Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty

Pleśniak

                  Z wielkimi przeprosinami za długie milczenie wracam do Was! Jednoczesne nawarstwienie przeprowadzki, remonto pokoju dla Synka, zmiany stanowiska w pracy i bakteryjnego zapalenia zatok.... to za dużo dla mnie :-( Ale już przez to wszystko przebrnęłam i mam nadzieję, że szybko nadrobię zaległości a wiernym czytelnikom już wkrótce (jak tylko zrobię zdjęcie do bannerka) wynagrodzę moje milczenie zbliżającym się pachnącym Candy :-)


             Kolejnym, po Murzynku, ciastem, kojarzącym mi się z dzieciństwem, jest pleśniak. Raczej z późnym dzieciństwem, bo nikt z rodziny nigdy nie piekł Pleśniaka, dopiero koleżanki w podstawówce pokazały mi to ciasto i od nich wziąwszy przepis nauczyłam się go piec sama :-) Bardzo mi smakował i ten smak też kojarzę z dzieciństwem :-) 
        Ostatnio w czeluściach mojej pojemnej zamrażarki odnalazłam sporo zamrożonych czarnych porzeczek, zbieranych latem u babci w ogródku :-) Zastanawiałam się co z nimi zrobić? Poszukując przepisów na czarnoporzeczkowe ciasto trafiłam na pewien blog (KLIK) i postanowiłam zrobić po prostu pleśniak z czarnymi porzeczkami :-) Jakoś za bezą nie przepadam szczególnie, więc z niej zrezygnowałam.
                W ciągu dnia zagniotłam kruche ciasto z 2,5 szklanki mąki, przesiekanej z kostką twardej margaryny, dodając do tego pół szklanki cukru pudru, 4 żółtka i 4 łyżki śmietany. Ciasto podzieliłam na dwie części i do jednej wgniotłam kilka łyżek kakao (wedle uznania i upodobań). Zamroziłam je. Po kilku godzinach starłam jasną część ciasta do prostokątnej dużej blachy wysmarowanej tłuszczem. Podpiekłam w 180 stopniach przez kilkanaście minut. W tym czasie ubiłam pianę z 4 pozostałych od ciasta białek z dodatkiem cukru pudru (do smaku). Wyjęłam spód ciasta, rozłożyłam na nim czarne porzeczki (około 0,5kg przy czym zawsze, dopóki nie zrobiłam pleśniaka z porzeczkami, używałam kwaśnego dżemu, właśnie np. z czarnych porzeczek!) na nich ubitą pianę, a na wierzch starłam na tarce ciemną, kakaową część ciasta i znów do piekarnika do 180 stopni na około 40 minut. Po upieczeniu - posypać cukrem pudrem i rozkoszować się smakiem dzieciństwa - smacznego :-)


Murzynek

          Ciasto klasyczne, dla mnie to jeden z zapachów i smaków dzieciństwa, wiążący się wspomnieniami z moją kochaną Babcią :-) Przepis generalnie pochodzi od niej, choć na przestrzeni lat lekko go zmodyfikowałam, aż uzyskałam efekt doskonały, choć wciąż nieodmiennie kojarzący się z latami dzieciństwa :-) Wśród dzisiejszych wymyślnych kombinacji smakowych, ozdobnikowych takie klasyczne domowe ciasto to coś, co chyba w każdym wzbudzi ciepły uśmiech i miłe wspomnienia :-)
           Murzynka robimy na raty, można sobie rozłożyć na dwa dni albo po prostu wliczyć przerwę na wystygnięcie początkowo robionej polewy. Murzynka - tradycyjnie, jak moja Babcia - piekę w dużej okragłej tortownicy i na taką ilość podaję proporcje. Najpierw w dużym garnku powoli roztapiamy 250g masła roślinnego (lub innego twardego tłuszczu), dodając do niego 1,5 szklanki cukru, cukier waniliowy, 200ml mleka (można też użyć samej wody! wtedy - jeśli użyjemy masła roślinnego, ciasto nadaje się też dla osób na diecie bezmlecznej!). Wszystko stale mieszamy na maleńkim ogniu podgrzewając, aż do uzyskania gładkiej konsystencji. Dodajemy około 60g ciemnego gorzkiego kakao (tak, tak duża ilość, nie pomyliłam się) i nadal mieszamy aż powstanie gładka lśniąca masa. Z tego odlewamy około 3/4 szklanki na polewę, resztę zostawiamy do wystygnięcia. Gdy masa jest zimna dodajemy do niej 4 żółtka, 2 szklanki mąki, 1 dużą łyżkę proszku do pieczenia, czubatą łyżeczkę przyprawy do piernika i 2-3 płaskie łyżki powideł śliwkowych (cudownie nawilżają ciasto i nadają mu niepowtarzalnego aromatu!). Miksujemy (lub mieszamy dokładnie) wszystko na gładką masę. Tortownicę natłuszczamy i wysypujemy bułką tartą. Ubijamy pianę z pozostałych 4 białek. Dodajemy do masy, jednocześnie wlewając 1 aromat arakowy. Delikatnie mieszamy. Wkładamy ciasto do tortownicy i do piekarnika. Pieczemy około 45-60 minut (pod koniec sprawdzamy patyczkiem, nie umiem podać dokładnego czasu bo to zależy zarówno od wilgotności powideł jak i od piekarnika) w temperaturze 180 stopni. Po wyjęciu polewamy odstawioną polewą i oprószamy wiórkami kokosowymi. Smacznego :-)
 






Po chińsku :-)

Nie lubię kuchni chińskiej. Nie odpowiadają i typowe dla niej połączenia smaków, przyprawy, dodatki. Jako alergiczka muszę niesamowicie uważać na owoce morza (nie jadam wcale), olej arachidowy, sos sojowy i pikantne przyprawy. Jeśli już to prosty ryż z warzywami.
       Jednak niedawno wspólnie z Synkiem oglądaliśmy Bitchin' Kitchen i Nadia akurat prezentowała coś w rodzaju sajgonek po włosku. Synek zauroczony zażądał następnego dnia na kolację sajgonek. I był to nasz kolejny pierwszy raz w kuchni i moje własne małe odkrycie. Mianowicie sajgonki robione w domu nie muszą ociekać tłuszczem i nie muszą być pikantne. Na razie wypróbowałam tylko dwie podstawowe, nasze autorskie wersje, ale na pewno będziemy eksperymentować z kolejnymi. Bo wiecie, że w sajgonce możecie umieścić wszystko co zechcecie? Każdy rodzaj mięsa, warzyw... Co kto lubi :-) Najważniejsze jednak, że sajgonki to potrawa ekspresowa! Całość zamieszania w kuchni obejmuje maksymalnie pół godziny i to ze sprzątaniem po gotowaniu razem ;-) Polecam!
       Na nasz pierwszy raz przygotowałam drobno pokrojone filety z kurczaka, które podsmażyłam z dodatkiem curry.



Pokroiłam kapustę pekińską i paprykę w paski a obraną marchewkę starłam na tarce o grubych oczkach.



Papier ryżowy wykorzystałam zgodnie z zamieszczoną na opakowaniu instrukcją obsługi (czyli namoczyć około 15 sekund w ciepłej wodzie, nałożyć farsz, zawinąć).



I tu pierwsza uwaga: sajgonek nie trzeba smażyć! Bez smażenia są lekkie, zdrowe i pyszne jako przekąską, na przyjęcie, można też je przechowywać (w lodówce w wilgotnym papierku w szczelnie zamkniętym pudełku).



Sajgonki można jednak usmażyć, wówczas zyskujemy chrupiącą skórkę :-) Ja podałam tylko z sosem sojowym (wewnątrz poza curry do kurczaka  nie dodałam żadnych przypraw, aby każdy przyprawił wedle własnego uznania). Smacznego :-)


Dan Cake - część 2 Tort

           Kolejnym prezentem w paczce od Dan Cake był spód tortowy ciemny. Lubię robić torty. Synek uwielbia wymyślać ich smaki i sposób dekoracji. Z wielką chęcią więc zabraliśmy się za testowanie :-)



           Zawsze do tej pory biszkopt do tortu piekłam samodzielnie według przekazanego mi przez Mamę przepisu. Jednak w związku z tym, że zazwyczaj się spieszyłam, biszkopt wychodził różnej jakości i nigdy nie byłam zadowolona w pełni z jego puszystości. Gotowe spody do tortów to wielka wygoda. Dzięki nim przygotowanie tortu to kwestia kilkunastu-kilkudziesięciu minut w zależności od tego jaki krem i ozdoby wymyślimy ;-) Ciemne spody do tortu wykorzystałam do przygotowania "tortu bananowego" dokładnie według zamówienia mojego Synka ;-)
            Najpierw zrobiłam bananowy krem do tortu. Nigdy takiego nie robiłam, a po przeszukaniu internetu zdecydowałam się na przepis na "krem bananowy inny" (zaczerpnęłam stąd: KLIK). Podana ilość składników wystarcza na naprawdę bardzo dużą ilość kremu, więc jeśli robicie mały torcik zróbcie mniejszą ilość według podanych proporcji (albo zostanie kemu, który możecie podać sam, jako deser, z owocami czy bakaliami!). 
            Najpierw 4-5 bananów (w zależności od wielkości) kroimy w plasterki i skrapiamy sokiem z 1 cytryny (aby nie ciemniały), dodajemy do nich 400g gęstego jogurtu naturalnego i dokładnie miksujemy na gładką masę.


Następnie 6 łyżeczek żelatyny rozpuszczamy w 1/4 szklanki gorącej wody i odstawiamy do wystygnięcia. 0,5 litra schłodzonej kremówki ubijamy z kilkoma (do smaku) łyżeczkami cukru pudru. Do masy bananowej wlewamy wystudzoną żelatynę, dokładnie miksujemy, a następnie po trochu dodajemy bitą śmietanę, delikatnie mieszając puszystą masę. Wstawiamy do lodówki aby nieco stężała.

          W tym czasie przygotowujemy spody do tortu. Spody Dan Cake, które otrzymałam okazały się niezwykle smaczne i odpowiednio puszyste, jedyne na co radzę zwrócić uwagę to delikatne ich otwieranie i rozdzielanie po otwarciu paczki, bo - przynajmniej w moim przypadku - były nieco sklejone i musiałam je bardzo delikatnie rozdzielać aby się nie porwały. Najpierw każdą warstwę z obu stron delikatnie nasączam. Nasączać można czym się chce: dla dorosłych proponuję aromatyczne alkohole rozcieńczone wodą, np. wiśniówka czy wermut; dla dzieci nie używamy alkoholu, a płyn do nasączenia może być np. mocną aromatyczną herbatą lub po prostu wodą rozrobioną z jakimś aromatem do ciast :-) 



Na pierwszy z nasączonych spodów nakładamy pierwszą warstwę... czego? Co lubicie :-) Ja zazwyczaj używam kwaskowatej marmolady wieloowocowej dla zrównoważenia słodkiego smaku tortu i kremu. Rozsmarowujemy niezbyt grubą warstwę na pierwszym spodzie:


Na to kolejna warstwa ciasta i tu proponuję warstwę kremu. Synek zażyczył sobie kategorycznie aby był w kolorze fioletowym, więc użyłam barwnika spożywczego, ale jeśli ktoś ma jagody może ich oczywiście użyć, albo pozostawić krem w niezmienionej barwie ;-) 


Na to już ostatnia warstwa biszkoptu i całość z zewnątrz smarujemy gotowym kremem bananowym. 


Krem wyrównujemy specjalną szpatułką (lub szerokim nożem, jak ja to zrobiłam), można też od razu wyznaczyć na wierzchu równe linie podziału... za pomocą nitki :-)


Tort dekorujemy wedle uznania, ja użyłam do tego półplasterków bananów, wykorzystałam także pozostałości (Synek od razu sam zjadł ponad pół paczki) bezików, które również od Dan Cake otrzymałam (Synek gorąco poleca! według mnie też rozmiar jest idealny zarówno do jedzenia jak i ozdabiania tortu!):


Gotowy tort bananowy, specjalnie na zamówienie Synka, z ogromną pomocą Dan Cake wykonany, wyglądał tak:


Polecamy zarówno odpowiednio puszyste i odpowiednio słodkie spody do tortów Dan Cake, idealne beziki Dan Cake, jak i właśnie taki bananowy sposób ich wykorzystania :-)






Zupa z kukurydzy

           Od kilku dni mój Mały Smakosz prosił o zupę z kukurydzy. Nigdy takiej nie robiłam, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz ;-)  Ja za kukurydzą jakoś specjalnie nie przepadam, ale Synek uwielbia i chyba w przedszkolu ostatnio taką mieli. Nie chciałam gotować "zwykłej" zupy na włoszczyźnie z dodatkiem kukurydzy, tylko szperałam w internecie w poszukiwaniu oryginalnych wyjątkowych przepisów. Najbardziej zainspirował mnie ten przepis (KLIK) ale moja zupa była jednak odmienna, zrobiona po swojemu ;-) I bardzo nam smakowała, więc dzielimy się naszym przepisem :-)
            Najpierw przygotowujemy bulion drobiowo-warzywny, mięso drobiowe (ja użyłam 3 skrzydełka, mogą być także korpusy czy udka...) zalewamy zimną wodą, doprowadzamy do wrzenia i na wolnym ogniu gotujemy około 30 minut, w międzyczasie dodając pokrojoną włoszczyznę (ja z oszczędności czasu i wygody użyłam z mrożonki - pół paczki). Następnie dodajemy 1,5 puszki kukurydzy po odsączeniu zalewy oraz drobno starty świeży imbir (około 2 łyżeczki; ostatecznie można dodać sproszkowany) i nadal gotujemy na wolnym ogniu przynajmniej 15 minut - do miękkości; można dla smaku dodać zeszkloną cebulkę również, ale my nie lubimy. Dodajemy przyprawy w ilości wedle własnego uznania: pieprz cytrynowy, kurkuma, gałka muszkatołowa. Pod koniec gotowania zabielamy zupę, ja użyłam do tego jogurt naturalny, ale może być śmietana czy mleko ;-) W tym czasie na dobrze rozgrzanej patelni układamy cieniutkie wąskie paski boczku wędzonego i mocno przysmażamy az będą chrupiące z obu stron! Zupę miksujemy wedle uznania całkowicie gładko lub z większymi grudkami. Na talerz nakładamy zupę, na to paski boczku i ziarna pozostałe w 0,5 puszki kukurydzy. Zupę można tez oczywiście podac z grzankami. Smacznego :-)
 


Dan Cake - część 1 Tartaletki

        Jakiś czas temu od znanej firmy Dan Cake, otrzymałam do testowania cały zestaw najróżniejszych pyszności. W paczce były słodkości i różne półprodukty, wszystko już wykorzystałam, a teraz w kilku wpisach chętnie zrelacjonuję!
          W związku z okresem karnawałowym, sprzyjającym imprezom, gościom, spotkaniom towarzyskim, na początek wspomnę tartaletki - półprodukt firmy Dan Cake usprawniający przygotowanie poczęstunku dla gości :-) Otrzymałam paczkę babeczek z kruchego ciasta, o lekko słonym smaku, do przygotowania wytrawnych tartaletek:
 
 


         Generalnie lubię samodzielnie przygotowywać wszystkie potrawy. Jednak po pierwsze aktualnie nie posiadam żadnych foremek do upieczenia tartaletek, po drugie jako samodzielna mama, zapracowana, zalatana i w dodatku aktualnie chora, czasami nie mam ani czasu ani siły przygotowywać jedną potrawę długimi godzinami... Myślę, że te babeczki to (nawet dla najbardziej zagorzałych kucharzy i kucharek, nawet dla tych którzy uwielbiają i mają czas pichcić, ale nawet im się czasami zdarzają "sytuacje awaryjne") fantastyczne "koło ratunkowe", gdy na przykład, w ostatniej chwili dowiadujemy się o wizycie gości, nie mamy siły czy czasu przygotować wystawnego posiłku albo po prostu (co każdemu, nawet najlepszemu się zdarza) coś nam w kuchni się nie uda i musimy się czymś ratować ;-)
          Jak wspomniałam wiele rzeczy lubię tworzyć samodzielnie od podstaw, ale tartaletek nie robię i jak się okazuje na razie robić nie będę - przekonałam się do tych od Dan Cake :-) To bardzo wygodne rozwiązanie, a przy okazji smaczne i niedrogie. Do tego na stole wyglądają pięknie i oryginalnie, w porównaniu z możliwością podania np. zwykłych kanapek czy byle jakiej zapiekanki - to prawdziwa uczta dla zmysłów :-) Ogromną wygoda jest też rozmiar tartaletek - takie akurat na 1-2 kęsy!
           Choroba nieco zmąciła moje zmysły smaku i węchu, ale wspierając się rodziną przetestowałam tartaletki na wszystkie strony ;-) Zostało orzeczone, że są smaczne, ciekawe i kolorowe i nawet mój Mały Synek z chęcia pałaszował :-) Zastanawiając się jak wypełnić wdzięcznie wnętrze takiej babeczki, najpierw przychodziły mi na myśl sałatka jarzynowa, sałatka z tuńczyka czy sałatka meksykańska (z czerwoną fasolą, kukurydzą i pikantnym sosem). Oczywiście można i tak, ale wydało mi się to zbyt proste i banalne ;-) Musiałam pomyśleć nad czymś innym. Na początek skusiłam się na wypełnienie z pasty jajecznej (jajko na twardo, masło, słodka papryka w proszku, sól, pieprz) i tak powstały pierwsze babeczki (koniecznie wypełnione bardziej niż po brzegi, na specjalne życzenie Synka!):
 


Mini-babeczki zniknęły natychmiastowo, jednak mi wydały się jakies takie "zimne" i nadal banalne. Pomyślałam, że skoro takie są za "zimne" to przygotuję coś na ciepło :-) I zgodnie z upodobaniami kulinarnymi Synka przygotowałam tartaletki "zapiekankowe" (plasterki szynki, na tym podsmażone pieczarki z cebulką, posypane tartym serem żółtym, zapieczone przez kilka minut w piekarniku i podane z keczupem):
 


I już wiem, że "zapiekankowe" babeczki to będzie u mnie hit kinderbali (bo takie się u nas zdarzają) - dzieciakom smakują bardzo, przygotowuje się bardzo szybko (około 15-20 minut), są bardzo wygodne bo takie na dwa kęsy akurat, więc nie zostają nadgryzione kawałki jak na przykład w przypadku podania całej zapiekanki. Dla mnie smak to również prosty, ale dzieci zasmakowały w tego rodzaju babeczkach :-)
      Mając na uwadze również mięsożerców ;-) postanowiłam przygotować coś dla nich. Kolejnym sprawdzonym nadzieniem była pasta z cielęciny z marchewką i grzybami suszonymi (ugotowałam wcześniej coś a'la gęsty gulasz, doprawiając gałka muszkatołową, która według mnie wybitnie pasuje do cielęciny i potem zmiksowałam to na gładką pastę):
 


Tartaletki z cielęciną wyszły pyszne, aromatyczne i sycące! Można podawać je zarówno na zimno (jakgdyby z pasztetem) jak i na ciepło, zapieczone przez 1-2 minuty tylko dla podgrzania. Na koniec przygotowałam mojego faworyta, czyli tartaletki z gruszkami i serem pleśniowym (gruszki z niewielką ilością cukru i goździków przegotowałam dłuższą chwilę, przykryłam serem pleśniowym i zapiekłam; całość można posypać orzechami - ale ja mam alergię na orzechy więc tego nei zrobiłam):
 
 
 
 
I tutaj dosłownie - niebo w gębie! Każdy kto spróbował - ze mną na czele - zachwycał się smakiem, konsystencją, aromatem! Ten pomysł na tartaletki uważamy za najlepszy i na pewno pojawi się na niejednej z moich imprez czy ugości niejednego z moich gości :-) Miałam jeszcze pomysł na wypełnienie tartaletek musem z kukurydzy i odzobienie smażonym boczkiem, ale niestety część opakowania dotarła do mnie pokruszona... w końcu to kruche babeczki ;-) 



Smaczne Candy

Jak zapowiadałam po książkowym i kosmetykowym - czas na kuchenne Candy :-) Dziś mam dla Was coś wyjątkowego: miskę przecierakową tak zwaną :-) Lub inaczej przecierak do warzyw. O taki:


Niektórzy stosują miksery, blendery, roboty kuchenne i inne cuda, ja ich także czasami dla oszczędności czasu używam, jednak wiem dobrze, że prawdziwy SMAK można osiągnąć tylko tradycyjnymi metodami :-) Miska jest wykonana ze stali nierdzewnej i posiada komplet tarek o różnej wielkości oczek:

a więc może siekać, rozdrabniać, przecierać - co kto chce :-) Używać można tego jak się chce, choć generalnie przeznaczone jest do owoców i warzyw, do zup, sosów, przecierów... Miska posiada wygodne zaczepy umożliwiające stabilne jej ustawienie na garnku czy innym naczyniu i przecieranie bezpośrednio do docelowego miejsca :-)
 


Dla osób lubiących gotować, ceniących smak, tradycję a jednocześnie wygodę i jakość (całość ze stali nierdzewnej) - coś idealnego :-) Miska jest nowa (rozpakowana tylko w celu sprawdzenia kompletności i wykonania zdjęć, prezentowanych w tym poście), jej wartość rynkowa to około 140zł.
 
I ten właśnie klasyczny solidny przecierak chcę komuś sprezentować :-) A komu? To się okaże za miesiąc ;-) Zaczynamy kolejne Candy! I znów będzie moja subiektywna ocena, a co,w końcu mój blog, moje Candy, mogę robić co chcę :-P Nie lubię losowań i nie chciałabym jakichś kwestii formalnych przy losowaniu przeoczyć, więc znów subiektywnie będzie ;-) Liczę na Was, że znów dacie mi do myślenia i trudny wybór będe miała (już mam jedną "pocieszajkę" dodatkową przygotowaną, bo jak Was znam łatwo wybrać nie będzie...!).
 
Informacje o Smacznym Candy:
1. Candy trwa od dziś tj. 31 stycznia 2013 do 28 lutego 2013r.
2. Zwycięzcę wybiorę subiektywnie ja sama, a ogłoszę najpóźniej 3 marca 2013 (choć postaram się wcześniej) na tym blogu w oddzielnym poście.
3. Sponsorem nagrody jestem ja, wysyłam paczką pocztową na własny koszt - wyłącznie na terenie Polski.
4. Udział w Candy może wziąć każdy, kto posiada jakikolwiek adres wysyłkowy na terenie Polski (ciocię, babcię, stryjka, kolegę...).
 
Jak wziąć udział?
1. Są dwa warunki konieczne do wzięcia udziału w Smacznym Candy: PIERWSZY - wypowiedź w komentarzu pod tym postem w odpowiedzi na zadane poniżej pytanie; DRUGI - upublicznienie informacji o Smacznym Candy czy to na blogu w pasku bocznym, czy na tablicy FB (proszę o wklejanie linku gdzie została udostępniona informacja, a jeśli ktoś nie chce publicznie podawać danych z FB - mozna wysłać taką informację na mojego maila!).
2. Będzie mi bardzo miło jeśli choć słowem wspomnicie w komentarzu do czego wykorzystacie przecierak (może podarujecie go babci żeby zrobiła wasz ulubiony przecier pomidorowy? a może same będzie z jego pomoca tworzyć dania dla córeczki czy synka?) - ale nie jest to warunek konieczny.
3. Oczywiście będzie mi niesamowicie miło, jeśli dołaczycie do grona moich obserwatorów i polubicie mojego bloga na FB ale nie jest to warunek konieczny - nic na siłę :-)
4. Osoby bez bloga - proszę o podanie adresu e-mail!
5. Każda osoba może zamieścić tylko jedną wypowiedź (jeśli zamieści więcej i tak pod uwagę będę brała tylko tą pierwszą).
 
Oto bannerek do pobrania i zamieszczenia na blogu lub FB:
 


I najważniejsze, czyli pytanie-zadanie konkursowe.
Za oknem zima a ja przywołuję lato ;-)
Uwielbiam robić przetwory. Zazwyczaj mam na to mało czasu i tylko na szybko kilka tradycyjnych "słoików" przygotuję, ogórki kiszone, dżem truskawkowy, sok malinowy, powidła... a przecież tyle jest ciekawych i zdrowych smaków do zamknięcia w słoiku!
Napiszcie proszę o smakowitych przetworach w słoikach. Może to być cały dokładny przepis, może być jakieś Wasze wspomnienie z dzieciństwa, albo nowatorski ciekawy pomysł, coś co Wam się udało pysznego zachować w słoiku albo co najbardziej lubicie jeść ze słoika, może być jakaś ciekawa nazwa przetworów albo wyjątkowy składnik????
Nagrodzę osobę, która najciekawiej, najsmaczniej i najbardziej zachęcająco napisze, aż mi ślinka poleci i aż zdecyduję się sama zrobić w tym roku takie przetwory :-)
Może być słodko, może być wytrawnie, owoce, warzywa, a może jeszcze coś innego zamykacie na zimę w słoikach? Jakie smaki królują w Waszych spiżarniach lub królowały i u Waszych babć, cioć...? Zaznaczam, że mam okrutną alergię na orzechy, pomarańcze, mandarynki, czereśnie i dynię, nie mogę też jeść surowej (przetworzoną w jakikolwiek sposób już mogę, a mój Synek to wręcz uwielbia) papryki, więc poproszę bez tych składników ;-)

Uff, rozpisałam się, ale chyba wszystko jasne i dokładnie przedstawione?

Tak więc do dzieła!!!

Prawie jak kebab ;-)

         Przy okazji Surówki z czerwonej kapusty wspominałam o zrobionym z jej pomocą "domowym kebabie". Lubimy kebab. Lubimy baraninę. Jednak w związku z faktem, że kebab jakim możemy się raczyć "na mieście" jest zazwyczaj wątpliwego pochodzenia, wątpliwej jakości i przyrządzany w wątpliwych higienicznie warunkach - nie jadamy go zbyt często. Baranina w mojej okolicy nie jest popularna i ogólnodostępna więc w domu tejże również zbyt często nie jadamy. Ale co nam szkodzi dla domowego smaku kebaba "spolszczyć" jego przygotowanie?
         Przygotowałam pszenne tortille. Surówkę z czerwonej kapusty. Sos czosnkowy (jogurt + wybrane zioła i czosnek, mozna użyć sproszkowany, można też użyć jogurt pół na pół z majonezem a do tego saszetkę gotowej przyprawy do sosu ziołowego). Co do mięsa - ja wzięłam świetną pieczeń (tym razem dostałam gotową od znajomego, ale można samodzielnie zrobić: klops z mielonego mięsa, poprzetykany kawałkami obgotowanej wieprzowiny, doprawiony czosnkiem i majerankiem - pycha!), ale można wziąć pokrojony kawałek pieczonej karkówki, czy cokolwiek lubicie lub macie pod ręką ;-)


           Podgrzewamy tortille, podgrzewamy mięso, nakładamy mięso na tortillę, dodajemy surówkę i sos:


            Całość zawijamy w folię aluminiową i voila: domowy kebab gotowy :-) Oczywiście, można dodać inne warzywa, pomidory, białą kapustę, cebulke - jak kto lubi! Ale nam taki polski, prosty kebab domowy smakował wyśmienicie :-)

Smacznego :-)


Pierniczki

         Uwielbiam piec i ozdabiać pierniczki a już odkąd jestem mamą i mam wspaniałego małego pomocnika to jest to sama przyjemność :-) Nie jestem w tym wielką artystką, ale na nasze domowe potrzeby i dla najbliższych - wystarczająca ;-) Z tego przepisu korzystam od 3 lat. A to z tego względu, że jest przepisem bezmlecznym oraz możliwym do realizacji w wersji bezglutenowej (wtedy zamiast mąki pszennej dodajemy mąkę kukurydzianą, ewentualnie koncentrat mąki bezglutenowej), a na takiej diecie byliśmy ze względu na Synka przez poprzednie lata.
         Pierniczki rewelacyjnie nadają się na ozdoby, do zawieszania na choinkę. Nie są zbyt słodkie, za to są dość twarde i nie za bardzo kruche! Polecam do ozdabiania, lukrowania, ładnego pakowania i znajomym wysłania :-)

Zaczynamy od roztopienia 10dkg masła (lub margaryny w wersji bezmlecznej). W tym czasie w misce mieszamy 50dkg mąki pszennej (lub innej, bezglutenowej), łyżeczkę sody oczyszczonej, 2 duże jajka, 10 dkg cukru pudru, 10 dkg miodu (lub słodu ryżowego w wersji dla alergików!) oraz około 2 czubate łyżki przyprawy do piernika (ja dodaję sporo, każdy jak lubi, można gotową dodać albo samodzielnie zrobić z goździków, ziela angielskiego, cynamonu, kardamonu, gałki muszkatołowej, kolendry i pieprzu na przykład). Dodać roztopione ale nie gorące masło, wyrobić z tego ciasto, które może być nieco klejące (i jest to normalne!). Podsypując obficie mąką rozwałkowujemy ciasto na grubość nie mniej niż 5mm bo cieńsze może się przypalać i łamać! 




Układamy na wysmarowanej tłuszczem blasze i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez 8-10 minut. Pięknie dekorujemy i ze smakiem zjadamy :-)

Dziś niestety już wyczerpani po aktywnym dniu, więc ozdabianie zostawiamy na kiedy indziej ;-) 

Purpurowa prostota

Wpis ze specjalną dedykacją dla Ani, która mile połechtała moje kulinarne ego ;-)



        Czerwoną kapustę lubimy od zawsze, jednak zazwyczaj zgodnie z przepisem mojej Babci, gotowałam. Bardzo lubimy surówkę z czerwonej kapusty, jednak jak dotąd podjęłam próbę jej uczynienia ze dwa razy i szczerze przyznam, że nie była to rewelacja :-/ Raz za grubo posiekałam i ciężko było pogryźć, innym razem kiepsko doprawiłam i była niesmaczna... Dlatego gdy tylko jedliśmy gdzieś "na mieście" - co rzadko się zdarza - zawsze korzystaliśmy z okazji i wcinaliśmy surówkę z czewonej kapusty!
         Ostatnio Synek opowiadał jaka to pyszna surówka z czerwonej kapusty byłą w przedszkolu, że jadł i jadł i jeszcze jadł! No to zapytałam panią z przedszkola jak robią tą surówkę. Podała mi przepis, nie obyło się bez mojej własnej leciutkiej modyfikacji aby była dokładnie pod nasz smak. I wczoraj zrobiona. Pyszna! Jeszcze w trakcie robienia wyjadana spod noża ;-) I kicający Synek wołający, że skoro je tak kapustkę to pewnie jest króliczkiem ;-) Więc dla Ani, dla króliczków - oto prawie przedszkolny przepis na surówkę z czerwonej kapusty :-)

Dla około 3-4 osób przygotujemy surówkę w około 15 minut (zależy jak szybko machasz nożem!).
Pół niedużej główki czerwonej kapusty (drugą połówkę zostaw na później, może długo poleżeć albo ugotuj na następny dzień do obiadu!) obierz z wierzchnich liści, umyj i poszatkuj dość drobno (ja siekałam jak najdrobniej umiem). Jeśli robisz dla małego dziecka albo po prostu masz takie upodobania, możesz poszatkowaną na chwilkę zalać wrzątkiem aby nieco zmiękła - my jednak lubi chrupać jak króliczki ;-) Jedną małą cebulkę (lub jedną dużą czerwoną) posiekaj bardzo drobno. Dodaj do kapusty. Jedno duże jabłko (najlepiej niezbyt kwaśne) zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Dodać dużą łyżkę oliwy z oliwek, sok wyciśnięty z połówki cytryny, łyżeczkę cukru, sól i pieprz do smaku.Wszystko wymieszać i zajadać ze smakiem :-) Smacznego purpurowego :-)

Pomarańczowa galaretka

Sam pomysł powszechnie znany jest chyba, ale u nas w domu zagościł po raz pierwszy. Synek długo nie mógł się nadziwić co to jest i o co chodzi ;-) Wykonałam najprostszą wersję, ale można wrzucić do galaretki owoce na przykład czy w inny sposób udekorować. Wygodna forma podania, moim zdaniem, sprawia, że jest to rewelacyjna przekąska na dziecięce przyjęcia :-)
 
1. Przekrój pomarańcze na pół w poprzek, pozbądź się miąższu (akurat świeży sok z pomarańczy z tego zrobisz!).
 

 
 
2. Przygotuj galaretke o dowolnym smaku według przepisu na opakowaniu, dodając jednak nieco mniej wody niż zaleca producent. Galaretką napełnij "miseczkę" ze skórki od pomarańczy. Schłódź w lodówce.
 

 
3. Po zastygnięciu galaretki, pokrój powstała "pomarańczkę" na podłużne cząsteczki.... i smacznego :-)
 


Śniadaniowe bułeczki "na noc" ;-)

Lubię piec, podobno (ja nie lubię słodkiego) pyszne ciasta piekę, ale jakoś nigdy za dobrze mi nie wychodziło pieczywo :-( Teraz mam piekarnik bez żadnych cudów, zwykły gazowy, do tego grzeje jak chce, temperaturę mogę sobie ustawiać a on i tak grzeje po swojemu, zazwyczaj jeszcze bardziej ;-) A z tymi bułeczkami nawet mój okrutny piekarnik dał sobie radę! Więc polecam nawet dla tych, którzy myślą, że nie dadzą rady! A gwarantuję - własne, świeże, gorące bułeczki o poranku - doświadczenie bezcenne :-) 
Przepis zaczerpnęłam z kilku miejsc w sieci (głównie stad - KLIK), przerobiłam po swojemu i proszę bardzo :-)

SKŁADNIKI:
na 12 bułeczek

0,5kg mąki pszennej
szklanka mleka
1 jajko
2,5dkg drożdży
2,5 łyżki oleju
0,5 łyżeczki soli
tłuszcz i mąka do przygotowania formy
mleko do posmarowania


CZAS: 
Wyrabianie ciasta około 15 minut. Wyrastanie - cała noc w lodówce (w razie potrzeby czas ten można skrócić do 2 godzin w temperaturze pokojowej). Pieczenie - 7 minut.

PRZYGOTOWANIE:
W ciepłym (nie gorącym!) mleku rozpuścić drożdże, dodać pozostałe składniki i wyrobić (najlepiej ręcznie!) na gładkie, lśniące ciasto drożdżowe, w razie czego można jeszcze odrobinkę oleju dodać ;-) Gdy ciasto jest wyrobione dzieli je na 12 równych części i formujemy równe, gładkie kulki. Umiejscawiamy je w formie wysmarowanej tłuszczem i wysypanej mąką (można oczywiście na blasze, ale ja uwielbiam takie odrywane od siebie bułeczki więc polecam po prostu tortownicę). Przykrywamy czystą ściereczką i wstawiamy na noc do lodówki (lub zostawiamy na 2 godziny w temperaturze pokojowej).

Rano wyjmujemy wyrośnięte bułeczki z lodówki i już wyglądają tak:


Smarujemy po wierzchu całe bułeczki mlekiem i wstawiamy do bardzo mocno rozgrzanego piekarnika (nie mam pojęcia jak mój miał tym razem ochotę się rozgrzać, ale obstawiam około 220 stopni? przy termoobiegu zalecają 200). Pieczemy 5-7 minut aż leciutko się zarumienią, a rozchodzący się po całym domu zapach, pobudzi wszystkich śpiochów i zaprosi na miłe śniadanko w dobrym humorze :-)

Jeszcze gorące, tuż po wyjęciu z piekarnika, słoneczne bułeczki w kształcie słoneczka ;-)


I już na talerzu, już obwąchane, oblizane i.... niestety więcej zdjęć nie ma bo zostały zjedzone :-) Nie zdjęcia a bułeczki - wyszły rewelacyjne! A skoro mało kłopotliwe i nie czasochłonne w przyrządzaniu - zagoszczą u nas na śniadaniowym stole częściej :-)

Najlepsza Genowefa ;-)

W tak pięknych okolicznościach przyrody... ;-) czyli w ten piękny jesienny śnieżny weekend ;-) zapraszam wszystkich serdecznie na pyszną, ponoć nieco staroświecką, ale przez nas uwielbianą, do tego zdrową - herbatkę z PIGWĄ :-)
Pigwy kojarzyły mi się dotąd wyłącznie z niesamowitą konfiturą jaką do herbaty serwowała (wiele lat temu) moja śp. Babcia Jadzia. Na fali wspomnień za opatrzona w skromne owoce, zanim spróbowałam dorównać niedoścignionej w kuchni Babci, zrobiłam sok do herbaty, zamiast cytryny ;-) Smaczniejszy i dużo zdrowszy, bo prócz większej dawki wit. C zawiera też mnóstwo innych wspaniałych składników (jakich dokładnie to możecie poczytać w sieci, ja nie jestem encyklopedią i nie chcę nikogo w błąd wprowadzić).
Na początku był owoc ;-)
Potem pokrojony i mocno zasypany cukrem zamknęłam w słoiku na 24 godziny w cieple (później przechowywać w lodówce)
I jak znalazł na śnieżny weekend do gorącej herbaty :-)


Zapraszam i smacznego :-)



Uśmiechnij się! Siadamy do stołu

Piękny tytuł, prawda? Naprawdę fajnie by było, gdyby każdy z nas już na samą myśl o siadaniu do stołu się uśmiechał. Ot, tak, z czystej przyjemności nie tylko jedzenia, ale i przebywania w gronie rodziny. Nie krzywił się na myśl o niesmacznym jedzeniu, nie martwił tym co może wyniknąć z rozmów przy stole, nie złościł na zmęczenie i brak pomocy w przygotowaniu posiłku... I tak dalej, i tak dalej...
Uwielbiam jeść. Jeszcze bardziej - gotować. Nie może być dla mnie większej "nagrody" kiedy ktoś ze smakiem zje to co ja naszykuję; wtedy serce mi rośnie, rozpływam się ze wzruszenia... mam wrażenie, że to chyba "w genach" po mojej kochanej ś.p. babci Jadzi, która to mnie od podstaw uczyła gotować i zaszczepiła we mnie miłość jedzenia, gotowania i karmienia. Ale też nie to, żebym golonkę i schabowe non stop, o nie! Z własnej inicjatywy ukończyłam kurs dietetyka żywieniowego, dużo czytam o jedzeniu, interesuję się nowinkami, a jako alergiczka i mama alergika znam setki ciekawych zamienników dla różnych mniej zdrowych produktów ;-) Pracuję w firmie silnie związanej z branżą gastronomiczną, a przy sąsiednim biurku siedzi międzynarodowej sławy kucharz. Nie przesadzam też w drugą stronę: nie jestem totalnie "eko" i "bio", zdarza się nam zjeść na obiad pizzę czy chipsy. Myślę, że w kwestii odżywiania udało mi się w życiu znaleźć złoty środek i czerpać z tego radość, a dzięki mojej postawie i Synek nie ma "problemów" z jedzeniem. Lubi jeść, lubi zdrowe jedzenie (np. kocha szpinak czy kaszę gryczaną!) ale wcina też kolorowe lizaki czy boczek (którego jest wielkim miłośnikiem). Ale się rozpisałam o mojej "jedzeniowej drodze życiowej" i mogłabym tak jeszcze długo, a tu nie o tym miała być mowa.
Powodowana moją miłością do kucharzenia (i oczywiście miłością do dziecka i naturalnym pragnieniem poznania wszelkich możliwych trendów w wychowaniu aby wybrać najbardziej odpowiedni dla Synka) miałam okazję sięgnąć po nową lekturę. Lekturkę w zasadzie. Książeczkę. Bardzo skądinąd popularnego pana (którego do tej pory jakoś nie miałam jeszcze przyjemności czytać, co szybko chce nadrobić!). Pan Jesper Juul popełnił niewielkie "dziełko" (bo książeczka rozmiarów kieszonkowych łącznie ze 144 stron się składa) "Uśmiechnij się! Siadamy do stołu". Wydana przez mało mi znane wydawnictwo MiND, książeczka zachęca samym już wyglądem, bo w słodkich kolorach, niewielka, nie przerażająca jak jakaś naukowa księga psychologiczna ;-) wewnątrz okraszona budzącymi we mnie odruchowo sympatię oryginalnym ilustracjami - polecam również i je przestudiować! Książeczkę na spokojnie przeczytałam w dwa dni i... kiwając głową potakująco nad niemal każdym zdaniem, czułam lekki niedosyt. Chcę jeszcze, więcej, czyta się lekko, łatwo i przyjemnie, mądre rozumne i dobrze podane słowa, temat ważki - chcę więcej!
Za czasów szkolnych pisałam piękne streszczenia i recenzje książek jako wypracowania na język polski, jednak tutaj chyba napisać powinnam nieco inaczej... Książka nie jest poradnikiem. Nie daje odpowiedzi tylko zadaje pytania. Ukierunkowuje. Zwraca uwagę na istotne zagadnienia. Nic nie narzuca. I to bardzo mi się osobiście podoba. Bo każde dziecko jest inne, każda rodzina jest inna i nie ma gotowych rozwiązań dla wszystkich! Ja też uważam, w skrócie ujmując, że "jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego" ;-) i podobny pogląd przedstawia autor w książce. Jeśli ktoś z Was jest zainteresowany wpływem posiłków na atmosferę w rodzinie, rozwój i emocje dziecka - niech sięgnie po tą książkę! Tytuły podrozdziałów wskazują  jakie, istotne w odniesieniu do odżywiania i rodzinnych posiłków, porusza książka. Są to między innymi: wartości, czas, kultura rodziny, grymaszenie czy nastolatki przy stole. Są to sprawy, o których nie myślimy raczej codziennie stawiając obiad na stole czy szykując śniadanie, a warto choćby tylko w trakcie lektury tej książki na nich się skupić. Bardzo podoba mi się wychylający się według mnie zza każdej strony tej książki ogólny stosunek autora do kwestii wychowawczych, który, bardzo uogólniając, można ująć w słowach: dziecko jest wolnym człowiekiem i należy się mu szacunek, ale rodzice są jego przewodnikami w (młodym) życiu i są za nie odpowiedzialni. Z większością poglądów wyrażonych w książce się zgadzam, z niektórymi nie, ale jak już wspomniałam, nie chodzi tu o wierne przełożenie słów Juula na nasze życie, tylko o zastanowienie się nad własną rodziną i posiłkami w kontekście poruszonych przez niego kwestii. Autor zmusza nas do myślenia (co w książkach bardzo cenię!) i odpowiadania w kontekście naszej rodziny na pytania typu:
- Czy pierwsze posiłki dziecka są naturalną i integralną częścią życia rodziny, czy raczej niemowlę znajduje się na piedestale, a rodzice tworzą tylko podziwiającą widownię?
- Czy powinno się uczyć dzieci zjadania wszystkiego z talerza?
- Czy jeśli ktoś nie lubi jakichś ośmiu czy dziesięciu potraw, to znaczy, że grymasi, czy może trzeba nie lubić trzydziestu czy czterdziestu?
- Czy rozumiemy, że jeszcze żadne dziecko nie umarło z głodu z powodu własnego uporu i czy jesteśmy skłonni pozwolić mu na to tak długo jak będzie trzeba?

Podsumowując, książkę polecam gorąco wszystkim rodzicom, zarówno oczekującym dopiero Maleństwa, rodzicom niemowlaków, małych dzieci, jak i nastolatków! Nie ważne czy kochasz gotować czy uwielbiasz fast food, czy jesz palcami czy nożem i widelcem, czy odżywiasz się zdrowo i ekologicznie czy tłusto i słono - ta książka jest dla wszystkich! Nie zdradzę wszystkich przemyśleń własnych po tej lekturze, ale przyznam, że po raz pierwszy w życiu zastanowiłam się nad kulturą jedzenia i manierami przy stole w naszej rodzinie... bo te są naprawdę na miernym poziomie :-/ Wnioski będę wprowadzać powoli w życie. Ciekawa jestem jak inni Czytelnicy odbierają tą książkę? Ktoś czytał? A jeśli nie, to poczekajcie cierpliwie, wkrótce komuś z Was z przyjemnością sprezentuję mój egzemplarz ;-) ale na razie czekam aż zbierze się nas troszeczkę więcej!

Autor: Jesper Juul
Tytuł: Uśmiechnij się! Siadamy do stołu
Wydawnictwo: Wydawnictwo MiND Dariusz Syska
Rok wydania: 2011
Stron: 144
ISBN: 978-83-62445-07-3
Cena: 29,9 pln