Jak kochać dziecko


Tekst bierze udział w konkursie BLOGERZY DLA KORCZAKA. Po więcej informacji kliknij na bannerze:




Janusz Korczak
Henryk Goldszmit
Stary Doktor
Lekarz? Pedagog? Człowiek?

          Chyba wszyscy lub prawie wszyscy o Nim słyszeli. Kto nie słyszał, ode mnie wiele nie usłyszy, bo życiorys można sobie znaleźć w bibliotece, internecie i tam zaciekawionych osobą Starego Doktora odsyłam. Bo choć to fakty i doświadczenie życiowe w dużej mierze "tworzą" człowieka, to nie o Jego historii chcę Wam opowiedzieć.
           Nie mogę jednak nie nadmienić, że dobiegający końca 2012 rok, Uchwałą Sejmu RP, został ogłoszony Rokiem Janusza Korczaka. Szczerze mówiąc na sobie osobiście nie odczułam tego w jakiś wyjątkowy sposób, choć na niektórych blogach przewijała się ta informacja. Mogę tylko mieć nadzieję, że Rok Janusza Korczaka nie okaże się w konsekwencji jedną z kolejnych czczych inicjatyw, a realnie wniesie słowo i misję Starego Doktora w życie wielu ludzi! A ponieważ ja od uchwał i postanowień wolę działanie, podczas jednego z ostatnich pobytów w bibliotece, przypominając sobie właśnie o Roku Korczakowskim, sięgnęłam po jego książki. Znany na całym świecie Król Maciuś Pierwszy dla Synka. A książka Jak kochać dziecko - dla mnie.
            W dawno minionych czasach licealnych miałam przyjemność uczęszczać do klasy o profilu pedagogiczno-psychologicznym, dzięki czemu miałam w tym okresie niejedną okazję "przerabiać", jak się potocznie mówiło, Korczaka ;-) Przerabiałam Go, że tak powiem, z chęcią i entuzjazmem, nadal to jednak było li i jedynie przerabianie. Oszczędzę Wam suchych formułek i frazesów jakich nawbijano mi do głowy w owym okresie, choć nie mijają się z prawdą, to nie oddają tego co o Nim myślę. Licealne, stricte pedagogiczne "przerabianie" Korczaka zasiało we mnie jednak wielki szacunek dla Starego Doktora i nie pozwoliło nigdy o Nim zapomnieć.
             Po długiej przerwie, po raz kolejny, Starego Doktora wspomniałam, gdy zostałam mamą. Przez myśl mi przeszły niektóre jego postulaty. Gdzieś zauważyłam Króla Maciusia Pierwszego. I tak mi się wspomniało po prostu. Natknęłam się na słowa, które nosiłam w sobie, w swoim sercu i głowie od chwili gdy zostałam mamą. Słowa przyszły do mnie w wyjątkowym momencie, bo dokładnie wtedy, kiedy uświadomiłam sobie, że moje "mamowanie" z powołania to nie tylko codzienne życie i zabawy, ale to odpowiedzialność za nowe życie! Coś większego, bardziej wzniosłego, wyjątkowego! Kiedy uświadomiłam sobie, że to co robię teraz, jak się zachowuję, co mówię i myślę, ma wpływ na Człowieka, który wyfrunie spod moich skrzydeł. Że każdą sekundą swojego życia w pewien sposób wychowuję Dziecko. Nic nie pozostaje bez wpływu! Wszechogarniająca odpowiedzialność osaczyła mnie z każdej strony! Tym radośniej przyjęłam mocno uproszczone i spisane dawno temu przez Starego Doktora, moje własne myśli i uczucia. Napisał on List do rodziców (który do dziś w wielu zmodyfikowanych formach krąży w Internecie także, najbardziej znana jednak jest następująca treść - zaczerpnęłam bezpośrednio stąd - KLIK):

Nie psuj mnie, dając mi wszystko, o co Cie proszę. Niektórymi prośbami jedynie wystawiam Cię na próbę. Nie obawiaj się postępować wobec mnie zdecydowanie. daje to poczucie bezpieczeństwa.

Nie pozwól mi utrwalić złych nawyków. Ufam, że Ty pomożesz mi się z nimi uporać.
Nie postępuj tak, abym czuł się mniejszy, niż jestem. To sprawia, że postępuję głupio, żeby udowodnić, że jestem duży.
Nie karć mnie w obecności innych. Najbardziej mnie przekonujesz, gdy mówisz do mnie spokojnie i dyskretnie.
Nie ochraniaj mnie przed konsekwencjami tego, co zrobiłem. Potrzebne mi są również bolesne doświadczenia.
Nie przejmuj się zbytnio, gdy mówię "Nienawidzę Cię". To nie Ciebie nienawidzę, ale ograniczeń, które stawiasz przede mną.
Nie przejmuj się zbytnio moimi dolegliwościami. Pomyśl jednak, czy nie staram się przy ich pomocy przyciągnąć Twoją uwagę, której tak bardzo potrzebuję.
Nie gderaj. Będę się bronił, udając głuchego.
Nie dawaj mi pochopnych obietnic, bo czuję się bardzo zawiedziony, gdy ich później nie dotrzymujesz.
Nie przeceniaj mnie. To mnie krępuje i niekiedy zmusza do kłamstwa, aby nie sprawić Ci zawodu.
Nie zmieniaj swoich zasad postępowania w zależności od układów. Czuję się wtedy zagubiony i tracę wiarę w Ciebie.
Nie zbywaj mnie, gdy stawiam Ci pytania. Znajdę informacje gdzie indziej, ale chciałbym, żebyś Ty był moim przewodnikiem po świecie.
Nie mów, że mój strach i moje obawy są głupie. Dla mnie są bardzo realne.
Nie sugeruj, że Ty jesteś doskonały i nieomylny. Przeżywam bowiem zbyt wielki wstrząs, gdy widzę, że nie jesteś taki.
Nigdy nie myśl, że usprawiedliwianie się przede mną jest poniżej Twojej godności. Wzbudza ono we mnie prawdziwą serdeczność.
Nie zabraniaj mi eksperymentowania i popełniania błędów. Bez tego nie mogę się rozwijać.
Nie zapomnij, jak szybko dorastam. Jest Ci zapewne trudno dotrzymać mi kroku, ale proszę Cię - postaraj się!
            List ten wydrukowałam z zamiarem powiększenia w eleganckiej kaligrafii i powieszenia na honorowym miejscu w moim domu. Jednak od kilku lat noszę go w torebce, jest pomięty i zniszczony, ale zawsze jest przy mnie. Chyba nigdy nie zawiśnie na ścianie. Czy mi nie szkoda? Czy to nie profanacja? Nie. I uświadomiłam to sobie teraz, w tej chwili, pisząc ten tekst. Nie szkoda mi, bo to nie są słowa do chwalenia się nimi na zaszczytnym miejscu. W mojej torebce, którą mam zawsze przy sobie, te słowa są jak najbardziej na miejscu. Nie czytam ich zbyt często, ale to one mnie zawsze prowadzą gdy mam jakikolwiek problem z własną reakcją na zachowanie Dziecka. Czuję się z tą moją wysłużoną karteczką tak, jak czułam się w czasach szkolnych ze ściągawkami: zawsze je przygotowywałam i miałam przy sobie, ale nie korzystałam z nich, bo wszystko co na ściągawce - miałam i w głowie ;-)


          Nie powiem Wam: noście w torebce List do rodziców. Nie powiem: powieście na ścianie. Każdy zrobi to co czuje, ja mogę tylko poprosić, żebyście choć raz go przeczytali :-) Kiedy czytałam go pierwszy raz patrzyłam na mojego maleńkiego, śpiącego w łóżeczku Synka i wizualizowałam sobie, że to on do mnie mówi te wszystkie słowa, bardzo mocno i realistycznie to sobie wyobrażałam. Spróbujcie - słowo daję, niezwykle przemawiające do serca!

           Nie mam poczucia humoru, jednak ostatnio przypadkiem trafiłam w internecie na słowa, które z miejsca wzbudziły mój szeroki uśmiech.
Rozmawia dwóch młodych ojców. Pierwszy pyta:
- Jaki lekarz prowadzi Wasze dziecko?
- Dr. Korczak i dr Montessori - odpowiada bez zastanowienia drugi. - Ale diagnozę robiliśmy gdzie indziej.

;-)

Chyba mogę powiedzieć, że mojego Syna też prowadzi dr Korczak :-) A Wy?


             Jak wyżej wspomniałam, ostatnio sięgnęłam po znalezioną w bibliotece, również wysłużoną książkę Jak kochać dziecko Janusza Korczaka. Z pewną taką nieśmiałością - przeczytałam. I na jakiś czas - oniemiałam! Zacznę może od formy, od języka. Książka napisana jest w bardzo specyficzny sposób. Jestem niesamowicie konkretna i praktyczną osobą i nigdy poetyckie słowa, porównania i metafory do mnie nie przemawiały, a nawet wręcz przeciwnie ;-) Książka poezją nie jest, jednak dzięki archaicznemu już dla nas językowi, licznym porównaniom i metaforom oraz samej strukturze rozdziałów i ich tytułom - jak poezja może być odbierana. Nie czyta się jej jak poradnik dla rodziców, jak ważny dokument, jak zalecenia lekarskie... tylko właśnie jak poezję! Ja przynajmniej, odebrałam ją bardzo emocjonalnie, osobiście i nie raz w trakcie lektury się wzruszyłam. Właśnie piękny język i poetyckie porównania, pozwoliły mi, koszmarnie praktycznej i konkretnej osobie, wzruszyć się i czytać sercem a nie tylko rozumem ;-) Bo jak odnieść się inaczej do słów napotkanych już na samym początku książki:

           Dziecko, które urodziłaś waży dziesięć funtów. Jest w nim osiem funtów wody i garść węgla, wapnia, azotu, siarki, fosforu, potasu, żelaza. Urodziłaś osiem funtów wody i dwa popiołu. A każda kropla tego t w o j e g o dziecka była parą chmury, kryształem śniegu, mgłą, rosą, zdrojem, mętem kanału miejskiego.*

          Nie powiem Wam co poeta miał na myśli i jak te słowa zrozumieć. Bo chyba każda matka po prostu c z u j e te słowa. Ja w każdym razie - tak! Wiele zdań i akapitów o podobnym wydźwięku znajdziecie w tej książce. W mojej ocenie, ubierają w słowa wiele kwestii, które tkwią w nas, rodzicach, wychowawcach, a których tak ładnie czasami nie potrafimy wyrazić. Czasami nawet nie jesteśmy świadomi wielu poglądów, postaw, które widząc czarno na białym (a nawet pożółkłym papierze - jak w czytanym przeze mnie egzemplarzu książki) dopiero sobie uświadamiamy, jakby krzycząc "Tak, przecież o to mi właśnie chodziło!". Takie "eureki" czekają nas na niejednej karcie tej książki.
          Prócz wielkiej "poezji" i pięknych słów, w książce Starego Doktora znajdujemy mnóstwo praktycznych wskazówek i konkretnych opinii. Nie ze wszystkimi musimy się zgadzać. I ja nie z każdą się zgadzam. mamy różne poglądy, różne wychowanie odebraliśmy, w dzisiejszych czasach ma na nas ogromny wpływ postęp naukowy, cywilizacyjny... od czasów Starego Doktora zmieniło się wiele. Nie zmieniło się jedno: Dziecko, czyli podmiot tej książki, podmiot życia Korczaka. Niektóre opinie spisał w wielkim skrócie, można by je mocno rozwinąć i rozszerzyć, ale spotkamy się w książce na przykład ze stanowiskiem Doktora w sprawie (i w dzisiejszych czasach bardzo na czasie, budzącej żywe dyskusje!) karmienia piersią:

          Każda matka może karmić, każda ma dostateczną ilość pokarmu; tylko nieznajomość techniki karmienia pozbawia ją przyrodzonej zdolności. [...] Bo karmienie jest dalszym ciągiem ciąży, "jedno dziecko z wewnątrz przeniosło się na zewnątrz, odcięte od łożyska pochwyciło pierś, nie czerwoną, a białą krew pije".*

           Korczak w Jak kochać dziecko wznosi się także na wyżyny filozofii i stawia bardzo ważne postulaty:

           Wzywam o Magna Charta Libertatis, o prawa dziecka. Może ich jest więcej, ja odszukałem trzy zasadnicze:
1. Prawo dziecka do śmierci.
2. Prawo dziecka do dnia dzisiejszego.
3. Prawo dziecka, by było tym, czym jest*

Oczywiście, odbierać te słowa można w różny sposób, jako postulat prawny, filozofię, ale też znowu - jako czarno na białym uświadomienie nam, "zwykłym ludziom", kwestii, które zazwyczaj wypieramy ze świadomości, których nie umiemy wyartykułować, których się boimy albo, pod wpływem najróżniejszych porad, poradników, stylu życia, bycia, pozytywnego myślenia itp., modyfikujemy dla własnej wygody. Możemy wyznawać różne religie. Możemy czytać książki psychologiczne i posiłkować się publikowanymi wynikami badań czy poglądami. Możemy mieć własną filozofię życiową. Ale niektóre kwestie są niezaprzeczalne - tylko niektórym z nas (tak, mi też!) trudno przyjąć je i wyartykułować.
            Większość książki poświęcona jest jednak nie poetyckim opisom czy filozoficznym wywodom, a obrazowemu opisowi rozwoju i wychowania dziecka. Rozbita na rozdziały - przykłady z różnych dziedzin - prowadzi nas przez całe życie dziecka od narodzin po dorosłość. Próbuje przybliżyć i pozwolić zrozumieć różne zachowania. Nie wskazuje jak postępować na każdym kroku, raczej stawia wiele pytań, na które sami powinniśmy sobie odpowiedzieć, ale też opiniuje niektóre postawy czy zachowania rodziców i wychowawców. Korczak pisze:

            Biedni ci starzy, którym wszystko przeszkadza. I bodaj czy nie jedyne dobre uczucie, które dziecko stale do nas żywi, jest - litość.*

W tym miejscu się zaśmiałam :-) Bo ileż prawdy jest w tych słowach! Bo w tym miejscu akurat nie tylko rozumiem w pełni Starego Doktora ale i w pełni się z nim zgadzam! Chwaląc- nie chwaląc się, chyba potrafię patrzeć na świat oczami Dziecka. Wielokrotnie bawię się, spaceruję, jem, śpię dokładnie tak samo jak moje Dziecko. I patrzę na świat jego-swoimi oczami. I dlaczego dorosłym przeszkadza jak kruszę w czasie smakowitego posiłku? I dlaczego dorosłym przeszkadza jak taplam się w błocie? I dlaczego dorosłym przeszkadza jak usiłuję znaleźć odpowiedź na pytanie czy Bóg ma siusiaka? I dlaczego dorosłym przeszkadza jak po raz sześćdziesiąty zapytam dlaczego? Dlaczego? Mi samej żal tych dorosłych, którzy na własnej skórze nie doświadczyli tyle wspaniałych rzeczy: nie macali żywej żaby czy dżdżownicy, nie zjedli tak niebiańsko pysznego jedzenia, że nie mogli powstrzymać się przed mało eleganckim napychaniem buzi i nie znaleźli samodzielnie odpowiedzi na nurtujące ich "egzystencjalne" pytania! Ileż ci ludzie tracą! Tak, w tym na przykład zdaniu w Korczaku "czytam siebie".
             Stary Doktor, choć sam mamą nie był ;-) wyraża w książce wiele poglądów na temat macierzyństwa,  na temat postępowania matek, na temat uczuć i ich mądrości. Pojawiają się poglądy, według mnie trafne gdy sięgamy do ich sedna, choć przez Korczaka nieco kontrowersyjnie ujęte w słowa:

            Kobietę uszlachetnia macierzyństwo, gdy ofiarowuje, zrzeka się, rezygnuje; demoralizuje, gdy osłaniając się rzekomym dobrem dziecka, oddaje je na żer swych ambicji, upodobań, nałogów.*
           Jednak lekturę kończą piękne i mądre, ponadczasowe według mnie, słowa, których nie skomentuję, a zostawiam Was z nimi sam na sam, licząc, że aby dobrnąć do tego pięknego sedna sprawy - sięgniecie sami po tą książkę:

             Dziecko w życiu matki wnosi cudną pieśń milczenia. Od ilości godzin, które spędza przy nim, gdy ono nie domaga się, a żyje, od myśli, którymi osnuwa je pracowicie, zależna jest jej treść, program, siła, twórczość, matka w cichej kontemplacji dojrzewa z dzieckiem do natchnień, których praca wychowawcza żąda. Nie z książek, a z siebie. Wówczas każda książka stanie się drobną wartością; a moja spełniła zadanie, jeśli o tym przekona. W mądrej samotności czuwaj...*





* - cytaty pochodzą z książki Jak kochać dziecko, Janusz Korczak, Wydawnictwo Jacek Santorski, Warszawa, 1998r., ISBN 83-86821-61-2

9 komentarzy:

  1. Przydatna notka i tak potrzebna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Zbierałam się długo. Tak ciężko ubrać w słowa swoje wnętrze. Na szczęście większość roboty "odwalił" za mnie Stary Doktor - to Jemu dziękujmy :-)

      Usuń
  2. Stajesz się na zawsze odpowiedzialny za to co oswoiłeś" - "Mały Książę".
    dla mnie to jest pzrewodnie slowo w wychowywaniu dziecka
    ostatnio nawet rozmawialm o tym z kolezanka, ze dla mnie bycie matka to pzrede wszystkim pocZucie odpowiedzialnosci, nie wiem tylko czy wszyscy rodzice zdaja sobuie z tego sprawe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To też dla mnie ważne słowa. I wiele osób nie jest tego świadomych. Na mnie to też jak grom z jasnego nieba spadło w pewnym momencie i z dnia na dzień coraz bardziej się uświadamiam, ale to jest doprawdy ogrom odpowiedzialności!

      Usuń
  3. Korczak był niezwykłym Człowiekiem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak! I w naszych sercach wciąż JEST :-)

      Usuń
  4. Korczak jest akurat patronem mojej szkoły :D
    Ostatnio był konkurs biograficzny właśnie o nim (bo jak wszyscy wiedzą- jest rok Korczakowski) i miałam styczność z jego biografią. Wspaniały człowiek, godny podziwu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspaniale musi być chodzić do szkoły tak Wielkiego Patrona :-)

      Usuń
  5. przypadek, jak zawsze przypadek...ciekawa notka, wiele ..jakby moich wypowiedzi . tak Stary Doktor stal sie moim guru chyba jakies 30 lat temu, gdy w bibliotece bylo odpchlanie, a ja z ksiazka na kilanch kucalam na fotelu i czytalam( nogi na podlodze = pogryzienie przez pchly)..nie udalo mi sie przeczytac wszystkich Dziel..ale te najwazniejsze, ktore doprowadzily do tego kim jestem dzisiaj! i choc przez zycia meandry gdzies ,,zadzialy sie ''konkretne slowa, racje , rady Doktora to i tak staralam sie uwrazliwiac moje dzieci ...tak, moje dzieci maja prawa...do przezywania emocji, do zlosci, do smutku, do smiechu do rozpuku...ale to dziala w dwie strony- dorosli tez maja prawa...do skakania po kaluzach, do spania pod namiotem w burzy, do zapychania sie lodami i pochorowania sie od czekolady...Nie wiem , czy jestem dobra matka, ale gdzies kolaczaca sie mysl, ze ,,tyle jestes wart ile jest dziecka w tobie'' tkwi w mojej glowie...wiec skacze po kaluzach i rzycam talerzami...i jestem normalna matka, nauczycielka, pedagogiem...a moje dzieci choduja kury w miescie i nie pozwalaja nam zjadac jajek , bo tam sa ,,nasze ''kurczaczki .Za 2 miesiace moja szkola przyjmuje imie Janusza Korczaka..

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za odwiedziny, będzie mi bardzo miło, jeśli zostawisz komentarz :-)