dopiera wszystko i nie mam więcej zastrzeżeń :-)
               Kolejną właściwością proszku, na którą zwracałam dużą uwagę jest jego łagodność i oddziaływanie na alergików. Po wyjęciu i wysuszenia prania najpierw lekko się zdenerwowałam, bo ubrania były stosunkowo (w porównaniu do ubrań pranych w moim "starym" proszku ale za to z płynem do płukania - również Sensitive) szorstkie i sztywne. Znów moja wina - nie pomyślałam, żeby użyć płynu do płukania, a przecież (jak po fakcie sobie przypomniałam), w ofercie Concertino Baby są dostępne również płyny do płukania! Bardzo mnie to cieszy, bo nie lubię łączyć w jednym procesie różnych marek. Płynu jeszcze nie testowałam, ale mam taki zamiar! Tak więc pomijając moją gapowatość - efekty po praniu również na plus! Mniejsza jednak z szorstkością czy nie bo szczerze mówiąc nie to jest dla mnie najważniejsze. Najważniejsze jest zdrowie i samopoczucie Synka i stan jego skóry! Niesamowicie uważnie obserwowałam jego skórę po korzystaniu z ubranek wypranych w Concertino Baby, jednocześnie nie zmieniając żadnych innych nawyków, kosmetyków czy diety - aby ewentualne zmiany mogły mieć tylko jedną jedyną przyczynę. I co? I nic. Kompletnie nic. Ani jednej krostki, zaczerwienienia, swędzenia - nic. Proszek testuję od kilku tygodni, jestem w posiadaniu już kolejnych opakowań, więc nie jest to jednorazowy efekt, a stan po kilkunastu praniach. Na własnej i Synka skórze potwierdzam właściwości hipoalergiczne i łagodność proszku Concertino Baby Color! Nie mam najmniejszych zastrzeżeń pod tym względem. I proszek nie tylko na stałe zostaje przy naszej pralce:
 


ale i zawita wkrótce do pralki mojej siostry (też alergiczki, która spodziewa się dziecka i to całkiem niedługo!) - zapas już kupiłam :-) Proszek jest dostępny, więc zainteresowanych odsyłam do sklepów - i nie zapomnijcie, jak ja, o płynie do płukania ;-) A będąc przy kupowaniu jeszcze, pozytywnie zaskoczyła mnie cena tego proszku. Jest porównywalna z ceną mojego "dorosłego" dotychczas używanego proszku a znacznie, znacznie niższa od ceny wcześniej używanego hipoalergicznego proszku dla niemowląt! To naprawdę miłe zaskoczenie!
           Podsumowując, z czystym sumieniem polecam ten proszek nie tylko dla niemowląt i maluszków, ale dla wszystkich atopików i alergików w każdym wieku :-)


Higieniczna czystość w buzi...

       ...zawsze zbliża nas do ludzi!
 
Mam dla Was kolejną recenzję jednego z nowych produktów. Za pomocą tak wymyślonego hasła, dzięki uprzejmości producenta oraz portalu kobieta.pl miałam okazję przetestować nowy płyn do płukania ust Listerine Zero.
 


          Na wstępie przyznam szczerze i bez bicia, że moja higiena jamy ustnej pozostawia wiele do życzenia. Zawsze myję zęby wieczorem, pozostałe mycia często pomijam, często zapominam o użyciu nici dentystycznej (moja ukochana dentystka łoi mi skórę za to na każdej wizycie!), a płyn do płukania używam jak mi się przypomni. Zęby mam zdrowe (aktualnie przynajmniej, kilka lat temu miałam hurtowo załatane kilka ubytków). Jednak jako mama Synka i dla niego wzór do naśladowania, postanowiłam przyłożyć się do większej dbałości w tych kwestiach. Listerine mi w tym pomogło :-)
          Kiedyś używałam sporadycznie płynu do płukania, właśnie poleconego przez moją dentystkę Listerine, ale jakiejś innej wersji. Potem dostałam jakiś inny i stosowałam jak mi się przypomniało. A teraz przysłali mi do testowania właśnie tą wersję. Obejrzałam sobie dokładnie opakowanie - jest proste, czytelne, zawiera wszelkie potrzebne informacje, zakrętka jest zafoliowana, wygodne zamknięcie. Wszystko w idealnym porządku! Podoba mi się też przezroczysta i niezbyt obklejona butelka, bo widzę jak wygląda płyn i ile mi jeszcze go zostało :-)
          Zapoznałam się dokładnie z informacjami na opakowaniu, a także z pełną ciekawostek stroną internetową, gdzie możemy przeczytać choćby krótką historię płynów do płukania ust albo zrobić krótki test dobierający dla nas najwłaściwsze produkty Listerine :-) Według wszelkich informacji, płyn który otrzymałam, usuwa aż do 99,9% bakterii w jamie ustnej - nie potwierdzę ani nie zaprzeczę, bo nie liczyłam ;-) ale ostatnio z Synkiem dużo rozmawiamy o bakteriach, w czasie higieny jamy ustnej "na niby" liczymy sobie bakterie w buzi i sprawdzamy czy trzeba jeszcze doczyścić ;-) Synek potwierdził, że po płukaniu Listerine Zero - nie widzi w moich ustach żadnej bakterii ;-) Kolejna informacja od producenta podkreśla, że płyn zawiera fluorek sodu. Nie jestem ekspertem, ale z tego co się orientuję - kogo to ciekawi odsyłam do literatury specjalistycznej - ma działanie przeciwpróchnicze i dezynfekujące, czyli dokładnie takie o jakie nam chodzi! I bardzo dobrze :-) Kolejna, w zasadzie podstawowa w przypadku tego konkretnego produktu, informacja: Listerine Zero ma łagodniejszy smak i nie zwiera alkoholu! Dla mnie to bardzo ważna informacja. Nie wszyscy lubią intensywny smak płynów do płukania (który jest konieczny dla zachowania ich prawidłowego działania) - ten płyn skierowany jest właśnie dla tych osób! Wielu ludzi (w tym ja) nie używa alkoholu. Wcale lub prawie wcale albo po prostu nie lubią smaku. Niektórzy są wrażliwi choćby przez to, że po płukaniu ust płynem zawierającym alkohol, przez jakiś czas "dmuchanie w balonik" może wykazać %! Nie wnikając w powody awersji do alkoholu, nie każdy musi używać procentowego płynu do płukania ust. I ja wybieram ten bezalkoholowy! Dodatkowym atutem jest tu fakt, że płyn może być stosowany przez dzieci (od 6 roku życia), a  dla mnie jako mamy jest to istotna informacja. Płyn reklamowany jest jako "dla całej rodziny" i według mnie rzeczywiście taką funkcje może pełnić spokojnie! Po kilkutygodniowym testowaniu, potwierdzam jego łagodniejszy smak. Ponieważ jednak zawiera kompozycję olejków eterycznych, nie jest kompletnie bez smaku. Nie wiem czy każdy ten smak polubi ale mi osobiście bardzo odpowiada bo ma wyczuwalną eukaliptusową nutę - a ja to lubię!
           Z własnej obserwacji w czasie testowania, dodam jeszcze, że płyn wydaje mi się być bardzo wydajny, ale może to też dlatego, że poprzednio stosowane przeze mnie były w butelkach o mniejszej pojemności, a ta butla ma aż 500ml.
           Podsumowując, muszę publicznie oświadczyć, że płyn stosuję i będę stosować. Nie liczyłam bakterii, które usunął ;-) Ale zdecydowanie i wyraźnie działa odświeżająco na jamę ustną. Niestety używam wiele używek, przez które mój oddech nie zawsze jest świeży, a i ja sama też nie czuję się komfortowo, mam niesmak w buzi i źle się z tym czuję. Po stosowaniu płynu Listerine Zero czuję zdecydowaną poprawę! Komfort w jamie ustnej i zapach z buzi - naprawdę zdecydowana poprawa i bardzo duży plus! Dodam, że mam porównanie, bo wcześniej stosowałam płyn innej marki i takiego efektu świeżości i czystości po nim nie odczuwałam prawie wcale! A teraz jest to ewidentne! I jak rano po rytualnej kawie itp. dotychczas taki niesmak w ustach (nie wspomnę już o płytce nazebnej, bakteriach...) tak przy Listerine Zero - nie mam kompletnie takiego poczucia :-) Tak więc z czystym sumieniem polecam wszystkim :-)
 
 
     Nie mogę pominąć faktu, że Listerine Zero to przecież nie jedyny produkt tej marki! Posiadają cała gamę produktów, w tym 10 rodzajów płynów do płukania ust! Tak więc każdy może dobrać dla siebie coś odpowiedniego :-) Ja, jako mama, muszę zwrócić uwagę na płyny Listerine przeznaczone specjalnie dla dzieci - o smaku miętowym lub owocowym - uważam, że wpajanie zdrowych nawyków higieny jamy ustnej od najmłodszych lat to jeden z obowiązków rodziców. Płyny Listerine dla dzieci (od 6 roku życia) mają bardzo wygodny dozownik ale przede wszystkim "magiczne" właściwości: łączy razem i zabarwia pozostałe po szczotkowaniu resztki, które są widoczne w wypluwanym płynie, dzięki czemu dziecko widzi efekty płukania i wie czemu ono służy :-)
 


Ratunek dla czerwonych ;-)

            Po długim milczeniu (przepraszam, moja babcia w szpitalu, poważna operacja!) od razu na głęboką wodę wskakuję i nowośc na rynku dla Was recenzuję (i nie czuję, że rymuję...)...
 
            Dzięki uprzejmości producenta (KLIK) i świetnego portalu dla nowoczesnych mam (KLIK) miałam od ponad 2 tygodni możliwość testowania nowości na polskim rynku: maseczki kojąco-wzmacniającej Capillin (KLIK)! Bardzo chciałam przystąpić do tego testu, bo na tej płaszczyźnie jestem niesamowicie krytyczna. Lubię sprawdzać i testować różne rzeczy, lubię stawać wyzwania, a tej maseczce rzeczywiście postawiłam wysoko poprzeczkę. I mimo lekkiej nadziei, nie do końca wierzyłam, że sprosta wyzwaniu.
 
                      Zacznijmy od tego, że jestem alergiczką, z AZS, o bardzo ale to bardzo wrażliwej skórze! Wiecznie jest podrażniona, przesuszona, do tego stopnia, że niektóre inne niedoskonałości (jak wypryski czy pękające naczynka) przestałam już w ogóle zauważać na tle tej nadwrażliwości! Jest na rynku niewiele kosmetyków, które po zetknięciu z moją twarzą nie powodują "pożaru" niemal. Maseczki, która nie uczula, nie podrażnia, nie zaognia sytuacji (oprócz jednej oczyszczającej typu peel off, ale o tym kiedy indziej...) nie znalazłam. Na moją twarz, że tak powiem, nie było lekarstwa. Aż do tej pory?
 
              Dostałam do testowania maseczkę kojąco-wzmacniającą Capillin marki Iwostin. Markę kojarzę o tyle, że moja młodsza siostra (też wrażliwa alergiczka) od lat używa kosmetyków tej marki i bardzo je sobie chwali. Ja jednak dotąd nie próbowałam. Z ciekawością obejrzałam estetyczne opakowanie i przeczytałam wnikliwie ulotkę. Jestem bardzo dokładna i precyzyjna i niestety już na wstępie jedna wada: nigdzie nie znalazłam informacji jak często można stosować maseczkę. Czytałam, szukałam, sprawdzałam nawet na stronie producenta i nigdzie nie znalazłam. Jasne, mogę się domyślać, że podobnie jak inne maseczki, ale profesjonalnie byłoby znaleźć taką informację w ulotce dołączonej do kosmetyku. Okrężnymi drogami dostałam informację, że stosuje się ją 2-3 razy w tygodniu, czyli "normalnie" ;-) Ale dobrze by było gdyby taka informacja jeśli nie na ulotce to choćby na stronie internetowej produktu.
 
                 Opakowanie bardzo mi się podoba. Pomijam już podświadomie budzącą sympatię kwestię, że zawiera kolor fioletowy (mój ulubiony!), ale opakowanie jest przejrzyste, proste, czytelne. Bardzo to cenię, bo przecież kosmetyk to niekoniecznie bibelot do trzymania na półce, ale przede wszystkim do stosowania i ma być - według mnie - nie tyle ozdobny co dobrze i czytelnie oznaczony :-) A ta maseczka jest! Zresztą zobaczcie sami:
 


               To teraz przejdźmy do stosowania i używania maseczki. Jak już wspomniałam, stosuje się ją 2-3 razy w tygodniu, nakładając na oczyszczoną twarz na 5-10 minut, po tym czasie nadmiar usuwając wacikiem - nie zmywa się jej. Po pierwsze maseczka jest bardzo wydajna. Zawartość tubki to 50ml, a mi po 2 tygodniach testowania zostało jeszcze naprawdę sporo! Brak konieczności zmywania maseczki to również duży plus - wygoda i oszczędność czasu ;-) co dla zabieganych, zapracowanych osób znaczy naprawdę dużo! Jak wspomniałam, dotychczas praktycznie prawie nie stosowałam maseczek, ale czas 5-10 minut to akurat czas na kąpiel, mycie głowy czy inne czynności w łazience, po czym zbieramy nadmiar maseczki i gotowe :-) Maseczka ma niemal niewyczuwalny, delikatny zapach - co ma ogromne znaczenie dla osób z wrażliwą skórą! Maseczka Capillin ma delikatną kremową konsystencję, bardzo łatwo się rozprowadza:
 
 
 
                   No i sedno sprawy czyli działanie maseczki. Pierwsze pozytywne zaskoczenie dla mnie to fakt, że moja wrażliwa, alergiczna, podrażniona skóra dobrze przyjmuje tą maseczkę! Mimo że producent uprzedza, że "zawarty w maseczce kompleks chłodzący może powodować uczucie delikatnego mrowienia, który po chwili ustępuje", to ja żadnego takiego uczucia nie miałam! Nastawiona krytycznie i gotowa na jakieś "sensacje" miło się zdziwiłam, że żadnych nieprzyjemnych odczuć! Ani razu! Maseczka dobrze się rozprowadza i wchłania, po tych 10 minutach niewiele zostawało mi do usuwania.
 
                    Według producenta maseczka "przeznaczona jest do skóry nadreaktywnej, z rozszerzonymi i pękającymi naczynkami krwionośnymi oraz skłonnością do czerwienienia" - czyli jak wspomniałam w tytule: jest to ratunek dla czerwonych ;-) Mam pękające i słabe naczynka na nosie i wokół nosa, co rzeczywiście nieciekawie wygląda, za to policzki mam wiecznie czerwone od podrażnień. Pomyślałam, że to maseczka w sam raz dla mnie. Po pierwszym zastosowaniu nie zauważyłam żadnej różnicy. Po drugim też. Ale ćwiczę swoją cierpliwość, poza tym, do trzech razy sztuka ;-) I rzeczywiście, następnego dnia po trzecim zastosowaniu przyjrzałam się uważnie swojej cerze i zauważyłam gołym okiem różnicę! Najpierw pomyślałam, że jestem chora ;-) bo jakaś taka "blada"... a ja po prostu najzwyczajniej nie byłam tylko czerwona! Różnica widoczna. Po dalszym stosowaniu maseczki koloryt cery mi się wyrównał, zniknęły niemal wszystkie podrażnienia i zaczerwienienia, a więc działanie łagodzące i kojące - potwierdzone! Nie zniknęły mi popękane naczynka w okolicy nosa, ale są mniej widoczne, zniknęło zaczerwienienie wokół nich. Tak, potwierdzam, w mojej ocenie ta maseczka jak najbardziej jest pomocą i ratunkiem dla skóry skłonnej do podrażnień, zaczerwienionej, ze skłonnościa do pękających naczynek!
 
                  W skład maseczki kojąco-wzmacniającej Capillin marki Iwostin wchodzą między innymi:
- Natural Extract AP - regulujący nawilżenie skóry
- Innowacyjny kompleks wyciszający - którego działania ja osobiście specjalnie nie odczułam
- Neutrazen - zmniejsza (naprawdę!) skłonność do czerwienienia się i podrażnień
- Pronalen Aesculus - poprawia krążenie
- Witamina C - działa przeciwrodnikowo i wzmacnia naczynka
 
                      Cena maseczki (sprawdzałam w różnych sklepach internetowych) przekracza 30zł. Dla niektórych (dla mnie na pierwszy rzut oka też!) to dużo, ale biorąc pod uwagę jej wydajność, uważam tą cenę za odpowiednią dla kosmetyku o powyżej opisanych i sprawdzonych przeze mnie właściwościach.
 
                     Podsumowując - jestem bardzo zadowolona z efektów testowania! Kosmetyk miło mnie zaskoczył i został zaakceptowany przez moją skórę! Dziękuję za możliwość jego testowania - pozostanie na stałe wśród moich kosmetyków :-) A ja już nie będę "burakiem" ;-)



Lirene Anti-aging

      Zanim "zasypię" Was recenzjami produktów, które dostałam do testowania (a testować i wyrażać opinię lubię, oj lubię!) chcę najpierw napisać o czymś czego nie testowałam. Co po prostu mam i szczerze polecam.
     Nie jestem maniaczką kosmetyków, nie używam ich wiele, mam kilka sprawdzonych i jestem im wierna. Chętnie próbuję nowości, ale rzadko mnie coś zachwyca. Zresztą, co chyba jest tu najważniejsze, jestem alergiczką o bardzo wrażliwej skórze, która doprawdy wybrednie akceptuje zaledwie nieliczne kosmetyki ;-) Jednym z podstawowych kosmetyków na mojej półeczce w łazience jest krem do twarzy. Zazwyczaj nawilżający, łagodzący, jednak w moim mamusinym ;-) wieku potrzeba już skórze czegoś więcej. Stosowałam wcześniej inny krem, był rewelacyjny, ale drogi :-( W lipcu tego roku w czasie zakupów w Rossmanie, wpadła mi w oko promocja na kosmetyki Lirene. Ze słyszenia znałam tą markę, ale nigdy nie używałam. Postanowiłam wypróbować. 

     Modelujący krem przeciwzmarszczkowy Lirene z serii Anti-aging Odmładzanie został ze mną do dziś i zostanie na dłużej :-) Nie zacytuję Wam całej ulotki, o kremie możecie przeczytać sobie na stronie Lirene (KLIK) a i weźcie pod uwagę, że jest to tylko jeden z produktów z całej serii (KLIK) ja mam jeszcze krem pod oczy i też używam :-) 
      Odnosząc się do treści opisu kremu i ulotki, mogę potwierdzić: odkąd go używam nie pojawiła mi się żadna nowa zmarszczka, bruzda, przebarwienie itp. Nie zauważyłam spektakularnej poprawy dotychczas istniejących oznak mojego wieku, ale nic nowego też nie zauważyłam! Ponieważ nie wierzę w cudotwórcze właściwości magicznych kremów, nie wierzę w wyjątkową kombinację naturalnych składników mającą supermoc, nie wierzę w najnowsze odkrycia kosmetologów i innych naukowców, które rzekomo w jeden tydzień zmienią skórę "mamuśki" w skórę nastolatki, mnie takie działanie kremu zadowala jak najbardziej. Mam swoje lata i tego nie da się ukryć i cofnąć. Zależy mi jedynie aby nie zaniedbywać cery i chronić ją w sposób jak najbardziej naturalny. 
    Co do naturalności: bardzo podoba mi się stosunkowo prosty skład tego kremu. Kilka znajomych składników, najwyraźniej idealnie dobranych, w odpowiednich proporcjach (zamiast kilkudziesięciu zmieszanych "magicznych" nowości, których nazwy nawet nie umiemy wymówić).
      Krem, jak zaznacza producent, ma także działanie nawilżające i ochronne. I przyznaję - odczuwam to na własnej skórze. Jest nawilżona, miękka, delikatna. Co do właściwości ochronnych, to trudno mi to jednoznacznie stwierdzić, bo co niby miało by być miernikiem? Ale ponieważ krem sprawdza się na pozostałych płaszczyznach, liczę po prostu, że i w tej kwestii producent nie kłamie ;-) 
      Zaznaczone jest, iż krem idealnie nadaje się pod makijaż - to prawda! Nie używam wielu kosmetyków do makijażu, żadne bazy pod podkład itp. Makijaż nakładam bezpośrednio na ten krem i czuję się z tym znakomicie!

      Co do właściwości kremu mogę pochwalić kilka. Dla mnie najważniejsza jest konsystencja! Nie lubię zbyt gęstych, tłustych, ciężkich kremów, które trudno rozprowadzić. Nie lubię też zbyt rzadkich, które "rozlewają się" i powoli się wchłaniają. Ten krem ma dla mnie konsystencję idealną. Jest delikatny, nie tłusty, nie ciężki, nie płynny, no po prostu jak "puszysty, kremowy balsam" jak to sama określiłam ;-) Świetnie się wchłania! Skóra po zastosowaniu jest odczuwalnie nawilżona. Dodam też, że moja wrażliwa cera zawsze źle reagowała na wszelkie kremy ujędrniające/modelujące/liftingujące; czułam się po nich jakbym twarz posmarowała czymś w rodzaju maseczki peel off: skóra była mocno napięta, aż odczuwałam nieprzyjemne uczucie ściągnięcia i bardzo mi to przeszkadzało, jakbym miała zdrętwiałą twarz ;-) Po tym kremie wcale się tak nie czuję! Mam subtelne odczucie jakby "filtra" na twarzy jednak żadnych silnych niemiłych doznań! Krem ma też delikatny bardzo przyjemny według mnie zapach. Opakowanie jest estetyczne, a informacje o składzie i stosowaniu - pełne. Dla mnie jednak jest najważniejsze, że moja wrażliwa, alergiczna, wymagająca skóra nie tylko "akceptuje" kem Lirene Anti-aging, ale naprawdę go polubiła :-) Nie dam nikomu 100% gwarancji, że na Waszej skórze ten krem się sprawdzi równie dobrze jak na mojej. Ale gwarantuję - że warto wziąć go pod uwagę :-)
     Jak wspominałam wcześniej, znam znacznie lepsze kremy, rewelacyjnie działające na mnie pod każdym względem! Jednak w opiniowaniu biorę pod uwagę jeszcze taki czynnik jak stosunek ceny do jakości. Pod tym względem - Lirene Anti-aging wygrywa z innymi znanymi mi kremami :-)

Nie tylko dla dam ;-)

    Jestem Ekspertem Streetcom. Ponieważ lubię testować, sprawdzać, wypróbowywać nowe produkty, jak również dzieć się opinią o nich ze znajomymi - bardzo lubie tą funkcję :-) Zachęcam również Was do zapoznania z działalnością
i dołączenia do tej społeczności :-)

   Ostatnio otrzymałam do testowania, sprawdzania i dzielenia się opinią zestaw

 Jeszcze zanim otrzymałam paczkę z produktami, ulotkami i informacja, już słyszałam o tej nowości. Początkowo podchodziłam do tego testowania z dużą ciekawością ale jednocześnie bardzo sceptycznie. Do tej pory większość musujących tabletek mi bardzo nie smakowała i przyzwyczaiłam się, że jeśli już mam dbać o siebie jakimiś suplementami - łykam jakieś tabletki i z głowy ;-) Ale obowiązki Eksperta spełniłam i zaczęłam sumiennie testowanie. Pierwszego dnia za szybko wypiłam i bąbelki aż mi do nosa uderzyły, bo jak wspomniałam jestem nieprzyzwyczajona do tej formy spożycia ;-) Drugiego dnia na spokojnie spróbowałam i smak wydał mi się całkiem ciekawy. Przez kolejne dni popijałam sobie regularnie zamiast jednej z kolejnych moich kaw ;-) Przy czym ja rozpuszczam sobie w nie takiej bardzo chłodnej wodzie i bardzo mi to smakuje! Piję Plusssz Lady detox ale na stronie Plusssz Lady znajdziecie pełne informacje o każdym rodzaju produktu (są też na skórę, włosy i dla kobiet 40+ świetny prezent dla naszych mam i babć!!!). Nie będę Was zanudzać szczegółami, które znajdziecie na tej stronie, jak ktoś jest ciekawy niech sam wczyta się w szczegóły. Ja tylko o moim osobistym testowaniu mogę powiedzieć.
Zalety Plusssz Lady detox:
- smak - naprawdę smakuje wyjątkowo, inaczej niż większość tabletek musujących - mniam! ok, ok, bez przesady, nadal wolę colę ;-) ale na tle musujących tabletek pozytywnie się wyróżnia!
- zawiera żurawinę - której wyjątkowe właściwości bardzo cenię ale za np. suszoną nie przepadam, a tu mam zdrowo i wygodnie podane ;-)
- wygoda stosowania - nowatorska forma musujących tabletek jest wygodna i smaczna w użyciu ;-)
- wygoda stosowania po raz drugi - u mnie szklanka z Plusssz Lady detox zastąpiła 1 szklankę kawy/coli dziennie; ograniczając ilość kofeiny działam więc podwójnie na moje zdrowie i stan organizmu ;-)
- nie tylko dla dam ;-) no rzeczywiście bo i dla młodych imprezowiczek ;-) i dla zmęczonych szarych "mamusiek" i dla zakuwających studentek - nie tylko dla dam, moje Lejdis ;-)
- antyoksydanty - w odpowiednich proporcjach podane na pewno niedoceniane ;-)
- wyjątkowy wyciąg z opuncji figowej - o specjalnym działaniu nie tylko detoksykującym, ale też ułatwiającym walkę ze zbędnymi kilogramami :-)
- pomaga pozbyć się nadmiaru nagromadzonej w organizmie wody i toksyn - sprawdziłam, prawda! Potwierdzam zauważalne działanie moczopędne i idące za tym (po przynajmniej dwutygodniowym stosowaniu) uczucie lekkości. Wyraźnie widoczna poprawa stanu cery (przynajmniej w moim osobistym przypadku, po wcześniejszych wielu niedoskonałościach związanych z używkami) czyli oczyszczanie organizmu z toksyn, widoczne "jak na dłoni" a w zasadzie "jak na twarzy" ;-)
- wyspecjalizowany - już wspominałam, że uważam rzeczy "do wszystkiego" za "do niczego"? Są dostępne 4 rodzaje preparatu, wszystkie z określonym przeznaczeniem i dobrze dobranym składem. Bardzo to cenię!
- opakowanie - estetyczne i wygodne.
- dostępność - preparatu nie trzeba nigdzie szukać, specjalnie zamawiać - jest łatwo dostępny :-)
Wady:
- nie wszyscy lubią musujące napoje; ale nawet ja podchodząca sceptycznie do tej formy - polubiłam!
- musujących tabletek nie weźmiesz w każdych warunkach (np. w podróży, gdzie wzięcie tabletki jest proste)
- przy obecnych temperaturach fajnie by było rozpuścić tabletkę w gorącej wodzie a zalecana jest chłodna.
I to chyba wszystko? Jeśli macie jakiekolwiek pytania praktyczne, o wrażenia z testowania (które wciąż trwa, nadal codziennie szklaneczka limonkowo-imbirowa mnie oczyszcza!) - zapraszam :-) A jeśli choć trochę macie ochotę na odmianę po szarych pastylkach czy niesmacznych ziółkach - biegnijcie kupić i na sobie wypróbować