Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

Pleśniak

                  Z wielkimi przeprosinami za długie milczenie wracam do Was! Jednoczesne nawarstwienie przeprowadzki, remonto pokoju dla Synka, zmiany stanowiska w pracy i bakteryjnego zapalenia zatok.... to za dużo dla mnie :-( Ale już przez to wszystko przebrnęłam i mam nadzieję, że szybko nadrobię zaległości a wiernym czytelnikom już wkrótce (jak tylko zrobię zdjęcie do bannerka) wynagrodzę moje milczenie zbliżającym się pachnącym Candy :-)


             Kolejnym, po Murzynku, ciastem, kojarzącym mi się z dzieciństwem, jest pleśniak. Raczej z późnym dzieciństwem, bo nikt z rodziny nigdy nie piekł Pleśniaka, dopiero koleżanki w podstawówce pokazały mi to ciasto i od nich wziąwszy przepis nauczyłam się go piec sama :-) Bardzo mi smakował i ten smak też kojarzę z dzieciństwem :-) 
        Ostatnio w czeluściach mojej pojemnej zamrażarki odnalazłam sporo zamrożonych czarnych porzeczek, zbieranych latem u babci w ogródku :-) Zastanawiałam się co z nimi zrobić? Poszukując przepisów na czarnoporzeczkowe ciasto trafiłam na pewien blog (KLIK) i postanowiłam zrobić po prostu pleśniak z czarnymi porzeczkami :-) Jakoś za bezą nie przepadam szczególnie, więc z niej zrezygnowałam.
                W ciągu dnia zagniotłam kruche ciasto z 2,5 szklanki mąki, przesiekanej z kostką twardej margaryny, dodając do tego pół szklanki cukru pudru, 4 żółtka i 4 łyżki śmietany. Ciasto podzieliłam na dwie części i do jednej wgniotłam kilka łyżek kakao (wedle uznania i upodobań). Zamroziłam je. Po kilku godzinach starłam jasną część ciasta do prostokątnej dużej blachy wysmarowanej tłuszczem. Podpiekłam w 180 stopniach przez kilkanaście minut. W tym czasie ubiłam pianę z 4 pozostałych od ciasta białek z dodatkiem cukru pudru (do smaku). Wyjęłam spód ciasta, rozłożyłam na nim czarne porzeczki (około 0,5kg przy czym zawsze, dopóki nie zrobiłam pleśniaka z porzeczkami, używałam kwaśnego dżemu, właśnie np. z czarnych porzeczek!) na nich ubitą pianę, a na wierzch starłam na tarce ciemną, kakaową część ciasta i znów do piekarnika do 180 stopni na około 40 minut. Po upieczeniu - posypać cukrem pudrem i rozkoszować się smakiem dzieciństwa - smacznego :-)


Murzynek

          Ciasto klasyczne, dla mnie to jeden z zapachów i smaków dzieciństwa, wiążący się wspomnieniami z moją kochaną Babcią :-) Przepis generalnie pochodzi od niej, choć na przestrzeni lat lekko go zmodyfikowałam, aż uzyskałam efekt doskonały, choć wciąż nieodmiennie kojarzący się z latami dzieciństwa :-) Wśród dzisiejszych wymyślnych kombinacji smakowych, ozdobnikowych takie klasyczne domowe ciasto to coś, co chyba w każdym wzbudzi ciepły uśmiech i miłe wspomnienia :-)
           Murzynka robimy na raty, można sobie rozłożyć na dwa dni albo po prostu wliczyć przerwę na wystygnięcie początkowo robionej polewy. Murzynka - tradycyjnie, jak moja Babcia - piekę w dużej okragłej tortownicy i na taką ilość podaję proporcje. Najpierw w dużym garnku powoli roztapiamy 250g masła roślinnego (lub innego twardego tłuszczu), dodając do niego 1,5 szklanki cukru, cukier waniliowy, 200ml mleka (można też użyć samej wody! wtedy - jeśli użyjemy masła roślinnego, ciasto nadaje się też dla osób na diecie bezmlecznej!). Wszystko stale mieszamy na maleńkim ogniu podgrzewając, aż do uzyskania gładkiej konsystencji. Dodajemy około 60g ciemnego gorzkiego kakao (tak, tak duża ilość, nie pomyliłam się) i nadal mieszamy aż powstanie gładka lśniąca masa. Z tego odlewamy około 3/4 szklanki na polewę, resztę zostawiamy do wystygnięcia. Gdy masa jest zimna dodajemy do niej 4 żółtka, 2 szklanki mąki, 1 dużą łyżkę proszku do pieczenia, czubatą łyżeczkę przyprawy do piernika i 2-3 płaskie łyżki powideł śliwkowych (cudownie nawilżają ciasto i nadają mu niepowtarzalnego aromatu!). Miksujemy (lub mieszamy dokładnie) wszystko na gładką masę. Tortownicę natłuszczamy i wysypujemy bułką tartą. Ubijamy pianę z pozostałych 4 białek. Dodajemy do masy, jednocześnie wlewając 1 aromat arakowy. Delikatnie mieszamy. Wkładamy ciasto do tortownicy i do piekarnika. Pieczemy około 45-60 minut (pod koniec sprawdzamy patyczkiem, nie umiem podać dokładnego czasu bo to zależy zarówno od wilgotności powideł jak i od piekarnika) w temperaturze 180 stopni. Po wyjęciu polewamy odstawioną polewą i oprószamy wiórkami kokosowymi. Smacznego :-)
 






Żurawina

           Jakiś czas temu w konkursie "Zdrowe danie dla niejadka" wygrałam zaproszenie na brunch do warszawskiej modnej knajpki - Żurawina. Bardzo mnie ta wygrana ucieszyła :-) Bardzo lubię chodzić do restauracji, próbwać nowych połączeń smakowych, w miłym wnętrzu z miłą obsługą, zajadać się smakołykami! Sama bardzo lubię gotować, poza tym nie stać mnie na regularne stołowanie się poza domem, ale od czasu do czasu takie wyjście to czysta przyjemność :-) Nieco mniejszą przyjemnością wyjścia do restauracji stały się odkąd zostałam mamą - moje "żywe srebro" nie daje o sobie zapomnieć nawet na sekundę, wszędzie go pełno, wszędzie musi zajrzeć, ma swoje twardo egzekwowane preferencje co do stolika przy którym będziemy siedzieć, a także co do sposobu podania potraw ;-) Wyjścia do restauracji z Synkiem nie sa niemożliwe ale z pewnością mocno utrudnione ;-)
             Zapoznawszy się dokładnie z ofertą restauracji Żurawina, nabrałam wątpliwości jak w takim modnym, eleganckim miejscu będzie wyglądał brunch z moim Synkiem ;-) Ale w końcu zarezerwowaliśmy stolik i w weekendowe popołudnie zjawiliśmy się w modnym miejscu w centrum Warszawy.
             Zacznę od wnętrza - które zresztą możecie sobie obejrzeć na zdjęciach - bardzo gustownie urządzone, przestronne, eleganckie, wysmakowane dodatki, generalnie bardzo mi się podobało, choć z małym zastrzeżeniem: krzesła może i ładnie wyglądają, ale nie są przesadnie wygodne ;-)
             Mieliśmy przyjemność byc obsługiwani przez przesympatyczną, miła, pomocną, wyrozumiałą i wciąż uśmiechniętą kelnerkę. We wcześniej czytanych recenzjach restauracji pojawiały sie zastrzeżenia co do obsługi, więc tym bardziej byłam bardzo mile zaskoczona! W moich oczach taka obsługa to ogromny plus dla restauracji!
             W ramach wygranego zaproszenia otrzymaliśmy zestaw rodzinnego brunchu. Menu jest wypisane na tablicy, na nas czekało: dyniowe risotto z estragonem, parmezanem i bobem (niestety mam alergie na dynię, ale musiałam spróbować chociaż - wyśmienite! świetna konsystencja, ładnie podane, a smak - niebo w gębie!), pierś kaczki z puree ziemniaczanym, rozmarynem, dynią i żurawiną (tak doskonałej kaczki nigdy chyba nie jadłam! idealnie upieczona, idealnie doprawiona, chrupiąca skórka i miękkie aromatyczne mięso - pycha! w mojej osobistej opinii, danie nie było podane elegancko, puree wyglądało cokolwiek dziwnie, ale smak potrawy rekompensował wszystko!), na deser creme brulle z malinami (nie przepadam za słodkościami, a to jeden z nielicznych deserów, który lubię! nie odnotowałam żadnej szokującej rewelacji, ale deser mi smakował, dodatek malin równoważył słodycz kremu - smakowało mi!).
 

 
               Menu dziecięce, choć niezbyt obszerne, jest moim zdaniem dobrze skomponowane. Synek zażyczył sobie oczywiście rosół (okupiony wielkimi łzami i moim na prędce wyławianiem, bo... zapomniałam przy zamówieniu zaznaczyć, że Syn nie jada natki pietruszki! Synek je mnóstwo innych wartościowych rzeczy, a nie lubi liści pływających w zupie i w domu zawsze o tym pamietam bo jest to już normą, a tu zapomniałam!) - był bardzo smaczny wygodnie dla dziecka podany i porcja odpowiedniej wielkości. Potem na osuszenie łez zgodziłam się zamówić jeszcze naleśniki z serem i malinami - smaczne, domowe, znalazły uznanie w oczach dziecka :-)
               Z dodatkowych atrakcji zasługujących na uwagę, musicie wiedzieć, że w Żurawinie często odbywają się koncerty muzyki na żywo, stoi piękny fortepian :-)
               Jak wspomniałam, bardzo obawiałam się jak eleganckie wnętrze Żurawiny poradzi sobie z moim dzieckiem (i odwrotnie!). Po krótkiej chwili niepewności, dzięki przemiłej pani kelnerce, poczulismy się niesamowicie komfortowo! Mianowicie, w Żurawinie na dole znajduje się mała salka - dla dzieci i dla rodziców z dziećmi! W weekendy jest tam miła opiekunka, z którą można zostawić pociechę, a zajmie dziecko ciekawymi zabawami i zabawkami (naprawdę sporo różnorodnych zabawek: samochody, lalki, zabawki grające dla maluchów, kredki, stempelki, książeczki, puzzle, klocki...). W salce są też stoliki i jeśli dziecko ceni sobie obecność rodziców - można jeść przy stoliku obok :-) Miałam obawy czy Syn zechce zostać bez mamy w tej salce ale po kilku minutach tak ciekawie zajął się zabawą z pania opiekunką, że mogłam spokojnie iść na górę ;-) a kiedy podano jedzenie - Synek ledwie dał się odciągnąć od zanawek! Tak, taka oddzielna, dobrze wyposażona salka to w moich oczach ogromny plus, rzadko spotyka się takie miejsca w restauracjach! Biegające brzdące nie przeszkadzają kelnerom i innym gościom, ciekawe zabawki i miła opiekunka - pozwalają rodzicom na spokojne zjedzenie smacznego posiłku :-)
 

 
                Nie wiem czy prędko wybierzemy się znowu do Żurawiny (z powodów opisanych w pierwszym akapicie), ale polecam to miejsce wszystkim rodzicom, którzy wahają się z wyjściem do restauracji z powodu swoich Maluszków - w Żurawinie wizyta z dziećmi to sama przyjemność! Bez dzieci zresztą z pewnością też ;-)

Po chińsku :-)

Nie lubię kuchni chińskiej. Nie odpowiadają i typowe dla niej połączenia smaków, przyprawy, dodatki. Jako alergiczka muszę niesamowicie uważać na owoce morza (nie jadam wcale), olej arachidowy, sos sojowy i pikantne przyprawy. Jeśli już to prosty ryż z warzywami.
       Jednak niedawno wspólnie z Synkiem oglądaliśmy Bitchin' Kitchen i Nadia akurat prezentowała coś w rodzaju sajgonek po włosku. Synek zauroczony zażądał następnego dnia na kolację sajgonek. I był to nasz kolejny pierwszy raz w kuchni i moje własne małe odkrycie. Mianowicie sajgonki robione w domu nie muszą ociekać tłuszczem i nie muszą być pikantne. Na razie wypróbowałam tylko dwie podstawowe, nasze autorskie wersje, ale na pewno będziemy eksperymentować z kolejnymi. Bo wiecie, że w sajgonce możecie umieścić wszystko co zechcecie? Każdy rodzaj mięsa, warzyw... Co kto lubi :-) Najważniejsze jednak, że sajgonki to potrawa ekspresowa! Całość zamieszania w kuchni obejmuje maksymalnie pół godziny i to ze sprzątaniem po gotowaniu razem ;-) Polecam!
       Na nasz pierwszy raz przygotowałam drobno pokrojone filety z kurczaka, które podsmażyłam z dodatkiem curry.



Pokroiłam kapustę pekińską i paprykę w paski a obraną marchewkę starłam na tarce o grubych oczkach.



Papier ryżowy wykorzystałam zgodnie z zamieszczoną na opakowaniu instrukcją obsługi (czyli namoczyć około 15 sekund w ciepłej wodzie, nałożyć farsz, zawinąć).



I tu pierwsza uwaga: sajgonek nie trzeba smażyć! Bez smażenia są lekkie, zdrowe i pyszne jako przekąską, na przyjęcie, można też je przechowywać (w lodówce w wilgotnym papierku w szczelnie zamkniętym pudełku).



Sajgonki można jednak usmażyć, wówczas zyskujemy chrupiącą skórkę :-) Ja podałam tylko z sosem sojowym (wewnątrz poza curry do kurczaka  nie dodałam żadnych przypraw, aby każdy przyprawił wedle własnego uznania). Smacznego :-)


Dan Cake - część 2 Tort

           Kolejnym prezentem w paczce od Dan Cake był spód tortowy ciemny. Lubię robić torty. Synek uwielbia wymyślać ich smaki i sposób dekoracji. Z wielką chęcią więc zabraliśmy się za testowanie :-)



           Zawsze do tej pory biszkopt do tortu piekłam samodzielnie według przekazanego mi przez Mamę przepisu. Jednak w związku z tym, że zazwyczaj się spieszyłam, biszkopt wychodził różnej jakości i nigdy nie byłam zadowolona w pełni z jego puszystości. Gotowe spody do tortów to wielka wygoda. Dzięki nim przygotowanie tortu to kwestia kilkunastu-kilkudziesięciu minut w zależności od tego jaki krem i ozdoby wymyślimy ;-) Ciemne spody do tortu wykorzystałam do przygotowania "tortu bananowego" dokładnie według zamówienia mojego Synka ;-)
            Najpierw zrobiłam bananowy krem do tortu. Nigdy takiego nie robiłam, a po przeszukaniu internetu zdecydowałam się na przepis na "krem bananowy inny" (zaczerpnęłam stąd: KLIK). Podana ilość składników wystarcza na naprawdę bardzo dużą ilość kremu, więc jeśli robicie mały torcik zróbcie mniejszą ilość według podanych proporcji (albo zostanie kemu, który możecie podać sam, jako deser, z owocami czy bakaliami!). 
            Najpierw 4-5 bananów (w zależności od wielkości) kroimy w plasterki i skrapiamy sokiem z 1 cytryny (aby nie ciemniały), dodajemy do nich 400g gęstego jogurtu naturalnego i dokładnie miksujemy na gładką masę.


Następnie 6 łyżeczek żelatyny rozpuszczamy w 1/4 szklanki gorącej wody i odstawiamy do wystygnięcia. 0,5 litra schłodzonej kremówki ubijamy z kilkoma (do smaku) łyżeczkami cukru pudru. Do masy bananowej wlewamy wystudzoną żelatynę, dokładnie miksujemy, a następnie po trochu dodajemy bitą śmietanę, delikatnie mieszając puszystą masę. Wstawiamy do lodówki aby nieco stężała.

          W tym czasie przygotowujemy spody do tortu. Spody Dan Cake, które otrzymałam okazały się niezwykle smaczne i odpowiednio puszyste, jedyne na co radzę zwrócić uwagę to delikatne ich otwieranie i rozdzielanie po otwarciu paczki, bo - przynajmniej w moim przypadku - były nieco sklejone i musiałam je bardzo delikatnie rozdzielać aby się nie porwały. Najpierw każdą warstwę z obu stron delikatnie nasączam. Nasączać można czym się chce: dla dorosłych proponuję aromatyczne alkohole rozcieńczone wodą, np. wiśniówka czy wermut; dla dzieci nie używamy alkoholu, a płyn do nasączenia może być np. mocną aromatyczną herbatą lub po prostu wodą rozrobioną z jakimś aromatem do ciast :-) 



Na pierwszy z nasączonych spodów nakładamy pierwszą warstwę... czego? Co lubicie :-) Ja zazwyczaj używam kwaskowatej marmolady wieloowocowej dla zrównoważenia słodkiego smaku tortu i kremu. Rozsmarowujemy niezbyt grubą warstwę na pierwszym spodzie:


Na to kolejna warstwa ciasta i tu proponuję warstwę kremu. Synek zażyczył sobie kategorycznie aby był w kolorze fioletowym, więc użyłam barwnika spożywczego, ale jeśli ktoś ma jagody może ich oczywiście użyć, albo pozostawić krem w niezmienionej barwie ;-) 


Na to już ostatnia warstwa biszkoptu i całość z zewnątrz smarujemy gotowym kremem bananowym. 


Krem wyrównujemy specjalną szpatułką (lub szerokim nożem, jak ja to zrobiłam), można też od razu wyznaczyć na wierzchu równe linie podziału... za pomocą nitki :-)


Tort dekorujemy wedle uznania, ja użyłam do tego półplasterków bananów, wykorzystałam także pozostałości (Synek od razu sam zjadł ponad pół paczki) bezików, które również od Dan Cake otrzymałam (Synek gorąco poleca! według mnie też rozmiar jest idealny zarówno do jedzenia jak i ozdabiania tortu!):


Gotowy tort bananowy, specjalnie na zamówienie Synka, z ogromną pomocą Dan Cake wykonany, wyglądał tak:


Polecamy zarówno odpowiednio puszyste i odpowiednio słodkie spody do tortów Dan Cake, idealne beziki Dan Cake, jak i właśnie taki bananowy sposób ich wykorzystania :-)






Zupa z kukurydzy

           Od kilku dni mój Mały Smakosz prosił o zupę z kukurydzy. Nigdy takiej nie robiłam, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz ;-)  Ja za kukurydzą jakoś specjalnie nie przepadam, ale Synek uwielbia i chyba w przedszkolu ostatnio taką mieli. Nie chciałam gotować "zwykłej" zupy na włoszczyźnie z dodatkiem kukurydzy, tylko szperałam w internecie w poszukiwaniu oryginalnych wyjątkowych przepisów. Najbardziej zainspirował mnie ten przepis (KLIK) ale moja zupa była jednak odmienna, zrobiona po swojemu ;-) I bardzo nam smakowała, więc dzielimy się naszym przepisem :-)
            Najpierw przygotowujemy bulion drobiowo-warzywny, mięso drobiowe (ja użyłam 3 skrzydełka, mogą być także korpusy czy udka...) zalewamy zimną wodą, doprowadzamy do wrzenia i na wolnym ogniu gotujemy około 30 minut, w międzyczasie dodając pokrojoną włoszczyznę (ja z oszczędności czasu i wygody użyłam z mrożonki - pół paczki). Następnie dodajemy 1,5 puszki kukurydzy po odsączeniu zalewy oraz drobno starty świeży imbir (około 2 łyżeczki; ostatecznie można dodać sproszkowany) i nadal gotujemy na wolnym ogniu przynajmniej 15 minut - do miękkości; można dla smaku dodać zeszkloną cebulkę również, ale my nie lubimy. Dodajemy przyprawy w ilości wedle własnego uznania: pieprz cytrynowy, kurkuma, gałka muszkatołowa. Pod koniec gotowania zabielamy zupę, ja użyłam do tego jogurt naturalny, ale może być śmietana czy mleko ;-) W tym czasie na dobrze rozgrzanej patelni układamy cieniutkie wąskie paski boczku wędzonego i mocno przysmażamy az będą chrupiące z obu stron! Zupę miksujemy wedle uznania całkowicie gładko lub z większymi grudkami. Na talerz nakładamy zupę, na to paski boczku i ziarna pozostałe w 0,5 puszki kukurydzy. Zupę można tez oczywiście podac z grzankami. Smacznego :-)
 


Dan Cake - część 1 Tartaletki

        Jakiś czas temu od znanej firmy Dan Cake, otrzymałam do testowania cały zestaw najróżniejszych pyszności. W paczce były słodkości i różne półprodukty, wszystko już wykorzystałam, a teraz w kilku wpisach chętnie zrelacjonuję!
          W związku z okresem karnawałowym, sprzyjającym imprezom, gościom, spotkaniom towarzyskim, na początek wspomnę tartaletki - półprodukt firmy Dan Cake usprawniający przygotowanie poczęstunku dla gości :-) Otrzymałam paczkę babeczek z kruchego ciasta, o lekko słonym smaku, do przygotowania wytrawnych tartaletek:
 
 


         Generalnie lubię samodzielnie przygotowywać wszystkie potrawy. Jednak po pierwsze aktualnie nie posiadam żadnych foremek do upieczenia tartaletek, po drugie jako samodzielna mama, zapracowana, zalatana i w dodatku aktualnie chora, czasami nie mam ani czasu ani siły przygotowywać jedną potrawę długimi godzinami... Myślę, że te babeczki to (nawet dla najbardziej zagorzałych kucharzy i kucharek, nawet dla tych którzy uwielbiają i mają czas pichcić, ale nawet im się czasami zdarzają "sytuacje awaryjne") fantastyczne "koło ratunkowe", gdy na przykład, w ostatniej chwili dowiadujemy się o wizycie gości, nie mamy siły czy czasu przygotować wystawnego posiłku albo po prostu (co każdemu, nawet najlepszemu się zdarza) coś nam w kuchni się nie uda i musimy się czymś ratować ;-)
          Jak wspomniałam wiele rzeczy lubię tworzyć samodzielnie od podstaw, ale tartaletek nie robię i jak się okazuje na razie robić nie będę - przekonałam się do tych od Dan Cake :-) To bardzo wygodne rozwiązanie, a przy okazji smaczne i niedrogie. Do tego na stole wyglądają pięknie i oryginalnie, w porównaniu z możliwością podania np. zwykłych kanapek czy byle jakiej zapiekanki - to prawdziwa uczta dla zmysłów :-) Ogromną wygoda jest też rozmiar tartaletek - takie akurat na 1-2 kęsy!
           Choroba nieco zmąciła moje zmysły smaku i węchu, ale wspierając się rodziną przetestowałam tartaletki na wszystkie strony ;-) Zostało orzeczone, że są smaczne, ciekawe i kolorowe i nawet mój Mały Synek z chęcia pałaszował :-) Zastanawiając się jak wypełnić wdzięcznie wnętrze takiej babeczki, najpierw przychodziły mi na myśl sałatka jarzynowa, sałatka z tuńczyka czy sałatka meksykańska (z czerwoną fasolą, kukurydzą i pikantnym sosem). Oczywiście można i tak, ale wydało mi się to zbyt proste i banalne ;-) Musiałam pomyśleć nad czymś innym. Na początek skusiłam się na wypełnienie z pasty jajecznej (jajko na twardo, masło, słodka papryka w proszku, sól, pieprz) i tak powstały pierwsze babeczki (koniecznie wypełnione bardziej niż po brzegi, na specjalne życzenie Synka!):
 


Mini-babeczki zniknęły natychmiastowo, jednak mi wydały się jakies takie "zimne" i nadal banalne. Pomyślałam, że skoro takie są za "zimne" to przygotuję coś na ciepło :-) I zgodnie z upodobaniami kulinarnymi Synka przygotowałam tartaletki "zapiekankowe" (plasterki szynki, na tym podsmażone pieczarki z cebulką, posypane tartym serem żółtym, zapieczone przez kilka minut w piekarniku i podane z keczupem):
 


I już wiem, że "zapiekankowe" babeczki to będzie u mnie hit kinderbali (bo takie się u nas zdarzają) - dzieciakom smakują bardzo, przygotowuje się bardzo szybko (około 15-20 minut), są bardzo wygodne bo takie na dwa kęsy akurat, więc nie zostają nadgryzione kawałki jak na przykład w przypadku podania całej zapiekanki. Dla mnie smak to również prosty, ale dzieci zasmakowały w tego rodzaju babeczkach :-)
      Mając na uwadze również mięsożerców ;-) postanowiłam przygotować coś dla nich. Kolejnym sprawdzonym nadzieniem była pasta z cielęciny z marchewką i grzybami suszonymi (ugotowałam wcześniej coś a'la gęsty gulasz, doprawiając gałka muszkatołową, która według mnie wybitnie pasuje do cielęciny i potem zmiksowałam to na gładką pastę):
 


Tartaletki z cielęciną wyszły pyszne, aromatyczne i sycące! Można podawać je zarówno na zimno (jakgdyby z pasztetem) jak i na ciepło, zapieczone przez 1-2 minuty tylko dla podgrzania. Na koniec przygotowałam mojego faworyta, czyli tartaletki z gruszkami i serem pleśniowym (gruszki z niewielką ilością cukru i goździków przegotowałam dłuższą chwilę, przykryłam serem pleśniowym i zapiekłam; całość można posypać orzechami - ale ja mam alergię na orzechy więc tego nei zrobiłam):
 
 
 
 
I tutaj dosłownie - niebo w gębie! Każdy kto spróbował - ze mną na czele - zachwycał się smakiem, konsystencją, aromatem! Ten pomysł na tartaletki uważamy za najlepszy i na pewno pojawi się na niejednej z moich imprez czy ugości niejednego z moich gości :-) Miałam jeszcze pomysł na wypełnienie tartaletek musem z kukurydzy i odzobienie smażonym boczkiem, ale niestety część opakowania dotarła do mnie pokruszona... w końcu to kruche babeczki ;-) 



Prawie jak kebab ;-)

         Przy okazji Surówki z czerwonej kapusty wspominałam o zrobionym z jej pomocą "domowym kebabie". Lubimy kebab. Lubimy baraninę. Jednak w związku z faktem, że kebab jakim możemy się raczyć "na mieście" jest zazwyczaj wątpliwego pochodzenia, wątpliwej jakości i przyrządzany w wątpliwych higienicznie warunkach - nie jadamy go zbyt często. Baranina w mojej okolicy nie jest popularna i ogólnodostępna więc w domu tejże również zbyt często nie jadamy. Ale co nam szkodzi dla domowego smaku kebaba "spolszczyć" jego przygotowanie?
         Przygotowałam pszenne tortille. Surówkę z czerwonej kapusty. Sos czosnkowy (jogurt + wybrane zioła i czosnek, mozna użyć sproszkowany, można też użyć jogurt pół na pół z majonezem a do tego saszetkę gotowej przyprawy do sosu ziołowego). Co do mięsa - ja wzięłam świetną pieczeń (tym razem dostałam gotową od znajomego, ale można samodzielnie zrobić: klops z mielonego mięsa, poprzetykany kawałkami obgotowanej wieprzowiny, doprawiony czosnkiem i majerankiem - pycha!), ale można wziąć pokrojony kawałek pieczonej karkówki, czy cokolwiek lubicie lub macie pod ręką ;-)


           Podgrzewamy tortille, podgrzewamy mięso, nakładamy mięso na tortillę, dodajemy surówkę i sos:


            Całość zawijamy w folię aluminiową i voila: domowy kebab gotowy :-) Oczywiście, można dodać inne warzywa, pomidory, białą kapustę, cebulke - jak kto lubi! Ale nam taki polski, prosty kebab domowy smakował wyśmienicie :-)

Smacznego :-)


Purpurowa prostota

Wpis ze specjalną dedykacją dla Ani, która mile połechtała moje kulinarne ego ;-)



        Czerwoną kapustę lubimy od zawsze, jednak zazwyczaj zgodnie z przepisem mojej Babci, gotowałam. Bardzo lubimy surówkę z czerwonej kapusty, jednak jak dotąd podjęłam próbę jej uczynienia ze dwa razy i szczerze przyznam, że nie była to rewelacja :-/ Raz za grubo posiekałam i ciężko było pogryźć, innym razem kiepsko doprawiłam i była niesmaczna... Dlatego gdy tylko jedliśmy gdzieś "na mieście" - co rzadko się zdarza - zawsze korzystaliśmy z okazji i wcinaliśmy surówkę z czewonej kapusty!
         Ostatnio Synek opowiadał jaka to pyszna surówka z czerwonej kapusty byłą w przedszkolu, że jadł i jadł i jeszcze jadł! No to zapytałam panią z przedszkola jak robią tą surówkę. Podała mi przepis, nie obyło się bez mojej własnej leciutkiej modyfikacji aby była dokładnie pod nasz smak. I wczoraj zrobiona. Pyszna! Jeszcze w trakcie robienia wyjadana spod noża ;-) I kicający Synek wołający, że skoro je tak kapustkę to pewnie jest króliczkiem ;-) Więc dla Ani, dla króliczków - oto prawie przedszkolny przepis na surówkę z czerwonej kapusty :-)

Dla około 3-4 osób przygotujemy surówkę w około 15 minut (zależy jak szybko machasz nożem!).
Pół niedużej główki czerwonej kapusty (drugą połówkę zostaw na później, może długo poleżeć albo ugotuj na następny dzień do obiadu!) obierz z wierzchnich liści, umyj i poszatkuj dość drobno (ja siekałam jak najdrobniej umiem). Jeśli robisz dla małego dziecka albo po prostu masz takie upodobania, możesz poszatkowaną na chwilkę zalać wrzątkiem aby nieco zmiękła - my jednak lubi chrupać jak króliczki ;-) Jedną małą cebulkę (lub jedną dużą czerwoną) posiekaj bardzo drobno. Dodaj do kapusty. Jedno duże jabłko (najlepiej niezbyt kwaśne) zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Dodać dużą łyżkę oliwy z oliwek, sok wyciśnięty z połówki cytryny, łyżeczkę cukru, sól i pieprz do smaku.Wszystko wymieszać i zajadać ze smakiem :-) Smacznego purpurowego :-)

Pomarańczowa galaretka

Sam pomysł powszechnie znany jest chyba, ale u nas w domu zagościł po raz pierwszy. Synek długo nie mógł się nadziwić co to jest i o co chodzi ;-) Wykonałam najprostszą wersję, ale można wrzucić do galaretki owoce na przykład czy w inny sposób udekorować. Wygodna forma podania, moim zdaniem, sprawia, że jest to rewelacyjna przekąska na dziecięce przyjęcia :-)
 
1. Przekrój pomarańcze na pół w poprzek, pozbądź się miąższu (akurat świeży sok z pomarańczy z tego zrobisz!).
 

 
 
2. Przygotuj galaretke o dowolnym smaku według przepisu na opakowaniu, dodając jednak nieco mniej wody niż zaleca producent. Galaretką napełnij "miseczkę" ze skórki od pomarańczy. Schłódź w lodówce.
 

 
3. Po zastygnięciu galaretki, pokrój powstała "pomarańczkę" na podłużne cząsteczki.... i smacznego :-)
 


Uśmiechnij się! Siadamy do stołu

Piękny tytuł, prawda? Naprawdę fajnie by było, gdyby każdy z nas już na samą myśl o siadaniu do stołu się uśmiechał. Ot, tak, z czystej przyjemności nie tylko jedzenia, ale i przebywania w gronie rodziny. Nie krzywił się na myśl o niesmacznym jedzeniu, nie martwił tym co może wyniknąć z rozmów przy stole, nie złościł na zmęczenie i brak pomocy w przygotowaniu posiłku... I tak dalej, i tak dalej...
Uwielbiam jeść. Jeszcze bardziej - gotować. Nie może być dla mnie większej "nagrody" kiedy ktoś ze smakiem zje to co ja naszykuję; wtedy serce mi rośnie, rozpływam się ze wzruszenia... mam wrażenie, że to chyba "w genach" po mojej kochanej ś.p. babci Jadzi, która to mnie od podstaw uczyła gotować i zaszczepiła we mnie miłość jedzenia, gotowania i karmienia. Ale też nie to, żebym golonkę i schabowe non stop, o nie! Z własnej inicjatywy ukończyłam kurs dietetyka żywieniowego, dużo czytam o jedzeniu, interesuję się nowinkami, a jako alergiczka i mama alergika znam setki ciekawych zamienników dla różnych mniej zdrowych produktów ;-) Pracuję w firmie silnie związanej z branżą gastronomiczną, a przy sąsiednim biurku siedzi międzynarodowej sławy kucharz. Nie przesadzam też w drugą stronę: nie jestem totalnie "eko" i "bio", zdarza się nam zjeść na obiad pizzę czy chipsy. Myślę, że w kwestii odżywiania udało mi się w życiu znaleźć złoty środek i czerpać z tego radość, a dzięki mojej postawie i Synek nie ma "problemów" z jedzeniem. Lubi jeść, lubi zdrowe jedzenie (np. kocha szpinak czy kaszę gryczaną!) ale wcina też kolorowe lizaki czy boczek (którego jest wielkim miłośnikiem). Ale się rozpisałam o mojej "jedzeniowej drodze życiowej" i mogłabym tak jeszcze długo, a tu nie o tym miała być mowa.
Powodowana moją miłością do kucharzenia (i oczywiście miłością do dziecka i naturalnym pragnieniem poznania wszelkich możliwych trendów w wychowaniu aby wybrać najbardziej odpowiedni dla Synka) miałam okazję sięgnąć po nową lekturę. Lekturkę w zasadzie. Książeczkę. Bardzo skądinąd popularnego pana (którego do tej pory jakoś nie miałam jeszcze przyjemności czytać, co szybko chce nadrobić!). Pan Jesper Juul popełnił niewielkie "dziełko" (bo książeczka rozmiarów kieszonkowych łącznie ze 144 stron się składa) "Uśmiechnij się! Siadamy do stołu". Wydana przez mało mi znane wydawnictwo MiND, książeczka zachęca samym już wyglądem, bo w słodkich kolorach, niewielka, nie przerażająca jak jakaś naukowa księga psychologiczna ;-) wewnątrz okraszona budzącymi we mnie odruchowo sympatię oryginalnym ilustracjami - polecam również i je przestudiować! Książeczkę na spokojnie przeczytałam w dwa dni i... kiwając głową potakująco nad niemal każdym zdaniem, czułam lekki niedosyt. Chcę jeszcze, więcej, czyta się lekko, łatwo i przyjemnie, mądre rozumne i dobrze podane słowa, temat ważki - chcę więcej!
Za czasów szkolnych pisałam piękne streszczenia i recenzje książek jako wypracowania na język polski, jednak tutaj chyba napisać powinnam nieco inaczej... Książka nie jest poradnikiem. Nie daje odpowiedzi tylko zadaje pytania. Ukierunkowuje. Zwraca uwagę na istotne zagadnienia. Nic nie narzuca. I to bardzo mi się osobiście podoba. Bo każde dziecko jest inne, każda rodzina jest inna i nie ma gotowych rozwiązań dla wszystkich! Ja też uważam, w skrócie ujmując, że "jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego" ;-) i podobny pogląd przedstawia autor w książce. Jeśli ktoś z Was jest zainteresowany wpływem posiłków na atmosferę w rodzinie, rozwój i emocje dziecka - niech sięgnie po tą książkę! Tytuły podrozdziałów wskazują  jakie, istotne w odniesieniu do odżywiania i rodzinnych posiłków, porusza książka. Są to między innymi: wartości, czas, kultura rodziny, grymaszenie czy nastolatki przy stole. Są to sprawy, o których nie myślimy raczej codziennie stawiając obiad na stole czy szykując śniadanie, a warto choćby tylko w trakcie lektury tej książki na nich się skupić. Bardzo podoba mi się wychylający się według mnie zza każdej strony tej książki ogólny stosunek autora do kwestii wychowawczych, który, bardzo uogólniając, można ująć w słowach: dziecko jest wolnym człowiekiem i należy się mu szacunek, ale rodzice są jego przewodnikami w (młodym) życiu i są za nie odpowiedzialni. Z większością poglądów wyrażonych w książce się zgadzam, z niektórymi nie, ale jak już wspomniałam, nie chodzi tu o wierne przełożenie słów Juula na nasze życie, tylko o zastanowienie się nad własną rodziną i posiłkami w kontekście poruszonych przez niego kwestii. Autor zmusza nas do myślenia (co w książkach bardzo cenię!) i odpowiadania w kontekście naszej rodziny na pytania typu:
- Czy pierwsze posiłki dziecka są naturalną i integralną częścią życia rodziny, czy raczej niemowlę znajduje się na piedestale, a rodzice tworzą tylko podziwiającą widownię?
- Czy powinno się uczyć dzieci zjadania wszystkiego z talerza?
- Czy jeśli ktoś nie lubi jakichś ośmiu czy dziesięciu potraw, to znaczy, że grymasi, czy może trzeba nie lubić trzydziestu czy czterdziestu?
- Czy rozumiemy, że jeszcze żadne dziecko nie umarło z głodu z powodu własnego uporu i czy jesteśmy skłonni pozwolić mu na to tak długo jak będzie trzeba?

Podsumowując, książkę polecam gorąco wszystkim rodzicom, zarówno oczekującym dopiero Maleństwa, rodzicom niemowlaków, małych dzieci, jak i nastolatków! Nie ważne czy kochasz gotować czy uwielbiasz fast food, czy jesz palcami czy nożem i widelcem, czy odżywiasz się zdrowo i ekologicznie czy tłusto i słono - ta książka jest dla wszystkich! Nie zdradzę wszystkich przemyśleń własnych po tej lekturze, ale przyznam, że po raz pierwszy w życiu zastanowiłam się nad kulturą jedzenia i manierami przy stole w naszej rodzinie... bo te są naprawdę na miernym poziomie :-/ Wnioski będę wprowadzać powoli w życie. Ciekawa jestem jak inni Czytelnicy odbierają tą książkę? Ktoś czytał? A jeśli nie, to poczekajcie cierpliwie, wkrótce komuś z Was z przyjemnością sprezentuję mój egzemplarz ;-) ale na razie czekam aż zbierze się nas troszeczkę więcej!

Autor: Jesper Juul
Tytuł: Uśmiechnij się! Siadamy do stołu
Wydawnictwo: Wydawnictwo MiND Dariusz Syska
Rok wydania: 2011
Stron: 144
ISBN: 978-83-62445-07-3
Cena: 29,9 pln