Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty

Emocje

           Bardzo bardzo przepraszam, że na kolejny post musieliście tak długo czekać, ale poza zwyczajną prozą życia uniemożliwiającą mi skutecznie regularne pisanie (w końcu praca z dojazdami zabiera mi 10 godzin dziennie z życiorysu, a resztę - nie bez przyjemności - pochłania mój Synek), cały weekend przeżywałam bardzo emocjonalnie moją wygraną w życzliwym candy u Wioli! To dopiero były emocje! Ale dziś o innych emocjach będzie ;-) Tym bardziej mi głupio, że z wielką radością mogę powitać nowych Czytelników! Zakładając bloga byłam - jak to ja - realistyczną optymistką i nie spodziewałam się uzyskac w tak szybkim tempie tak szerokiej publiczności a przybywa Was i jako obserwatorów i fanów na FB. Dziękuję Wam za Waszą obecność i za wszystkie, choćby wirtualne znajomości, które tu nawiązałam :-)
              A teraz do rzeczy. Miało być o emocjach i będzie. Na początek króciutka recenzja  ciekawej książeczki dla dzieci, która niedawno wpadła w nasze ręce w bibliotece.
 

 
 
 
To niewielka kolorowa książeczka w twardej oprawie. Szczerze mówiąc moją uwagę najpierw przykuły ciekawe ilustracje. Kolorowe, bardzo pogodne i delikatne jednocześnie. Mi się bardzo podobają i Synkowi również. Zaintrygowało mnie nazwisko autora - toć to znany mi z programu Zulu-Gula, a Wam może i z innych miejsc: satyryk Tadeusz Ross! Podobno jest ojcem siedmiorga dzieci, więc może ma doświadczenie także w mówieniu (pisaniu wierszem!) o emocjach? Wygląda na to, że ma! Książeczka zawiera kilkanaście wierszyków, każdy dotyczący innych emocji. Gniew, żal, żal, radość, zazdrość.
 
 
I wierszyk o zazdrości, szczerze mówiąc, najbardziej mi się podobał ;-) Ale wszystkie wierszyki są bardzo ciekawe, rytmiczne, proste ale bardzo obrazowe. Choć książka ma wskazanie wieku dla dzieci 5+ to czytałam ją mojemu Synkowi (3,5 roku) i zrozumiał wszystko. Był zaciekawiony, komentował, rozmawialiśmy o emocjach. Na pewno ważne aby nie czytać wszystkich wierszyków naraz bo wtedy robi się mętlik w głowie i "mieszają się nam emocje" ;-) Szczególnie dla młodszych dzieci lektura jednego wierszyka naraz i krótka rozmowa o danej emocji - to w sam raz! Podsumowując: książeczkę polecam gorąco, na pewno ułatwi rozmowę o emocjach, bo o ile o radości, smutku, gniewie potrafimy czasami mówić, to wzruszenie, złość czy żal nie są tak popularne w naszych wypowiedziach. A i te emocje są tak samo odczuwalne jak inne i warto rozmawiać o nich z dziećmi.
Książkę wydało Wydawnictwo Skrzat i wraz z płytą CD można ją u nich zakupić.
                A teraz ciąg dalszy o emocjach. Wiele osoób (podobno głównie mężczyzn i chłopców, ale ja badań na ten temat nie prowadziłam, więc nie wiem) nie umie wyrażac emocji. Mało tego. Wiele osób, które nawet potrafią je wyrażać i uzewnętrzniać - często nie potrafią ich nazwać: patrz moja skromna osoba! To powszechny problem i o ile nie uratuje połowy społeczeństwa przed brakiem umiejętności wyrażania czy nazywania emocji, to mogę pracować na tym obszarze we własnej rodzinie. Sama siebie staram się pilnować aby oprócz wyrazistego wyrażania (nie przerysowanego, ale konkretnego, w moim przypadku popartego bogatą i szczerą mimika czy gestykulacją), nazywać przeżywane emocje! Mój Synek, żyjąc ze mną już 3,5 roku wie dobrze co oznacza podniesiona brew mamy, łzy w oczach czy zacisnięte wargi i wie czego się po takiej minie ma spodziewać. Ale nie zawsze potrafi nazwac co mama taką mimiką okazuje. Ćwiczymy to wspólnie - uczę siebie i Synka nazywać emocje, co nie zawsze jest łatwe bo czasami myli mi się złość z gniewem czy smutek z żalem, ale wytrwale nad tym pracuję!
                  Praca nad sobą samą to ledwie początek. Staram się nauczyć Synka wyrażania emocji i nazywania ich. Zdziwione nieco panie nauczycielki w przedszkolu powinformowałam już dawno, że mój Syn ma prawo wyrażać złość, gniew, smutek, ma prawo mówić podniesionym głosem (ale nie krzyczeć na kogoś w złości), tupnąć nogą (ale nie kopnąć kogoś), płakać (ale nie rzucac jakimiś przedmiotami). Na równi z prawem skakania wysoko z radości. Ja również okazuję emocje i gestem, nie tylko mimiką - granicą jest tu nienaruszalność drugiej osoby i zakaz niszczenia przedmiotów oraz zachowań autodestrukcyjnych. Mieszcząc się w tych granicach, zarówno ja jak i dziecko mamy prawo płakać, śmiać się, robić miny, tupać, zakrywać twarz rękami czy podnosić głos. Owszem, w toku dorastania społecznego przyswajamy (w większym lub mniejszym stopniu) normy społeczne zakazujące tupania nogą w czasie zebrania w pracy, czy krzyczenia w kolejce w sklepie itp. Ale dziecko w wieku przedszkolnym - moim zdaniem - nie musi jeszcze przestzregac tych wszystkich norm. Owszem powinno być uczone, mieć tłumaczone jakie są zasady społeczne, ale od osoby w tak burzliwym i emocjonalnym okresie trudno wymagać pohamowywania się co chwila. Podkreślam, to moja osobista opinia, na razie chcę nauczyć Syna wyrażać i nazywać emocje, a nieco później nadejdzie czas aby wpoić mu normy społeczne (o których mu jednak przy różnych okazjach mówię). Żeby mógł panować nad sobą i emocjami, jak to się mówi, najpierw musi pojąć, zrozumieć i sprawdzić - nad czym tak naprawdę ma zapanować?
              Z ciekawostek jeszcze dodam, że już kilkumiesięczne maluszki potrafią rozpoznawać emocje, potrafią też naśladować emocjonalną mimike bliskich osób, a ponieważ człowiek dysponuje kilkudziesięcioma mięśniami twarzy do wyrażania całej gamy emocji - to jest duże pole do popisu ;-) Ja sama byłam bardzo zaskoczona, kiedy ostatnio skupiłam się na mimice Synka: on mimowolnie przejął ode mnie w drodze obserwacji i codziennego obcowania, bardzo dużo min, grymasów twarzy! Kiedy coś nam nie smakuje robimy dosłownie identyczną minę, jakbym się w lusterku widziała! Kiedy traktujemy coś lub kogoś pobłażliwie - kąt nachylenia głowy mamy równiuteńki! I wiele wiele innych!
              Na koniec tego długiego, ale jakże w mojje opinii ważnego postu, zachęcam Was do nazwania Waszych emocji... jeśli nie potraficie - sięgnijcie po książkę Tadusza Rossa! Oraz przyjrzyjcie się minkom Waszych dzieci: najprawdopodobniej robicie takie same ;-)
 
 
 
 
Życząc wiele radości - jako wspaniałej pozytywnej emocji dodającej skrzydeł - pozdrawiam wszystkich :-)


Wychowywanie chłopców

   Jako mama Synka tematem jestem żywo zainteresowana. Ponadto, jako mama samodzielnie wychowująca Chłopca - tematem zainteresowana jeszcze żywiej jestem ;-) A jako Kobieta, Córka i posiadaczka li i jedynie dwóch Sióstr - temat uważam za palący dosłownie ;-) Wobec powyższego sięgam regularnie po tematyczne lektury. Ostatnio w bibliotece wpadła mi w ręce książka o takim właśnie prostym tytule - nie mogłam się jej oprzeć ;-)
        Książka wydana przez wydawnictwo Rebis w serii poradników psychologicznych dla rodziców. Autorem jest Steve Biddulph - autor specjalizujący się właśnie w tematyce dziecko-chłopiec-męskość. Nie czytałam jeszcze żadnej jego książki tym więc chętniej sięgnęłam po lekturę. 
          Podtytuł książki brzmi: Jak pomóc chłopcom wyrosnąć na szczęśliwych mężczyzn. Z tym większą ciekawością przeczytałam całość - w końcu jestem świadoma jak wielkim brakiem w prawidłowym rozwoju chłopca jest nieobecność ojca w jego życiu. Zaczynając od formy i układu książki: czyta się lekko, łatwo i przyjemnie; choć mi osobiście bardzo przeszkadzał nieczytelny układ treści: niektóre rozdziały mają w połowie wtrącone jakieś podsumowania, listy, przez które ja gubiłam wątek bo nie wiedziałam czy mam czytać rozdział do końca czy przerwać (a jak tak to w którym momencie? wpół zdania - jak to zostało w układzie podzielone?), wtrącone teksty zajmowały czasami kilka stron i nie wiedziałam już w końcu czy czytam podsumowanie, dodatkową opinię czy właściwą treść rozdziału... Przekład jednak jasny i czytelny, książkę mimo takich przeszkód czyta się szybko.

Ciekawe ilustracje.

          Książka zawiera bardzo dużą - jak na ten rodzaj literatury - ilość zdjęć i rysunków. O ile jeszcze jestem w stanie zrozumieć kilka żartobliwych rysunków, to umieszczanie w każdym rozdziale po kilka zdjęć (może i mających coś wspólnego z tematem, ale nie wnoszących żadnego dodatkowego przekazu) jest w mojej opinii tylko "zapychaniem miejsca". Wiem, że niektórzy są wzrokowcami i być może to dla nich te zdjęcia są pomocą, ale same zdjęcia konkretnego przekazu nie mają a miejsce zajmują... ta lektura to w końcu nie album...
Zbyt dużo zdjęć.

           Przejdźmy jednak do meritum czyli treści. Książka zawiera 10 rozdziałów, każdy poruszający inny aspekt wychowania chłopca, odnoszący się także do różnych etapów  życia chłopca od dzieciństwa po dojrzałość. Możemy poczytać o rozwoju mózgu, hormonach, seksualności, sporcie, roli ojca, sposobach kształcenia czy samotnych matkach. Wszystkie obszary - jak dla mnie - ciekawe i interesujące. Książkę "połknęłam" i... niewiele nowego się dowiedziałam :-( Niestety. Nie wiem, być może fakt, że kilka lat jednak miałam styczność z pedagogiką, być może fakt, że interesuję się tematem i co nieco na ten temat już czytałam i się dowiedziałam... a może rzeczywiście w książce niewiele ciekawego można znaleźć? 
             Okropnie mnie również denerwuje fakt, że większość książki niemal "nafaszerowana" jest tematami, sformułowaniami, nazwami, organizacjami i instytucjami kompletnie nieznanymi w Polsce i nieprzystającymi do naszych realiów. Bardzo mnie to drażni, nic na to nie poradzę, ale jeśli czytam o możliwości zwrócenia się na przykład do jakiejś organizacji to chcę mieć jej odpowiednik w Polsce a nie zagraniczną nazwę.... Jasne, rozumiem, że książka nie pisana w Polsce, że autor nie zna naszych realiów... ale można! Znam książki gdzie w przypisach, dopiskach, podsumowaniach czy gdziekolwiek - są podawane odpowiedniki różnych instytucji czy organizacji na naszym terenie! Więc jeśli komuś (nie wiem, nie znam się komu, ale na pewno komuś w polskim wydawnictwie) nie chciało się sprawdzić i dopisać... duży minus w moich oczach!
            Żeby jednak nie było, że same wady, że się czepiam - bo tak nie jest! - książka ma w moich oczach jedną ogromną zaletę: podkreśla odmienność Chłopców! Ostatnio tyle się trąbi o równouprawnieniu, znoszeniu stereotypów itd. i ja również popieram pewne tego typu postulaty... ale bez przesady, nie możemy przeginać w żadną stronę! Chłopcy różnią się od dziewczynek i jest to niezaprzeczalny fakt! Oczywiście można dzieci obu płci wychowywać w identyczny sposób, ale czy to byłoby korzystne dla nich? Czy na pewno? Ja uważam, że nie. Pomijając już różnice związane z płcią, każde dziecko jest indywidualnością i wychowujemy je jednostkowo! A znajomość uwarunkowań związanych z płcią może nam to wychowanie tylko ułatwić :-) Tak więc mocno polecam książkę tym osobom, które chcą uzyskać podstawowe, podane łatwo i prosto, informacje, na temat różnic w rozwoju chłopców i dziewczynek, oraz kilka przykładowych sposobów jak tą wiedzę wykorzystać w praktyce wobec swojego Małego Mężczyzny ;-) Nawet jeśli ktoś z Was ma odmienne poglądy i uważa, że Dziecko to Dziecko i płeć nie ma nic do rzeczy w jego wychowaniu - warto dla pełni świadomości i obrazu sytuacji, zapoznać się ze zdaniem odmiennym od własnego ;-) Tak, pod tym względem książkę polecam dla każdego z rodziców, opiekunów, wychowawców - dla każdego, kto ma do czynienia z Chłopcami :-)
        Ostatnim pozytywnym aspektem nasuwającym mi się po lekturze Wychowania Chłopców, jest fakt, że zawiera cały rozdział poświęcony matkom samodzielnie wychowującym synów. W dzisiejszych czasach to temat niesamowicie ważny, a niestety bardzo często pomijany. Bo samotne matki dziś to nie tylko te fizycznie opuszczone przez partnerów, ojców dzieci, ale także żony marynarzy czy innych mężczyzn pracujących zawodowo w odległych miejscach, często wyjeżdżających. Bardzo dziękuję autorowi za poświęcenie uwagi tej trudnej acz istotnej kwestii!
O Chłopcach...

       Podsumowując, książkę polecam jako lekką i przystępną lekturę uświadamiającą nam różnice w rozwoju między dziećmi różnej płci i obrazującą ogólnie rozwój umysłowy i emocjonalny Chłopców. Nie spodziewajcie się jednak w niej znaleźć szczegółowych informacji o wszystkich płaszczyznach, porad, konkretnych przykładów czy znanych nam odniesień. Na ten temat napisano kilka lepszych książek.Przynajmniej jedną też jakiś czas temu już przeczytałam i szczerze mogę polecić. Chcecie recenzję? A Wy znacie jakieś książki, które pomogą mi pomagać rosnąć mojemu Chłopcu?

Mały Wędkarz :-)

         Jak wspominałam już, uwielbiam mamowanie :-) Mamuję Synkowi na wszelkie możliwe sposoby, wsłuchuję się w jego potrzeby i rozpoznaję jego upodobania. I wychodzę naprzeciw jak mogę :-) Ostatnimi czasy okazało się, że mam w domu Małego Wędkarza - dziwi mnie to bo w mojej rodzinie nikt nigdy jakoś za bardzo w tym kierunku... Ale za ścianą przez 3 lata mieszkał Sąsiad, zafascynowany wędkarz, przychodzący się pochwalić każdym nowym spławikiem czy zanętą ;-) pływający także na kutrze na morskie wędkowanie. W czasie naszych nadmorskich wakacji mieliśmy przypadkiem okazję podziwiać zawody wędkarskie nad Bałtykiem (trwały od wieczora do rana, ale podziwialiśmy przez krótszy czas!). W ubiegłym miesiącu Synek z pomocą Dziadka, wyposażony przez niego w atrakcyjną wielkościowo i kolorystycznie wędkę podlodówkę - złowił (i wypuścił) dwie ryby w jeziorze! Ależ był dumny! Wcześniej w żłobku, teraz w domu, z wielkim zaangażowaniem bawi się w łowienie ryb na zabawkową wędkę z magnesem z takiego zabawkowego zestawu. Tak więc wymagający znawca tematu mi rośnie - i dobrze, bo oboje lubimy jeść ryby :-)          
          Ale taki wędkarz to wyzwanie: nie zadowoli go zwykły patyk ze sznurkiem! Jakiś czas temu wspomniał, że chciałby mieć swoją wędkę. Ale z kołowrotkiem. No to mu zrobiłam :-)
Jak zrobić dla dziecka wędkę z kołowrotkiem i co z nią robić?
1. Idź na spacer. Z dzieckiem. Znajdźcie fajny patyk. Jestem pewna, że dla dziecka to niebywała frajda mieć wędkę z własnoręcznie wybranego patyka! I nie ważne, że brudny, krzywy, za długi, za gruby! Patyk, to patyk, nie robimy wędki na wystawę artystyczną tylko do zabawy a własny patyk na wędkę to gwarantowana satysfakcja dla dziecka :-)
2. Patyk oczyść jak potrzeba, umyj, ostrugaj nożykiem, wygładź papierem ściernym itp. żeby prezentował się jako tako ;-)
3. Przygotuj wszystko co będzie potrzebne do wykonania wędki, czyli:


- oporządzony patyk
- taśme izolacyjną lub inną taśme porządnie klejącą i w miarę elastyczną (na zdjęciu zamiast niej leży Super Glue bo na tym etapie jeszcze jej szukałam i modyfikowałam moja koncepcję wykonania wędki - przepraszam!)
- słomkę plastikową (lub inny kawałek plastikowego "patyczka")
- szpulke po niciach (lub wydrążony w środku korek od wina albo inny kawałek tworzywa w kształcie rolki)
- spinacz biurowy
- kawałek drutu
- kawałek sznurka
- nożyczki
- klej
- kartkę
- kredki lub flamastry

4. Kawałek zawiniętego drutu owiń wokół patyka zostawiając dłuższy kawałek (zawinięty w zaokrąglenie aby nie był niebezpieczny dla dziecka) odstający od patyka na wysokości gdzie będzie kołowrotek.

5. Odetnij kawałek słomki nacinając na jednym końcu (celem łatwiejszego przymocowania do patyka) i włóż w środek szpulki. Całość nałóż na odstający drucik. Można nie używać tej słomki, jednak na samym druciku kołowrotek nie będzie gładko chodził ;-)



6. Na powyższym zdjęciu mamy juz zarys naszego prowizorycznego kołowrotka. Następnie część drutu i rozcapierzoną słomkę za pomocą taśmy izolacyjnej (lub innej taśmy albo po prostu kawałka materiału podklejonego na końcach mocno) przymocowujemy do naszej wędki. Do szpulki doczepiamy (w taki sposób jak nam wygodnie) kawałek drutu, który będzie tą jakby "rączką" kołowrotka, a w więc musi być przyczepiony tylko do szpulki. Dla bezpieczeństwa i wygody owinęłam również taśmą izolacyjną. Do szpulki za pomocą taśmy izolacyjnej przykleiłam jeden koniec żyłki (= sznurka). Na tym etapie kołowrotek mamy gotowy :-)


7. W tak zwanym międzyczasie rysujemy na kartce kształty różnych ryb, wycinamy.



8. Wręczamy zachwyconemu potomstwu do pokolorowania wedle uznania (można też obkleić folią aluminiową czy pociętymi na kształt łusek opakowaniami po czipsach itp!).


Jeśli potomstwo nie wyraża chęci i zaangażowania w ubarwianie rybek - robimy to sami ;-)

Do rybek doklejamy "haczyki" ja po prostu dokleiłam z pasków papieru, ale może to być drucik czy cokolwiek innego ;-)

9. Nieco nad kołowrotkiem robimy pętelkę z drutu (przymocowując taśma izolacyjną i przewlekając przez nią sznurko-żyłkę). Na samym końcu sznurka przywiązujemy spinacz biurowy wygięty jak haczyk :-) Nad haczykiem warto umieścić kolorową kulkę z plasteliny jako ciężarek - będzie wygodniej korzystać z wędki.


10. Na czubku wędki robimy kolejną "przelotkę" przeciągając przez nią naszą "żyłkę wędkarską" ;-)


11. Nasza wędka z kołowrotkiem jest gotowa. I działa :-)



Sprawdzenie kołowrotka w małych szczęśliwych rączkach :-) Działa jak najbardziej! Kręci się, dzięki wykorzystaniu słomki równo, nawija żyłkę, można wyruszać na ryby :-) Na podłodze układamy "jezioro" lub "rzekę" z czegoś niebieskiego (kawałek materiału, kocyk, folia czy choćby pomalowane na niebiesko kartki), na wodzie układamy nasze rybki i zaczynamy łowić :-)



Haczyki też działają! Pierwsza rybka złapana, mamy branie ;-) Haczyk w okolicy pyszczka rybki - jak naprawdę ;-)


Złowiona rybka wędruje do wiaderka :-) Potem będzie pyszny obiad ;-)


Wędka z kołowrotkiem działa, ale zwykłe łowienie ryb to też nie jest atrakcja na długo... Co wiec robić z tą wędką? Łowimy na czas. Łowimy w określonej kolejności, np. według wielkości czy kolorów. Łowimy na zmianę: raz dziecko raz mama ;-) Ćwiczymy zręczność i koordynację kompletnie nie dotykając ryby nawet przy zdejmowaniu jej z haczyka. Jeśli mamy potomstwo w liczbie mnogiej - tym lepiej! Wędki wykonujemy dwie i dopiero będzie rywalizacja ;-) Łowimy na wyścigi. Na rybkach można napisać cyferki i rzucać kostką  - łowimy rybkę z takim numerkiem jaki wyrzucimy kostką. Oprócz rybek można zrobić z papieru np. stary but i zasady podobne do Czarnego Piotrusia - kto złowi but ten przegrywa ;-) Ryby zamiast "w wodzie" można umieścić właśnie w wiaderku, warstwami i również zasady podobne do Czarnego Piotrusia. Pomysłów jest mnóstwo :-)
Nie wiem jakie okrzyki czy powiedzonka mają wędkarze, bo bym zakrzyknęła na koniec zagrzewając Was do zabawy ;-) W każdym razie - wędki w dłoń!

Jak kochać dziecko


Tekst bierze udział w konkursie BLOGERZY DLA KORCZAKA. Po więcej informacji kliknij na bannerze:




Janusz Korczak
Henryk Goldszmit
Stary Doktor
Lekarz? Pedagog? Człowiek?

          Chyba wszyscy lub prawie wszyscy o Nim słyszeli. Kto nie słyszał, ode mnie wiele nie usłyszy, bo życiorys można sobie znaleźć w bibliotece, internecie i tam zaciekawionych osobą Starego Doktora odsyłam. Bo choć to fakty i doświadczenie życiowe w dużej mierze "tworzą" człowieka, to nie o Jego historii chcę Wam opowiedzieć.
           Nie mogę jednak nie nadmienić, że dobiegający końca 2012 rok, Uchwałą Sejmu RP, został ogłoszony Rokiem Janusza Korczaka. Szczerze mówiąc na sobie osobiście nie odczułam tego w jakiś wyjątkowy sposób, choć na niektórych blogach przewijała się ta informacja. Mogę tylko mieć nadzieję, że Rok Janusza Korczaka nie okaże się w konsekwencji jedną z kolejnych czczych inicjatyw, a realnie wniesie słowo i misję Starego Doktora w życie wielu ludzi! A ponieważ ja od uchwał i postanowień wolę działanie, podczas jednego z ostatnich pobytów w bibliotece, przypominając sobie właśnie o Roku Korczakowskim, sięgnęłam po jego książki. Znany na całym świecie Król Maciuś Pierwszy dla Synka. A książka Jak kochać dziecko - dla mnie.
            W dawno minionych czasach licealnych miałam przyjemność uczęszczać do klasy o profilu pedagogiczno-psychologicznym, dzięki czemu miałam w tym okresie niejedną okazję "przerabiać", jak się potocznie mówiło, Korczaka ;-) Przerabiałam Go, że tak powiem, z chęcią i entuzjazmem, nadal to jednak było li i jedynie przerabianie. Oszczędzę Wam suchych formułek i frazesów jakich nawbijano mi do głowy w owym okresie, choć nie mijają się z prawdą, to nie oddają tego co o Nim myślę. Licealne, stricte pedagogiczne "przerabianie" Korczaka zasiało we mnie jednak wielki szacunek dla Starego Doktora i nie pozwoliło nigdy o Nim zapomnieć.
             Po długiej przerwie, po raz kolejny, Starego Doktora wspomniałam, gdy zostałam mamą. Przez myśl mi przeszły niektóre jego postulaty. Gdzieś zauważyłam Króla Maciusia Pierwszego. I tak mi się wspomniało po prostu. Natknęłam się na słowa, które nosiłam w sobie, w swoim sercu i głowie od chwili gdy zostałam mamą. Słowa przyszły do mnie w wyjątkowym momencie, bo dokładnie wtedy, kiedy uświadomiłam sobie, że moje "mamowanie" z powołania to nie tylko codzienne życie i zabawy, ale to odpowiedzialność za nowe życie! Coś większego, bardziej wzniosłego, wyjątkowego! Kiedy uświadomiłam sobie, że to co robię teraz, jak się zachowuję, co mówię i myślę, ma wpływ na Człowieka, który wyfrunie spod moich skrzydeł. Że każdą sekundą swojego życia w pewien sposób wychowuję Dziecko. Nic nie pozostaje bez wpływu! Wszechogarniająca odpowiedzialność osaczyła mnie z każdej strony! Tym radośniej przyjęłam mocno uproszczone i spisane dawno temu przez Starego Doktora, moje własne myśli i uczucia. Napisał on List do rodziców (który do dziś w wielu zmodyfikowanych formach krąży w Internecie także, najbardziej znana jednak jest następująca treść - zaczerpnęłam bezpośrednio stąd - KLIK):

Nie psuj mnie, dając mi wszystko, o co Cie proszę. Niektórymi prośbami jedynie wystawiam Cię na próbę. Nie obawiaj się postępować wobec mnie zdecydowanie. daje to poczucie bezpieczeństwa.

Nie pozwól mi utrwalić złych nawyków. Ufam, że Ty pomożesz mi się z nimi uporać.
Nie postępuj tak, abym czuł się mniejszy, niż jestem. To sprawia, że postępuję głupio, żeby udowodnić, że jestem duży.
Nie karć mnie w obecności innych. Najbardziej mnie przekonujesz, gdy mówisz do mnie spokojnie i dyskretnie.
Nie ochraniaj mnie przed konsekwencjami tego, co zrobiłem. Potrzebne mi są również bolesne doświadczenia.
Nie przejmuj się zbytnio, gdy mówię "Nienawidzę Cię". To nie Ciebie nienawidzę, ale ograniczeń, które stawiasz przede mną.
Nie przejmuj się zbytnio moimi dolegliwościami. Pomyśl jednak, czy nie staram się przy ich pomocy przyciągnąć Twoją uwagę, której tak bardzo potrzebuję.
Nie gderaj. Będę się bronił, udając głuchego.
Nie dawaj mi pochopnych obietnic, bo czuję się bardzo zawiedziony, gdy ich później nie dotrzymujesz.
Nie przeceniaj mnie. To mnie krępuje i niekiedy zmusza do kłamstwa, aby nie sprawić Ci zawodu.
Nie zmieniaj swoich zasad postępowania w zależności od układów. Czuję się wtedy zagubiony i tracę wiarę w Ciebie.
Nie zbywaj mnie, gdy stawiam Ci pytania. Znajdę informacje gdzie indziej, ale chciałbym, żebyś Ty był moim przewodnikiem po świecie.
Nie mów, że mój strach i moje obawy są głupie. Dla mnie są bardzo realne.
Nie sugeruj, że Ty jesteś doskonały i nieomylny. Przeżywam bowiem zbyt wielki wstrząs, gdy widzę, że nie jesteś taki.
Nigdy nie myśl, że usprawiedliwianie się przede mną jest poniżej Twojej godności. Wzbudza ono we mnie prawdziwą serdeczność.
Nie zabraniaj mi eksperymentowania i popełniania błędów. Bez tego nie mogę się rozwijać.
Nie zapomnij, jak szybko dorastam. Jest Ci zapewne trudno dotrzymać mi kroku, ale proszę Cię - postaraj się!
            List ten wydrukowałam z zamiarem powiększenia w eleganckiej kaligrafii i powieszenia na honorowym miejscu w moim domu. Jednak od kilku lat noszę go w torebce, jest pomięty i zniszczony, ale zawsze jest przy mnie. Chyba nigdy nie zawiśnie na ścianie. Czy mi nie szkoda? Czy to nie profanacja? Nie. I uświadomiłam to sobie teraz, w tej chwili, pisząc ten tekst. Nie szkoda mi, bo to nie są słowa do chwalenia się nimi na zaszczytnym miejscu. W mojej torebce, którą mam zawsze przy sobie, te słowa są jak najbardziej na miejscu. Nie czytam ich zbyt często, ale to one mnie zawsze prowadzą gdy mam jakikolwiek problem z własną reakcją na zachowanie Dziecka. Czuję się z tą moją wysłużoną karteczką tak, jak czułam się w czasach szkolnych ze ściągawkami: zawsze je przygotowywałam i miałam przy sobie, ale nie korzystałam z nich, bo wszystko co na ściągawce - miałam i w głowie ;-)


          Nie powiem Wam: noście w torebce List do rodziców. Nie powiem: powieście na ścianie. Każdy zrobi to co czuje, ja mogę tylko poprosić, żebyście choć raz go przeczytali :-) Kiedy czytałam go pierwszy raz patrzyłam na mojego maleńkiego, śpiącego w łóżeczku Synka i wizualizowałam sobie, że to on do mnie mówi te wszystkie słowa, bardzo mocno i realistycznie to sobie wyobrażałam. Spróbujcie - słowo daję, niezwykle przemawiające do serca!

           Nie mam poczucia humoru, jednak ostatnio przypadkiem trafiłam w internecie na słowa, które z miejsca wzbudziły mój szeroki uśmiech.
Rozmawia dwóch młodych ojców. Pierwszy pyta:
- Jaki lekarz prowadzi Wasze dziecko?
- Dr. Korczak i dr Montessori - odpowiada bez zastanowienia drugi. - Ale diagnozę robiliśmy gdzie indziej.

;-)

Chyba mogę powiedzieć, że mojego Syna też prowadzi dr Korczak :-) A Wy?


             Jak wyżej wspomniałam, ostatnio sięgnęłam po znalezioną w bibliotece, również wysłużoną książkę Jak kochać dziecko Janusza Korczaka. Z pewną taką nieśmiałością - przeczytałam. I na jakiś czas - oniemiałam! Zacznę może od formy, od języka. Książka napisana jest w bardzo specyficzny sposób. Jestem niesamowicie konkretna i praktyczną osobą i nigdy poetyckie słowa, porównania i metafory do mnie nie przemawiały, a nawet wręcz przeciwnie ;-) Książka poezją nie jest, jednak dzięki archaicznemu już dla nas językowi, licznym porównaniom i metaforom oraz samej strukturze rozdziałów i ich tytułom - jak poezja może być odbierana. Nie czyta się jej jak poradnik dla rodziców, jak ważny dokument, jak zalecenia lekarskie... tylko właśnie jak poezję! Ja przynajmniej, odebrałam ją bardzo emocjonalnie, osobiście i nie raz w trakcie lektury się wzruszyłam. Właśnie piękny język i poetyckie porównania, pozwoliły mi, koszmarnie praktycznej i konkretnej osobie, wzruszyć się i czytać sercem a nie tylko rozumem ;-) Bo jak odnieść się inaczej do słów napotkanych już na samym początku książki:

           Dziecko, które urodziłaś waży dziesięć funtów. Jest w nim osiem funtów wody i garść węgla, wapnia, azotu, siarki, fosforu, potasu, żelaza. Urodziłaś osiem funtów wody i dwa popiołu. A każda kropla tego t w o j e g o dziecka była parą chmury, kryształem śniegu, mgłą, rosą, zdrojem, mętem kanału miejskiego.*

          Nie powiem Wam co poeta miał na myśli i jak te słowa zrozumieć. Bo chyba każda matka po prostu c z u j e te słowa. Ja w każdym razie - tak! Wiele zdań i akapitów o podobnym wydźwięku znajdziecie w tej książce. W mojej ocenie, ubierają w słowa wiele kwestii, które tkwią w nas, rodzicach, wychowawcach, a których tak ładnie czasami nie potrafimy wyrazić. Czasami nawet nie jesteśmy świadomi wielu poglądów, postaw, które widząc czarno na białym (a nawet pożółkłym papierze - jak w czytanym przeze mnie egzemplarzu książki) dopiero sobie uświadamiamy, jakby krzycząc "Tak, przecież o to mi właśnie chodziło!". Takie "eureki" czekają nas na niejednej karcie tej książki.
          Prócz wielkiej "poezji" i pięknych słów, w książce Starego Doktora znajdujemy mnóstwo praktycznych wskazówek i konkretnych opinii. Nie ze wszystkimi musimy się zgadzać. I ja nie z każdą się zgadzam. mamy różne poglądy, różne wychowanie odebraliśmy, w dzisiejszych czasach ma na nas ogromny wpływ postęp naukowy, cywilizacyjny... od czasów Starego Doktora zmieniło się wiele. Nie zmieniło się jedno: Dziecko, czyli podmiot tej książki, podmiot życia Korczaka. Niektóre opinie spisał w wielkim skrócie, można by je mocno rozwinąć i rozszerzyć, ale spotkamy się w książce na przykład ze stanowiskiem Doktora w sprawie (i w dzisiejszych czasach bardzo na czasie, budzącej żywe dyskusje!) karmienia piersią:

          Każda matka może karmić, każda ma dostateczną ilość pokarmu; tylko nieznajomość techniki karmienia pozbawia ją przyrodzonej zdolności. [...] Bo karmienie jest dalszym ciągiem ciąży, "jedno dziecko z wewnątrz przeniosło się na zewnątrz, odcięte od łożyska pochwyciło pierś, nie czerwoną, a białą krew pije".*

           Korczak w Jak kochać dziecko wznosi się także na wyżyny filozofii i stawia bardzo ważne postulaty:

           Wzywam o Magna Charta Libertatis, o prawa dziecka. Może ich jest więcej, ja odszukałem trzy zasadnicze:
1. Prawo dziecka do śmierci.
2. Prawo dziecka do dnia dzisiejszego.
3. Prawo dziecka, by było tym, czym jest*

Oczywiście, odbierać te słowa można w różny sposób, jako postulat prawny, filozofię, ale też znowu - jako czarno na białym uświadomienie nam, "zwykłym ludziom", kwestii, które zazwyczaj wypieramy ze świadomości, których nie umiemy wyartykułować, których się boimy albo, pod wpływem najróżniejszych porad, poradników, stylu życia, bycia, pozytywnego myślenia itp., modyfikujemy dla własnej wygody. Możemy wyznawać różne religie. Możemy czytać książki psychologiczne i posiłkować się publikowanymi wynikami badań czy poglądami. Możemy mieć własną filozofię życiową. Ale niektóre kwestie są niezaprzeczalne - tylko niektórym z nas (tak, mi też!) trudno przyjąć je i wyartykułować.
            Większość książki poświęcona jest jednak nie poetyckim opisom czy filozoficznym wywodom, a obrazowemu opisowi rozwoju i wychowania dziecka. Rozbita na rozdziały - przykłady z różnych dziedzin - prowadzi nas przez całe życie dziecka od narodzin po dorosłość. Próbuje przybliżyć i pozwolić zrozumieć różne zachowania. Nie wskazuje jak postępować na każdym kroku, raczej stawia wiele pytań, na które sami powinniśmy sobie odpowiedzieć, ale też opiniuje niektóre postawy czy zachowania rodziców i wychowawców. Korczak pisze:

            Biedni ci starzy, którym wszystko przeszkadza. I bodaj czy nie jedyne dobre uczucie, które dziecko stale do nas żywi, jest - litość.*

W tym miejscu się zaśmiałam :-) Bo ileż prawdy jest w tych słowach! Bo w tym miejscu akurat nie tylko rozumiem w pełni Starego Doktora ale i w pełni się z nim zgadzam! Chwaląc- nie chwaląc się, chyba potrafię patrzeć na świat oczami Dziecka. Wielokrotnie bawię się, spaceruję, jem, śpię dokładnie tak samo jak moje Dziecko. I patrzę na świat jego-swoimi oczami. I dlaczego dorosłym przeszkadza jak kruszę w czasie smakowitego posiłku? I dlaczego dorosłym przeszkadza jak taplam się w błocie? I dlaczego dorosłym przeszkadza jak usiłuję znaleźć odpowiedź na pytanie czy Bóg ma siusiaka? I dlaczego dorosłym przeszkadza jak po raz sześćdziesiąty zapytam dlaczego? Dlaczego? Mi samej żal tych dorosłych, którzy na własnej skórze nie doświadczyli tyle wspaniałych rzeczy: nie macali żywej żaby czy dżdżownicy, nie zjedli tak niebiańsko pysznego jedzenia, że nie mogli powstrzymać się przed mało eleganckim napychaniem buzi i nie znaleźli samodzielnie odpowiedzi na nurtujące ich "egzystencjalne" pytania! Ileż ci ludzie tracą! Tak, w tym na przykład zdaniu w Korczaku "czytam siebie".
             Stary Doktor, choć sam mamą nie był ;-) wyraża w książce wiele poglądów na temat macierzyństwa,  na temat postępowania matek, na temat uczuć i ich mądrości. Pojawiają się poglądy, według mnie trafne gdy sięgamy do ich sedna, choć przez Korczaka nieco kontrowersyjnie ujęte w słowa:

            Kobietę uszlachetnia macierzyństwo, gdy ofiarowuje, zrzeka się, rezygnuje; demoralizuje, gdy osłaniając się rzekomym dobrem dziecka, oddaje je na żer swych ambicji, upodobań, nałogów.*
           Jednak lekturę kończą piękne i mądre, ponadczasowe według mnie, słowa, których nie skomentuję, a zostawiam Was z nimi sam na sam, licząc, że aby dobrnąć do tego pięknego sedna sprawy - sięgniecie sami po tą książkę:

             Dziecko w życiu matki wnosi cudną pieśń milczenia. Od ilości godzin, które spędza przy nim, gdy ono nie domaga się, a żyje, od myśli, którymi osnuwa je pracowicie, zależna jest jej treść, program, siła, twórczość, matka w cichej kontemplacji dojrzewa z dzieckiem do natchnień, których praca wychowawcza żąda. Nie z książek, a z siebie. Wówczas każda książka stanie się drobną wartością; a moja spełniła zadanie, jeśli o tym przekona. W mądrej samotności czuwaj...*





* - cytaty pochodzą z książki Jak kochać dziecko, Janusz Korczak, Wydawnictwo Jacek Santorski, Warszawa, 1998r., ISBN 83-86821-61-2

Uśmiechnij się! Siadamy do stołu

Piękny tytuł, prawda? Naprawdę fajnie by było, gdyby każdy z nas już na samą myśl o siadaniu do stołu się uśmiechał. Ot, tak, z czystej przyjemności nie tylko jedzenia, ale i przebywania w gronie rodziny. Nie krzywił się na myśl o niesmacznym jedzeniu, nie martwił tym co może wyniknąć z rozmów przy stole, nie złościł na zmęczenie i brak pomocy w przygotowaniu posiłku... I tak dalej, i tak dalej...
Uwielbiam jeść. Jeszcze bardziej - gotować. Nie może być dla mnie większej "nagrody" kiedy ktoś ze smakiem zje to co ja naszykuję; wtedy serce mi rośnie, rozpływam się ze wzruszenia... mam wrażenie, że to chyba "w genach" po mojej kochanej ś.p. babci Jadzi, która to mnie od podstaw uczyła gotować i zaszczepiła we mnie miłość jedzenia, gotowania i karmienia. Ale też nie to, żebym golonkę i schabowe non stop, o nie! Z własnej inicjatywy ukończyłam kurs dietetyka żywieniowego, dużo czytam o jedzeniu, interesuję się nowinkami, a jako alergiczka i mama alergika znam setki ciekawych zamienników dla różnych mniej zdrowych produktów ;-) Pracuję w firmie silnie związanej z branżą gastronomiczną, a przy sąsiednim biurku siedzi międzynarodowej sławy kucharz. Nie przesadzam też w drugą stronę: nie jestem totalnie "eko" i "bio", zdarza się nam zjeść na obiad pizzę czy chipsy. Myślę, że w kwestii odżywiania udało mi się w życiu znaleźć złoty środek i czerpać z tego radość, a dzięki mojej postawie i Synek nie ma "problemów" z jedzeniem. Lubi jeść, lubi zdrowe jedzenie (np. kocha szpinak czy kaszę gryczaną!) ale wcina też kolorowe lizaki czy boczek (którego jest wielkim miłośnikiem). Ale się rozpisałam o mojej "jedzeniowej drodze życiowej" i mogłabym tak jeszcze długo, a tu nie o tym miała być mowa.
Powodowana moją miłością do kucharzenia (i oczywiście miłością do dziecka i naturalnym pragnieniem poznania wszelkich możliwych trendów w wychowaniu aby wybrać najbardziej odpowiedni dla Synka) miałam okazję sięgnąć po nową lekturę. Lekturkę w zasadzie. Książeczkę. Bardzo skądinąd popularnego pana (którego do tej pory jakoś nie miałam jeszcze przyjemności czytać, co szybko chce nadrobić!). Pan Jesper Juul popełnił niewielkie "dziełko" (bo książeczka rozmiarów kieszonkowych łącznie ze 144 stron się składa) "Uśmiechnij się! Siadamy do stołu". Wydana przez mało mi znane wydawnictwo MiND, książeczka zachęca samym już wyglądem, bo w słodkich kolorach, niewielka, nie przerażająca jak jakaś naukowa księga psychologiczna ;-) wewnątrz okraszona budzącymi we mnie odruchowo sympatię oryginalnym ilustracjami - polecam również i je przestudiować! Książeczkę na spokojnie przeczytałam w dwa dni i... kiwając głową potakująco nad niemal każdym zdaniem, czułam lekki niedosyt. Chcę jeszcze, więcej, czyta się lekko, łatwo i przyjemnie, mądre rozumne i dobrze podane słowa, temat ważki - chcę więcej!
Za czasów szkolnych pisałam piękne streszczenia i recenzje książek jako wypracowania na język polski, jednak tutaj chyba napisać powinnam nieco inaczej... Książka nie jest poradnikiem. Nie daje odpowiedzi tylko zadaje pytania. Ukierunkowuje. Zwraca uwagę na istotne zagadnienia. Nic nie narzuca. I to bardzo mi się osobiście podoba. Bo każde dziecko jest inne, każda rodzina jest inna i nie ma gotowych rozwiązań dla wszystkich! Ja też uważam, w skrócie ujmując, że "jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego" ;-) i podobny pogląd przedstawia autor w książce. Jeśli ktoś z Was jest zainteresowany wpływem posiłków na atmosferę w rodzinie, rozwój i emocje dziecka - niech sięgnie po tą książkę! Tytuły podrozdziałów wskazują  jakie, istotne w odniesieniu do odżywiania i rodzinnych posiłków, porusza książka. Są to między innymi: wartości, czas, kultura rodziny, grymaszenie czy nastolatki przy stole. Są to sprawy, o których nie myślimy raczej codziennie stawiając obiad na stole czy szykując śniadanie, a warto choćby tylko w trakcie lektury tej książki na nich się skupić. Bardzo podoba mi się wychylający się według mnie zza każdej strony tej książki ogólny stosunek autora do kwestii wychowawczych, który, bardzo uogólniając, można ująć w słowach: dziecko jest wolnym człowiekiem i należy się mu szacunek, ale rodzice są jego przewodnikami w (młodym) życiu i są za nie odpowiedzialni. Z większością poglądów wyrażonych w książce się zgadzam, z niektórymi nie, ale jak już wspomniałam, nie chodzi tu o wierne przełożenie słów Juula na nasze życie, tylko o zastanowienie się nad własną rodziną i posiłkami w kontekście poruszonych przez niego kwestii. Autor zmusza nas do myślenia (co w książkach bardzo cenię!) i odpowiadania w kontekście naszej rodziny na pytania typu:
- Czy pierwsze posiłki dziecka są naturalną i integralną częścią życia rodziny, czy raczej niemowlę znajduje się na piedestale, a rodzice tworzą tylko podziwiającą widownię?
- Czy powinno się uczyć dzieci zjadania wszystkiego z talerza?
- Czy jeśli ktoś nie lubi jakichś ośmiu czy dziesięciu potraw, to znaczy, że grymasi, czy może trzeba nie lubić trzydziestu czy czterdziestu?
- Czy rozumiemy, że jeszcze żadne dziecko nie umarło z głodu z powodu własnego uporu i czy jesteśmy skłonni pozwolić mu na to tak długo jak będzie trzeba?

Podsumowując, książkę polecam gorąco wszystkim rodzicom, zarówno oczekującym dopiero Maleństwa, rodzicom niemowlaków, małych dzieci, jak i nastolatków! Nie ważne czy kochasz gotować czy uwielbiasz fast food, czy jesz palcami czy nożem i widelcem, czy odżywiasz się zdrowo i ekologicznie czy tłusto i słono - ta książka jest dla wszystkich! Nie zdradzę wszystkich przemyśleń własnych po tej lekturze, ale przyznam, że po raz pierwszy w życiu zastanowiłam się nad kulturą jedzenia i manierami przy stole w naszej rodzinie... bo te są naprawdę na miernym poziomie :-/ Wnioski będę wprowadzać powoli w życie. Ciekawa jestem jak inni Czytelnicy odbierają tą książkę? Ktoś czytał? A jeśli nie, to poczekajcie cierpliwie, wkrótce komuś z Was z przyjemnością sprezentuję mój egzemplarz ;-) ale na razie czekam aż zbierze się nas troszeczkę więcej!

Autor: Jesper Juul
Tytuł: Uśmiechnij się! Siadamy do stołu
Wydawnictwo: Wydawnictwo MiND Dariusz Syska
Rok wydania: 2011
Stron: 144
ISBN: 978-83-62445-07-3
Cena: 29,9 pln