Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla dzieci. Pokaż wszystkie posty

Ciemne chmury wiatr przegonił...

          ... i tak na naszym własnym niebie powolutku te ciemne chmury się rozstępują :-) Nie mam na myśli wcale wiosny (której nie lubię, bo kojarzy mi się wyłącznie z naszą okropną alergią na pyłki - okres do początku maja kiedy to kończy pylić brzoza to dla nas męczarnia!). Mam na myśli prywatne niebo... nasze zdrowie, które powoli się poprawia (tfu tfu odpukać, żeby nie zapeszyć!), moją sytuację zawodową (choć bez podwyżki to nowe stanowisko, nowy szef, nowe ciekawe obowiązki), zbliżającą się - zaraz po Wielkanocy - przeprowadzkę (wynajmujemy mieszkanie a od kwietnia będziemy mieszkać z widokiem z balkonu na przedszkole mojego Synka co w naszych porankach będzie wielkim ułatwieniem!)... a także szycie!
           Jak wspominałam już na FB, ćwiczę sobie szycie kiedy tylko mam czas i siłę (a niestety za rzadko jak dla mnie...), w szyciu poduszek i jaśków doszłam już do wprawy ;-) Następną koncepcją, podejrzana gdzieś w sieci, nie pamiętam już gdzie dokładnie, ale wykonaną przeze mnie od podstaw, są chmurki. Nie szyję z wykroju. Szyję z głowy. Wymyślam kształt, rysuję mój pomysł mydłem krawieckim (tak, tak, nabyłam sobie niedawno - z uśmiechem wspominając takie pożółkłe jakim moja śp. Babcia rysowała!), o ile Synek mi za bardzo nie namiesza - uwielbia rysowanie, a nowe podłoże i sposób czyli mydłem po materiale to wielka frajda! - kroję, szyję, wypycham, wykańczam ręcznie i - voila! Gotowe!
            Na pierwszy raz poszła chmurka najważniejsza, najcudowniejsza, najbardziej poytmistyczna: różowa chmurka dla mojej dwutygodniowej Siostrzenicy :-) Chmurka nie służy do zabawy, a raczej do ozdoby, na razie wisi naprzeciwko jej łóżeczka i podobno w nocy, oświetlona ledwie lampką solną  z daleka, sprawia niesamowite wrażenie - niewidoczne w półmroku niteczki powodują, że przy najlżejszym podmuchu wygląda jakby naprawde padał z niej deszcz :-) I specjalnie jest różowa - aby Maleństwo zawsze widziało wszystko jak przez różowe okulary :-P
 


 
            Kolejna chmurka powstała dla Synka, bardzo podobna, choć w niebieskim kolorze. Synek sam zaproponował inne rozmieszczenie kropli deszczu - proszę bardzo!
 


 
           Niestety Synek nie do końca był usatysfakcjonowany efektem i zażyczył sobie "własnej chmujki idealnej", sam ją zaprojektował, odrysował, a ja tylko uszyłam ;-) Tą już był zachwycony i nie pozwala nikomu jej dotknąć :-)
 

 
            Wczoraj powstała kolejna chmurka, ale już jest spakowana na prezent, więc jak obdarowana osoba zechce to podzieli się z nami gotowymi zdjęciami, bo zapomniałam sfotografować ;-) Przy maszynie leżą tez kolejne dwie niebieskie skrojone chmurki. A pomysły na kolejne już wykiełkowały w naszych (mojej i Synka) głowach i czekają na wolny czas na ich realizację :-)
             A wszystko to mogłam wyczarować tylko i wyłącznie dzięki Wioli z Bezdomnej Szafy :-) do której serdecznie Was zapraszam! Wiola bierze udział w konkursie Szyciowy Blog Roku - mój głos już ma, a Wasz? Wystarczy kliknąć TUTAJ :-)

Żurawina

           Jakiś czas temu w konkursie "Zdrowe danie dla niejadka" wygrałam zaproszenie na brunch do warszawskiej modnej knajpki - Żurawina. Bardzo mnie ta wygrana ucieszyła :-) Bardzo lubię chodzić do restauracji, próbwać nowych połączeń smakowych, w miłym wnętrzu z miłą obsługą, zajadać się smakołykami! Sama bardzo lubię gotować, poza tym nie stać mnie na regularne stołowanie się poza domem, ale od czasu do czasu takie wyjście to czysta przyjemność :-) Nieco mniejszą przyjemnością wyjścia do restauracji stały się odkąd zostałam mamą - moje "żywe srebro" nie daje o sobie zapomnieć nawet na sekundę, wszędzie go pełno, wszędzie musi zajrzeć, ma swoje twardo egzekwowane preferencje co do stolika przy którym będziemy siedzieć, a także co do sposobu podania potraw ;-) Wyjścia do restauracji z Synkiem nie sa niemożliwe ale z pewnością mocno utrudnione ;-)
             Zapoznawszy się dokładnie z ofertą restauracji Żurawina, nabrałam wątpliwości jak w takim modnym, eleganckim miejscu będzie wyglądał brunch z moim Synkiem ;-) Ale w końcu zarezerwowaliśmy stolik i w weekendowe popołudnie zjawiliśmy się w modnym miejscu w centrum Warszawy.
             Zacznę od wnętrza - które zresztą możecie sobie obejrzeć na zdjęciach - bardzo gustownie urządzone, przestronne, eleganckie, wysmakowane dodatki, generalnie bardzo mi się podobało, choć z małym zastrzeżeniem: krzesła może i ładnie wyglądają, ale nie są przesadnie wygodne ;-)
             Mieliśmy przyjemność byc obsługiwani przez przesympatyczną, miła, pomocną, wyrozumiałą i wciąż uśmiechniętą kelnerkę. We wcześniej czytanych recenzjach restauracji pojawiały sie zastrzeżenia co do obsługi, więc tym bardziej byłam bardzo mile zaskoczona! W moich oczach taka obsługa to ogromny plus dla restauracji!
             W ramach wygranego zaproszenia otrzymaliśmy zestaw rodzinnego brunchu. Menu jest wypisane na tablicy, na nas czekało: dyniowe risotto z estragonem, parmezanem i bobem (niestety mam alergie na dynię, ale musiałam spróbować chociaż - wyśmienite! świetna konsystencja, ładnie podane, a smak - niebo w gębie!), pierś kaczki z puree ziemniaczanym, rozmarynem, dynią i żurawiną (tak doskonałej kaczki nigdy chyba nie jadłam! idealnie upieczona, idealnie doprawiona, chrupiąca skórka i miękkie aromatyczne mięso - pycha! w mojej osobistej opinii, danie nie było podane elegancko, puree wyglądało cokolwiek dziwnie, ale smak potrawy rekompensował wszystko!), na deser creme brulle z malinami (nie przepadam za słodkościami, a to jeden z nielicznych deserów, który lubię! nie odnotowałam żadnej szokującej rewelacji, ale deser mi smakował, dodatek malin równoważył słodycz kremu - smakowało mi!).
 

 
               Menu dziecięce, choć niezbyt obszerne, jest moim zdaniem dobrze skomponowane. Synek zażyczył sobie oczywiście rosół (okupiony wielkimi łzami i moim na prędce wyławianiem, bo... zapomniałam przy zamówieniu zaznaczyć, że Syn nie jada natki pietruszki! Synek je mnóstwo innych wartościowych rzeczy, a nie lubi liści pływających w zupie i w domu zawsze o tym pamietam bo jest to już normą, a tu zapomniałam!) - był bardzo smaczny wygodnie dla dziecka podany i porcja odpowiedniej wielkości. Potem na osuszenie łez zgodziłam się zamówić jeszcze naleśniki z serem i malinami - smaczne, domowe, znalazły uznanie w oczach dziecka :-)
               Z dodatkowych atrakcji zasługujących na uwagę, musicie wiedzieć, że w Żurawinie często odbywają się koncerty muzyki na żywo, stoi piękny fortepian :-)
               Jak wspomniałam, bardzo obawiałam się jak eleganckie wnętrze Żurawiny poradzi sobie z moim dzieckiem (i odwrotnie!). Po krótkiej chwili niepewności, dzięki przemiłej pani kelnerce, poczulismy się niesamowicie komfortowo! Mianowicie, w Żurawinie na dole znajduje się mała salka - dla dzieci i dla rodziców z dziećmi! W weekendy jest tam miła opiekunka, z którą można zostawić pociechę, a zajmie dziecko ciekawymi zabawami i zabawkami (naprawdę sporo różnorodnych zabawek: samochody, lalki, zabawki grające dla maluchów, kredki, stempelki, książeczki, puzzle, klocki...). W salce są też stoliki i jeśli dziecko ceni sobie obecność rodziców - można jeść przy stoliku obok :-) Miałam obawy czy Syn zechce zostać bez mamy w tej salce ale po kilku minutach tak ciekawie zajął się zabawą z pania opiekunką, że mogłam spokojnie iść na górę ;-) a kiedy podano jedzenie - Synek ledwie dał się odciągnąć od zanawek! Tak, taka oddzielna, dobrze wyposażona salka to w moich oczach ogromny plus, rzadko spotyka się takie miejsca w restauracjach! Biegające brzdące nie przeszkadzają kelnerom i innym gościom, ciekawe zabawki i miła opiekunka - pozwalają rodzicom na spokojne zjedzenie smacznego posiłku :-)
 

 
                Nie wiem czy prędko wybierzemy się znowu do Żurawiny (z powodów opisanych w pierwszym akapicie), ale polecam to miejsce wszystkim rodzicom, którzy wahają się z wyjściem do restauracji z powodu swoich Maluszków - w Żurawinie wizyta z dziećmi to sama przyjemność! Bez dzieci zresztą z pewnością też ;-)

Ostemplowani :-)

         Z uśmiechem wspominam, jak za czasów mojego dzieciństwa, dziadek przygotowywał dla mnie pieczątki, stempelki i świetnie się bawiłam :-) Zabawę w stemplowanie zaszczepiłam też w moim Synku :-) Mamy kilka gotowych zestawów stempelków, fajne oryginalne drewniane stemple dostał jako nagrodę w jakimś konkursie w przedszkolu i nasz Stemplowy Dzień zaczęliśmy od tych "zwykłych" stempelków. Ćwiczymy za ich pomocą precyzję, możemy uczyć się tworzenia powtarzalnych ciągów czy tworzyć zabawne lub abstrakcyjne obrazki na całej kartce.



          Kiedyś jednak nie było takiego wyboru atrakcyjnych stempelków dla dzieci a i tak fajnie bawiły się w stemplowanie. Jak? A choćby używając starej gąbki jak my to zrobiliśmy: wycinając z niej różne kształty i używając jako stempla :-)



           Z wielką radością pokazałam też Synkowi stemple z ziemniaków, jakie dawno temu robiła dla mnie i moja mama. Przecinamy ziemniak na pół, "rzeźbimy" wybrany kształt i stemplujemy :-)







A mój kreatywny Synek, zauważywszy obok ziemniaków buraka postanowił i ten całkowicie naturalny stempel wykorzystać w swojej zabawie - brawo za pomysłowość Synku!



            Kolejny pomysł na stemplowanie to nasze własne dłonie i stopy - z ich odcisków-stempelków można wyczarować ciekawe rysunki i kompozycje :-) Ale to już innym razem!
            A Wy jakich jeszcze stempli używacie?

W sanatorium dzieci się nudzą... - część 2 Auta

         Jak już pisałam, w czasie długich lub chorowitych wieczorów w sanatorium wymyślaliśmy mnóstwo zabaw i atrakcji. Jedną z nich, było robienie (wtedy akurat na prezent dla Dziadków z okazji Dnia Dziadka!) samochodzików z rolek po papierze toaletowym. Dzieciaki świetnie się bawiły i ja też :-)
           Do wykonania autka będziemy potrzebować:
 


- rolkę po papierze toaletowym
- papier kolorowy
- plastelinę
- farby
- dwie słomki od napojów
- cztery zakrętki od butelek
- klej
- nożyczki
- ewentualnie plastikową przezroczystą butelkę
- ewentualnie wykałaczkę i kawałek folii aluminiowej

Najpierw w położonej poziomo rurce wykonujemy w dolnej części czymś ostrym (czubkiem nożyczek, nożem...) dwie pary otworów o takim przekroju aby swobodnie przeszły przez nie równolegle słomki. Przekładamy słomki przez stworzone dziurki i otrzymujemy coś takiego (w celach prezentacyjnych pionowo):
 
 
Następnie przycinamy słomki na odpowiednią długość i za pomocą plasteliny (ewentualnie innej masy plastycznej, ostatecznie mocnego kleju) mocujemy na ich końcach koła - zakrętki od butelek (powinny być równej wielkości). Z papieru kolorowego wycinamy dwa koła o średnicy naszej rurki po papierze i w najwygodniejszy dla nas sposób (my używaliśmy już kleju, plasteliny i taśmy klejącej i tą ostatnia polecamy) mocujemy na obu końcach rurki zakrywając otwory - to będzie klapa silnika i bagażnika ;-)
 


Następnie w ruch idą farby i w dowolny sposób malujemy nasz automobil. Generalnie ta najprostsza podstawowa wersja już jest skończona :-) Dla "zaawansowanych" możemy dołożyć szybę (z przezroczystego plastiku - ja użyłam butelki - wycinamy odpowiedni kształt, w przedniej części rurki robimy nacięcie ostrym nożykiem i wsuwamy w niego wycięty kształt szyby. Można zrobić lusterko - wbijamy patyczek (wykałaczkę) a na nim z folii aluminiowej przyczepiamy "lusterko" :-) Można również z pozostałego kawałka słomki zrobić rurę wydechową, można dokleić "światła" także z folii aluminiowej na przykład, z drucika kierownice i co kto tam sobie jeszcze zamarzy. Wesołej zabawy :-)
 





Inna bajka... ;-)

       Dziś chcę Wam powiedzieć o Pięknym Miejscu. O miejscu jak z bajki... O Czarodziejkach, które zaczarują Wasz świat! O miejscu z dobrym duchem, z dobrą dusza i z sercem. O wielkiej pasji.
       To miejsce z innej bajki to Pstryku-Smyku - Fotografia Kreatywna Dzieci. Słyszałam o nich, czytałam, pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne... ja jednak nie miałam ani pieniędzy ani okazji aby zafundować mojemu Smykowi sesję jak z bajki... Wtedy wzięliśmy udział w konkursie organizowanym na funpage'u Pstryku-Smyku (konkursy różne zresztą organizują regularnie, dopiero co zakończył się wielki konkurs z trzema głównymi Zwycięzcami, a wkrótce na pewno będą kolejne!) i zostaliśmy zaproszeni na bezpłatną Mikołajkową sesję zdjęciową :-) Moja radość była ogromna, bo lubię dobre zdjęcia, sama się z aparatem nie rozstaję, jednak ja w tej kwestii jestem całkowitą amatorką i nie mam ambicji wzbicia się na wyżyny tej sztuki ;-) ze mnie to taki bardziej dokumentalista-realista ;-)
        W dniu sesji, zmarźnięci w mroźne grudniowe przedpołudnie, po telepaniu komunikacja miejską z dwoma przesiadkami, dotarliśmy na miejsce. Weszliśmy... i znaleźliśmy się w innej bajce!!! Przywitała nas pani Aneta - przesympatyczna, przemiła i z rewelacyjnym podejściem do dzieci! Sceneria jaką zobaczyliśmy była również jak z innej bajki w porównaniu z ponurym i mroźnym nastrojem za oknem - kolorowe balony, pastelowy elegancko ozdobiony stół suto zastawiony pysznościami, słodyczami i gorąca herbata dla nas :-) Mój mały Smyk, podekscytowany wielkim wydarzeniem chyba jeszcze bardziej niż ja, zabunkrował się pod stołem ze swoimi autkami... i poczuł się jak w domu ;-) Mi wykonano profesjonalny, naturalny makijaż (rzadko się maluję, więc dla mnie to też święto!) i oswajalismy teren w studio za ścianą.
         Sesja miała być Mikołajkowa, był Mikołaj, jednak mój Smyk, delikatnie mówiąc, nie był nim kompletnie zainteresowany! Dla pani Anety nie był to najmniejszy problem, a dowiedziawszy się, że jako samodzielna mama na zdjęciach uwieczniam zazwyczaj samego Synka, zgodziła się wykonac nam kilka zdjęć, na których wreszcie będziemy razem :-) Mój mały Smyk jednak, pozbywszy sie Mikołaja, był zainteresowany głównie kolorowymi balonami, których było mnóstwo... bawiłam się razem z nim, w najbardziej naturalny sposób, jak robimy to zawsze w domu, z wygibasami, wygłupami... Nikt nie był do niczego zmuszany, wszystko działo się całkowicie naturalnie! Właśnie za ta naturalność Pstryku-Smyku zyskuje w moich oczach ogromny plus! Ja nie jestem księżniczką z bajki, Synek to niezły zawadiaka, stanie w jednym miejscu i jednej pozycji jest dla nas niemożliwe bo jesteśmy oboje w ciągłym ruchu! I właśnie tą naturalność pani Aneta oddała w swoich zdjęciach.
 


Tak, to właśnie my - tacy jak jesteśmy naprawdę :-) Dla mnie to zdjęcie jest wyjątkowe, urocze, piękne i oddaje prawdę o nas :-) Pani Aneta właśnie to uchwyciła! Jestem tym bardziej pełna podziwu, że Smyk bez przerwy poruszał się po całym studio a ja razem z nim i uchwycenie takich momentów to nie lada wyczyn ;-) Podziwiam i dziękuję!
 
         Pstryku-Smyku jednak, specjalizuje się nie w naturalnych sesjach dla samotnych matek z dziećmi ;-) a w spełnianiu dziecięcych marzeń! Pani Aneta dobrze wie, co znaczy być księżniczką z bajki, małym piratem, królewiczem... Każdy z nas kiedyś był dzieckiem, część z nas jest rodzicami małych Marzycieli, a pani Aneta jest właśnie Dobrą Wróżką, która spełnia bajkowe dziecięce marzenia! Perfekcyjnie organizuje scenerię, zapewnia piękne kostiumy i rekwizyty, ma oryginalne, w pełni skoncentrowane na marzeniach dziecięcych, pomysły i scenariusze, bardzo dobrze rozumie te marzenia i w cudowny sposób je spełnia! Przejrzyjcie piękne zdjęcia na stronie internetowej Pstryku-Smyku, na ich funpage'u i zachwyćcie się każdym z nich! Duże doświadczenie i profesjonalizm, w połączeniu z pasją i wielkim wyczuciem i zrozumieniem - to właśnie Pstryku-Smyku! I pamiętajcie: marzenia się spełniają! A jedno z marzeń Waszych dzieci możecie spełnić z pomocą pani Anety :-)
         Dla mnie osobiście ogromnie istotne jest również zaangażowanie w akcje charytatywne, jak ostatnio choćby wydanie kalendarza w akcji Bajeczne Dzieci. A moje zaufanie i sympatię dla Pstryku-Smyku buduje ich współpraca i obecność w wielu bliskich rodzicom miejscach. Pstryku-Smyku nie jest anonimowe, nie idzie w ilość a w jakość i ma wielkie serce :-)
          Mój Smyk ma piękne marzenia. I chcę je spełniać. Także z Pstryku-Smyku! Ale poczekam, aż będzie w stanie choć minutę usiedzieć w miejscu ;-)

Macie piękne marzenie? Pstryku-Smyku jak Dobra Wróżka je spełni :-)


Zrób sobie... rycerza :-)

Tak, wiem wiem, karnawał właśnie się kończy, dziś ostatki, może post nie jest "na czasie", ale dopiero teraz mogę go napisać. Post o moim małym Rycerzu :-) Synek już rok temu koniecznie chciał się przebierać za rycerza, jednak z powodu chorób nie byliśmy na żadnym balu karnawałowym, wtedy w żłobku też takich nie urządzali, więc tylko na "po domu" na szybko wytworzyłam mu rycerskie przebranie, takie oto:
 


W tym roku bal karnawałowy w przedszkolu ominął nas z powodu pobytu w sanatorium :-( Bal w pobliskiej kawiarence dla dzieci również nas ominął. Ale udało się w końcu dotrzeć na Bal Karnawałowy w ramach Misiowych Poranków w kinie Luna :-) Synek - oczywiście - chciał być rycerzem. Nie stać mnie na kupowanie co roku nowych strojów karnawałowych, poza tym uważam, że to fajnie mieć coś wyjątkowego, zrobionego - choćby i niedoskonale - na własne zamówienie, dokładnie po swojemu :-) Dlatego zgromadziłam zapas tektury, kartonu i podobnych surówców, zaopatrzyłam się w srebrną farbę w spreju,, kilka metrów wąskiej gumki i krepinę srebrną i różową :-)
 


Najtrudniejszy do wykonania jest hełm rycerza, ja w tym celu, w już sprawdzony rok temu sposób, użyłam plastikowej miseczki :-) Za pomoca mocnej taśmy klejącej okleiłam ją odpowiednio przyciętą tekturą:
 
 


       Następnie od wewnątrz przymocowałam (również taśmą klejącą) gumkę aby hełm przytrzymywał się pod brodą mojego rycerza i nie spadał ;-) Całość okleiłam srebrną krepiną, którą związałam na czubku nitką, przyklejając różowy "pióropusz" zgodnie z zamówieniem mojego Rycerza ;-) Na środku nad czołem dokleiłam wycięty z tektury i pomalowany srebrbną farbą ochronny pasek na nos :-P Tym razem zrezygnowałam z przyłbicy - dla wygody - ale można i ją wykonac z odpowiednio przyciętej miękkiej tektury, pomalowanej na srebrno i za pomoca kawałka drutu lub gumki przymocowanej do tektury mniej więcej na wysokości uszu (tak zrobiłam w zeszłym roku).
         Z dużych kawałków tektury wycięłam kształt zbroi i po pomalowaniu na srebrno związałam na ramionach i na bokach kawałkami gumki. Nagolenniki to również kawałki tektury pomalowanej na srebrno i przywiązanej gumkami. Z pomalowanej na srebrno tektury powstał również miecz i tarcza mojego Rycerza. Całość rycerskiej zbroi, założona na szarą bluzeczkę, szare rajstopki i szare rękawiczki (dodatkowo na rękach ozdobione "mankietami" ze srebrnej krepiny przywiązanej po prostu gumką) prezentuje się tak (tu jeszcze z przyłbicą, z której później zrezygnowaliśmy i nie podciętym kształtem zbroi):
 
 
I później, już na samym balu:
 

Dla małych Rycerzy - dziś ostatnia szansa balowania w tym karnawale! A kto nie zdąży - niech szykuje się na ryxcerski bal juz za rok :-)




W sanatorium dzieci się nudzą - część 1 Kwiatki

           Nasz pobyt w sanatorium, zarówno atrakcje jak i panujące tam warunki, postaram się opisać w osobnym poście, bo za dużo by pisać ;-) Na razie tylko wspomnę, że wieczorami, w czasie chorób czy choćby niepogody (gdy już wszystkie 3 pary butów i 3 kombinezony przemoczone na wylot schną na kaloryferze...) dzieci w sanatorium się nudzą... wtedy wkraczałam ja, ochrzczona przez współkuracjuszy "Świetliczanką", "przedszkolanką", "animatorką" czy "panią Kapitan" ;-) a to przez dzieci bo nosiłam kapitańską piracką czapkę w czasie zabaw z dziećmi ;-) Zabaw było mnóstwo! Znudzone dzieci były zachwycone choćby zwyczajnym puszczaniem baniek (niektóre nie wiedziały, że za pomocą płynu do mycia naczyń i słomki od napojów można zrobić bańki - myślały że można je tylko kupić w sklepie!), budowaniem konstrukcji i węży ze słomek, a zabawa kolorowymi kulkami budziła dziką ekscytację!
              
             Z okazji przypadającego w tym czasie Dnia Babci robiliśmy z dziećmi (i nie tylko) Kwiatki. Na szczęście w pobliżu był nieźle zaopatrzony sklep papierniczy więc zaopatrzyłam się w dużo kolorowej krepiny i zabawy było co niemiara :-) Babciom kwiatki zostały wręczone, ale to nie jedyna okazja z jakiej można je robić ;-)

Przygotowujemy:
- dużo kolorowej krepiny
- słomki (takie od napojów)
- klej
- nożyczki
- taśmę klejącą
- watę (lub chusteczki higieniczne albo ścinki krepiny)


Zaczynamy od zrobienia środka kwiatka, czyli robimy z waty (lub czegoś innego miękkiego) kuleczkę i owijamy dokładnie kawałkiem krepiny w wybranym kolorze:


Za pomocą taśmy klejącej powstały "środek" przyklejamy do górnej części słomki:




Następnie z całej, nie rozwiniętej rolki krepiny, odcinamy około 7cm i nacinamy w dowolnie wybrany kształt "płatków":


Po wycięciu rozwijamy (mi płatki wycięte z całej rolki wystarczają na 2 kwiatki - ale robimy według uznania!). Dolną, nie naciętą część smarujemy klejem i owijając warstwowo oklejamy płatkami nasz "środek":



Po owinięciu i ucięciu pozostałej części, smarujemy klejem słomkę-łodyżkę i oklejamy po skosie paskiem zielonej krepiny:


I kwiatek gotowy :-) Voila! Można delikatnie palcami rozchylić płatki. Można dokleić listki do łysej łodyżki, ale wtedy niewygodnie się trzyma więc my nie doklejamy ;-)


Kwiatek jest równie piękny w bukiecie:


Jak i solo:


Wszystkim tęskniącym za wiosną (i nie tylko) polecam tą zabawę :-) A już niedługo pokażę jakie odjazdowe autka robiliśmy na Dzień Dziadka :-)

"Korneliusz"

           Korneliusz to nazwa robocza. A czemu? A bo uszyty z pomocą Kornelii ;-) Wcześniej był Kleofas, więc w tym wykroju mam już wprawę, to tym razem szybko poszło! Najpierw szybko skroiłam, oczywiście z mojego ulubionego polaru mięciutkiego. Następnie duże elementy, tułów, część głowy, zszyłam z ogromnąpomoca Kornelii :-)
 


Nie wygląda to idealnie (lewa strona), namęczyłam się bo a to mi za grubo pod igłą, a to się ślizga, a to co chwila jakieś "zakręty", ale w stosunkowo krótkim (w stosunku do szycia ręcznego!) czasie udało się cały tułów przygotować :-) Uszy, trąbę i stopy - ponieważ to zbyt małe elementy - doszywałam już ręcznie (w metrze, w czasie drogi do i z pracy!), dokleiłam oczka i voila: Korneliusz jak żywy ;-)
 


Korneliusz powędrował do małego Adasia, miłośnika zwierząt wszelakich i mam nadzieję, że ucieszył go pod choinką ;-)
A my z Kornelcią zacieśniamy naszą przyjaźń :-)



Pierniczki

         Uwielbiam piec i ozdabiać pierniczki a już odkąd jestem mamą i mam wspaniałego małego pomocnika to jest to sama przyjemność :-) Nie jestem w tym wielką artystką, ale na nasze domowe potrzeby i dla najbliższych - wystarczająca ;-) Z tego przepisu korzystam od 3 lat. A to z tego względu, że jest przepisem bezmlecznym oraz możliwym do realizacji w wersji bezglutenowej (wtedy zamiast mąki pszennej dodajemy mąkę kukurydzianą, ewentualnie koncentrat mąki bezglutenowej), a na takiej diecie byliśmy ze względu na Synka przez poprzednie lata.
         Pierniczki rewelacyjnie nadają się na ozdoby, do zawieszania na choinkę. Nie są zbyt słodkie, za to są dość twarde i nie za bardzo kruche! Polecam do ozdabiania, lukrowania, ładnego pakowania i znajomym wysłania :-)

Zaczynamy od roztopienia 10dkg masła (lub margaryny w wersji bezmlecznej). W tym czasie w misce mieszamy 50dkg mąki pszennej (lub innej, bezglutenowej), łyżeczkę sody oczyszczonej, 2 duże jajka, 10 dkg cukru pudru, 10 dkg miodu (lub słodu ryżowego w wersji dla alergików!) oraz około 2 czubate łyżki przyprawy do piernika (ja dodaję sporo, każdy jak lubi, można gotową dodać albo samodzielnie zrobić z goździków, ziela angielskiego, cynamonu, kardamonu, gałki muszkatołowej, kolendry i pieprzu na przykład). Dodać roztopione ale nie gorące masło, wyrobić z tego ciasto, które może być nieco klejące (i jest to normalne!). Podsypując obficie mąką rozwałkowujemy ciasto na grubość nie mniej niż 5mm bo cieńsze może się przypalać i łamać! 




Układamy na wysmarowanej tłuszczem blasze i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez 8-10 minut. Pięknie dekorujemy i ze smakiem zjadamy :-)

Dziś niestety już wyczerpani po aktywnym dniu, więc ozdabianie zostawiamy na kiedy indziej ;-) 

Matka, prać?

               Po raz kolejny korzystam z uprzejmości portalu Mama Na Zakupach i mam możliwość krytycznie przetestować nowy produkt :-) Dziękuję portalowi i producentowi za niesamowicie miłą współpracę i liczę na kolejne możliwości wypróbowywaia nowości :-)
               Pytanie zasadnicze - Matka, prać? Ano prać, prać! Nie ma wyjścia ;-) Kiedy byłam sama sobie sterem, żeglarzem i okrętem, pranie nie miało jakiegoś wielkiego znaczenia. Zbierały się rzeczy do prania, segregowałam na kolory i raz na jakiś czas prałam - koniec tematu. Odkąd jestem mamą pranie przybrało inny wymiar! Jeszcze będąc w ciąży dobierałam najdelikatniejsze proszki i płyny, czytałam metki na wszystkich ubrankach, zastanawiałam się nad temperaturą prania czy płynami do płukania. Po urodzeniu Synka, pranie zajęło wysoką pozycję wśród regularnie wykonywanych czynności. Tu się ulało, tu pieluszka przeciekła, tu spocone; potem pojawiły się plamy z marcheweczki, buraczków, szpinaczków; następnie doszły wyświechtane o podłogę w czasie raczkowania kolana i rękawy; nieustanny ślinotok towarzyszący ząbkowaniu też robił swoje; kiedy dziecię przybrało już pozycję pionową doszły dalsze ciekawostki jak kredki, flamastry, czekolada, błoto i co kto tam sobie jeszcze wymyśli! A więc prać jak najbardziej!
Pytanie zasadnicze w naszym przypadku to jednak ledwie połowa sukcesu, bo dochodzi pytanie: jak prać? Dwoje alergików z AZS, z niesamowicie wrażliwą skórą nie pozwoli na byle co ;-) Metodą prób i błędów, kilku prań okupionych silnym kichaniem i okropnym swędzeniem, dobrałam idealny proszek do prania, który nie tylko prał (i dopierał!) ale i nie uczulał. Wszystko super, tylko portfel na tym cierpiał nieustannie i chudł w oczach ;-) Dbając o tuszę portfela powróciłam do proszku "dorosłego" ale w wersji Sensitive, w którym prałam swoje ubrania zanim urodziłam Synka. Na szczęście okazało się, że również go toleruje! Portfel się cieszył, ja też, ale choć Synek go tolerował to skóra z AZS pozostawała nieco sucha i szorstka :-( A teraz skorzystałam z możliwości przetestowania nowego na rynku proszku hipoalergicznego Concertino Baby Color.
Dostałam duże opakowanie (1,6kg) proszku do kolorów i zabrałam się za testowanie.

                Pierwsze co zwróciło moją uwagę to niesamowicie kolorowe a jednocześnie czytelne opakowanie. Czy to dobrze? Najpierw się ucieszyłam, bo kolorowe zwierzątka sympatyczne, ale z drugiej strony tak przyciągające wzrok "dziecięce" opakowanie może być nie lada pokusą dla małych łapek! Jasne, trzymam środki chemiczne zabezpieczone przed dzieckiem (mam nadzieję, że jak każda z mam?), ale ryzyko zawsze jakieś potencjalne istnieje. Komentując dalej opakowanie, wiele dla mnie znaczy widoczny wyraźnie znaczek, informujący o pozytywnej opinii Centrum Zdrowia Dziecka. Dla mnie taki znaczek świadczy o tym, że producent naprawdę dba o jakość, rzetelnie dba o dobro i zdrowie małych użytkowników jego produktu - nie produkuje byle czego reklamując na szeroką skalę, ale wie co robi, po co i dla kogo: za tu mnie wielki plus! Na opakowaniu znajdują się bardzo jasne i czytelne piktogramy i opisy, rzetelnie informujące o zastosowaniu proszku (ilości, temperatura) jak i jego składzie. A skoro przy składzie jesteśmy, to natychmiast muszę podkreślić coś bardzo ważnego. Produkty tej marki nie zawierają parabenów, fosforanów ani zeolitów. Mimo że w czasach szkolnych bardzo lubiłam chemię, to nie jestem ekspertem w tych sprawach. Niezależnie od mojej wiedzy, ogólnie wiadomo, że im mniej chemii tym lepiej ;-) Parabeny są zbędne więc dobrze, że w tym proszku ich nie ma. Brak fosforanów - pomaga nam być bardziej eko, nie wychodząc z domu ;-) Brak szkodliwych zeolitów w składzie to również zaleta, choć o ile się nie mylę mają one funkcje zmiękczające i brak tej fukcji jest odczuwalny dla użytkownika proszku. Ale o tym później. Tak więc opakowanie i skład, mimo drobnych zastrzeżeń, o których wspomniałam - ogólnie na plus! Po otworzeniu paczki zgodnie ze swoim nawykiem od razu powąchałam proszek. Trochę się przeraziłam, bo zapach choć przyjemny to bardzo silny - a to niewskazane dla alergików takich jak my! Na szczęście po praniu, na ubraniach ten zapach nie jest silny, jest bardzo subtelny i delikatny, niemal niewyczuwalny - ufff! Bardzo ważna z mojego matczynego punktu widzenia cecha to fakt, że proszek nadaje się do prania w pralkach automatycznych, wirnikowych jak i do prania ręcznego - dla mnie to niebywała wygoda bo nie lubię mieć poustawianych w szeregu proszków i wybierać który do czego a tak mam jeden sprawdzony produkt do każdego typu prania!
                W końcu wyprałam pierwsze pranie w nowym proszku. Z wielką precyzją odmierzyłam ilość (proszek jest wydajny!), choć wcześniej zawsze wsypywałam "na oko" tyle co wiedziałam, że jest skuteczne. Nastawiłam program ten co zazwyczaj (40 stopni) i czekałam na efekty. Moje wrażenia po praniu? Delikatny zapach, o którym już wspomniałam, pranie wyprane (choć zaznaczę całkiem szczerze, że nie doprały się zaschnięte plamy z jedzenia np. śmietany - ale to moja wina! piorę około 5 razy w tygodniu, więc nie mam w zwyczaju namaczać prania wcześniej i jeśli Synek czymś się zachlapie to tego samego czy następnego dnia wrzucam do pralki i "się pierze" i zazwyczaj się dopierało po jednym praniu; tym razem się nie doprało, ale może powinnam była namoczyć?), żadnych zacieków, żadnych plam, pranie rzeczywiście wygląda na czyste i świeże! Generalnie to tak się trochę "czepiam", po prostu bardzo bardzo wnikliwie i dokładnie testuję to, co otrzymuję do testów! Być może gdybym postępowała zgodnie z "instrukcją" i prała z namaczaniem to dopierałoby się od razu ;-) Dodajmy też, że proszek kierowany jest przede wszystkim dla maluszków - a te dzieci na ubrankach miewają różne rzeczy a niekoniecznie zaschnięte jedzenie ;-) Poza tą zaschnięta plamą dopiera wszystko i nie mam więcej zastrzeżeń :-)
               Kolejną właściwością proszku, na którą zwracałam dużą uwagę jest jego łagodność i oddziaływanie na alergików. Po wyjęciu i wysuszenia prania najpierw lekko się zdenerwowałam, bo ubrania były stosunkowo (w porównaniu do ubrań pranych w moim "starym" proszku ale za to z płynem do płukania - również Sensitive) szorstkie i sztywne. Znów moja wina - nie pomyślałam, żeby użyć płynu do płukania, a przecież (jak po fakcie sobie przypomniałam), w ofercie Concertino Baby są dostępne również płyny do płukania! Bardzo mnie to cieszy, bo nie lubię łączyć w jednym procesie różnych marek. Płynu jeszcze nie testowałam, ale mam taki zamiar! Tak więc pomijając moją gapowatość - efekty po praniu również na plus! Mniejsza jednak z szorstkością czy nie bo szczerze mówiąc nie to jest dla mnie najważniejsze. Najważniejsze jest zdrowie i samopoczucie Synka i stan jego skóry! Niesamowicie uważnie obserwowałam jego skórę po korzystaniu z ubranek wypranych w Concertino Baby, jednocześnie nie zmieniając żadnych innych nawyków, kosmetyków czy diety - aby ewentualne zmiany mogły mieć tylko jedną jedyną przyczynę. I co? I nic. Kompletnie nic. Ani jednej krostki, zaczerwienienia, swędzenia - nic. Proszek testuję od kilku tygodni, jestem w posiadaniu już kolejnych opakowań, więc nie jest to jednorazowy efekt, a stan po kilkunastu praniach. Na własnej i Synka skórze potwierdzam właściwości hipoalergiczne i łagodność proszku Concertino Baby Color! Nie mam najmniejszych zastrzeżeń pod tym względem. I proszek nie tylko na stałe zostaje przy naszej pralce:
 


ale i zawita wkrótce do pralki mojej siostry (też alergiczki, która spodziewa się dziecka i to całkiem niedługo!) - zapas już kupiłam :-) Proszek jest dostępny, więc zainteresowanych odsyłam do sklepów - i nie zapomnijcie, jak ja, o płynie do płukania ;-) A będąc przy kupowaniu jeszcze, pozytywnie zaskoczyła mnie cena tego proszku. Jest porównywalna z ceną mojego "dorosłego" dotychczas używanego proszku a znacznie, znacznie niższa od ceny wcześniej używanego hipoalergicznego proszku dla niemowląt! To naprawdę miłe zaskoczenie!
           Podsumowując, z czystym sumieniem polecam ten proszek nie tylko dla niemowląt i maluszków, ale dla wszystkich atopików i alergików w każdym wieku :-)


Emocje

           Bardzo bardzo przepraszam, że na kolejny post musieliście tak długo czekać, ale poza zwyczajną prozą życia uniemożliwiającą mi skutecznie regularne pisanie (w końcu praca z dojazdami zabiera mi 10 godzin dziennie z życiorysu, a resztę - nie bez przyjemności - pochłania mój Synek), cały weekend przeżywałam bardzo emocjonalnie moją wygraną w życzliwym candy u Wioli! To dopiero były emocje! Ale dziś o innych emocjach będzie ;-) Tym bardziej mi głupio, że z wielką radością mogę powitać nowych Czytelników! Zakładając bloga byłam - jak to ja - realistyczną optymistką i nie spodziewałam się uzyskac w tak szybkim tempie tak szerokiej publiczności a przybywa Was i jako obserwatorów i fanów na FB. Dziękuję Wam za Waszą obecność i za wszystkie, choćby wirtualne znajomości, które tu nawiązałam :-)
              A teraz do rzeczy. Miało być o emocjach i będzie. Na początek króciutka recenzja  ciekawej książeczki dla dzieci, która niedawno wpadła w nasze ręce w bibliotece.
 

 
 
 
To niewielka kolorowa książeczka w twardej oprawie. Szczerze mówiąc moją uwagę najpierw przykuły ciekawe ilustracje. Kolorowe, bardzo pogodne i delikatne jednocześnie. Mi się bardzo podobają i Synkowi również. Zaintrygowało mnie nazwisko autora - toć to znany mi z programu Zulu-Gula, a Wam może i z innych miejsc: satyryk Tadeusz Ross! Podobno jest ojcem siedmiorga dzieci, więc może ma doświadczenie także w mówieniu (pisaniu wierszem!) o emocjach? Wygląda na to, że ma! Książeczka zawiera kilkanaście wierszyków, każdy dotyczący innych emocji. Gniew, żal, żal, radość, zazdrość.
 
 
I wierszyk o zazdrości, szczerze mówiąc, najbardziej mi się podobał ;-) Ale wszystkie wierszyki są bardzo ciekawe, rytmiczne, proste ale bardzo obrazowe. Choć książka ma wskazanie wieku dla dzieci 5+ to czytałam ją mojemu Synkowi (3,5 roku) i zrozumiał wszystko. Był zaciekawiony, komentował, rozmawialiśmy o emocjach. Na pewno ważne aby nie czytać wszystkich wierszyków naraz bo wtedy robi się mętlik w głowie i "mieszają się nam emocje" ;-) Szczególnie dla młodszych dzieci lektura jednego wierszyka naraz i krótka rozmowa o danej emocji - to w sam raz! Podsumowując: książeczkę polecam gorąco, na pewno ułatwi rozmowę o emocjach, bo o ile o radości, smutku, gniewie potrafimy czasami mówić, to wzruszenie, złość czy żal nie są tak popularne w naszych wypowiedziach. A i te emocje są tak samo odczuwalne jak inne i warto rozmawiać o nich z dziećmi.
Książkę wydało Wydawnictwo Skrzat i wraz z płytą CD można ją u nich zakupić.
                A teraz ciąg dalszy o emocjach. Wiele osoób (podobno głównie mężczyzn i chłopców, ale ja badań na ten temat nie prowadziłam, więc nie wiem) nie umie wyrażac emocji. Mało tego. Wiele osób, które nawet potrafią je wyrażać i uzewnętrzniać - często nie potrafią ich nazwać: patrz moja skromna osoba! To powszechny problem i o ile nie uratuje połowy społeczeństwa przed brakiem umiejętności wyrażania czy nazywania emocji, to mogę pracować na tym obszarze we własnej rodzinie. Sama siebie staram się pilnować aby oprócz wyrazistego wyrażania (nie przerysowanego, ale konkretnego, w moim przypadku popartego bogatą i szczerą mimika czy gestykulacją), nazywać przeżywane emocje! Mój Synek, żyjąc ze mną już 3,5 roku wie dobrze co oznacza podniesiona brew mamy, łzy w oczach czy zacisnięte wargi i wie czego się po takiej minie ma spodziewać. Ale nie zawsze potrafi nazwac co mama taką mimiką okazuje. Ćwiczymy to wspólnie - uczę siebie i Synka nazywać emocje, co nie zawsze jest łatwe bo czasami myli mi się złość z gniewem czy smutek z żalem, ale wytrwale nad tym pracuję!
                  Praca nad sobą samą to ledwie początek. Staram się nauczyć Synka wyrażania emocji i nazywania ich. Zdziwione nieco panie nauczycielki w przedszkolu powinformowałam już dawno, że mój Syn ma prawo wyrażać złość, gniew, smutek, ma prawo mówić podniesionym głosem (ale nie krzyczeć na kogoś w złości), tupnąć nogą (ale nie kopnąć kogoś), płakać (ale nie rzucac jakimiś przedmiotami). Na równi z prawem skakania wysoko z radości. Ja również okazuję emocje i gestem, nie tylko mimiką - granicą jest tu nienaruszalność drugiej osoby i zakaz niszczenia przedmiotów oraz zachowań autodestrukcyjnych. Mieszcząc się w tych granicach, zarówno ja jak i dziecko mamy prawo płakać, śmiać się, robić miny, tupać, zakrywać twarz rękami czy podnosić głos. Owszem, w toku dorastania społecznego przyswajamy (w większym lub mniejszym stopniu) normy społeczne zakazujące tupania nogą w czasie zebrania w pracy, czy krzyczenia w kolejce w sklepie itp. Ale dziecko w wieku przedszkolnym - moim zdaniem - nie musi jeszcze przestzregac tych wszystkich norm. Owszem powinno być uczone, mieć tłumaczone jakie są zasady społeczne, ale od osoby w tak burzliwym i emocjonalnym okresie trudno wymagać pohamowywania się co chwila. Podkreślam, to moja osobista opinia, na razie chcę nauczyć Syna wyrażać i nazywać emocje, a nieco później nadejdzie czas aby wpoić mu normy społeczne (o których mu jednak przy różnych okazjach mówię). Żeby mógł panować nad sobą i emocjami, jak to się mówi, najpierw musi pojąć, zrozumieć i sprawdzić - nad czym tak naprawdę ma zapanować?
              Z ciekawostek jeszcze dodam, że już kilkumiesięczne maluszki potrafią rozpoznawać emocje, potrafią też naśladować emocjonalną mimike bliskich osób, a ponieważ człowiek dysponuje kilkudziesięcioma mięśniami twarzy do wyrażania całej gamy emocji - to jest duże pole do popisu ;-) Ja sama byłam bardzo zaskoczona, kiedy ostatnio skupiłam się na mimice Synka: on mimowolnie przejął ode mnie w drodze obserwacji i codziennego obcowania, bardzo dużo min, grymasów twarzy! Kiedy coś nam nie smakuje robimy dosłownie identyczną minę, jakbym się w lusterku widziała! Kiedy traktujemy coś lub kogoś pobłażliwie - kąt nachylenia głowy mamy równiuteńki! I wiele wiele innych!
              Na koniec tego długiego, ale jakże w mojje opinii ważnego postu, zachęcam Was do nazwania Waszych emocji... jeśli nie potraficie - sięgnijcie po książkę Tadusza Rossa! Oraz przyjrzyjcie się minkom Waszych dzieci: najprawdopodobniej robicie takie same ;-)
 
 
 
 
Życząc wiele radości - jako wspaniałej pozytywnej emocji dodającej skrzydeł - pozdrawiam wszystkich :-)


Mandarynkowe lampiony

        Już od kilku lat, zainspirowana Nocą Mandarynkowych Lampionów organizowaną na blogach, zawsze zimą produkuje te urocze, pachnące, małe świecidełka. Produkowanie mandarynkowych lampionów jest dla mnie nie lada wyzwaniem, gdyż niestety mam okrutną alergię na mandarynki, do tego stopnia, że sam ich zapach przyprawia mnie przynajmniej o regularne kichanie (jak nie gorzej...). Ale czegóż nie robi się dla Synka oraz dla magii zimowych wieczorów i Świąt ;-) W tym roku również nie mogło ich zabraknąć, więc zaopatrzona w mnóstwo aromatycznych mandarynek, zasiadłam z Synkiem i w miłej atmosferze przy wspólnych śmiechach, uczyniliśmy, na razie kilka tylko, pachnących lampioników.
       Jak je zrobić? Każdy potrafi! Potrzebne nam będą mandarynki (polecam te o raczej cienkiej skórce!), ostry nóż, tea lighty, ewentualnie malutkie foremki do wykrawania. Skórkę mandarynki nacinamy w jej najszerszym miejscu dookoła i delikatnie odsuwając palcami zdjemujemy "przykrywkę". Wyjmujemy miąższ mandarynki (i zjadamy lub odkładamy na dżem mandarynkowy na przykład!). W dolną część wkładamy tea light. W górnej części ostrym nożem (lub foremką) wycinamy wzór:


Wypychamy środek wzoru, ewentualnie wyrównując delikatnie brzegi. Ja wybrałam na razie najprostsze wzory: serduszko, gwazdka, kwiatek. Jednak na wspomnianym wyżej blogu znajdziecie mnóstwo ciekawych inspiracji do możliwych kształtów oraz możliwych aranżacji takich lampioników. Nasze prezentowały się na razie tak:

Kiedy już przemęczę się z tą moją alergią, takie lampiony daja mi naprawdę dużo radości i ich ciepłe światło pięknie buduje świąteczny klimat! A przy okazji pisania tego wpisu, zebrao mi się na wspomnienia i odnalazłam zdjęcia naszych lampionów sprzed 2 lat, kiedy to oboje z Synkiem mieliśmy alergię na mandarynki potwornie silną, więc wykonaliśmy lampiony... z cytrynek :-) I prezentowały się wspaniale a ja z rozczuleniem wspominam tamten czas:

Cytrynowe lampiony.

Uwielbiam to zdjęcie! Synek jak zauroczony długo wpatrywał się w pachnące cytrynowe lampiony ustawione na śniegu :-) Pięknie!





Pomarańczowa galaretka

Sam pomysł powszechnie znany jest chyba, ale u nas w domu zagościł po raz pierwszy. Synek długo nie mógł się nadziwić co to jest i o co chodzi ;-) Wykonałam najprostszą wersję, ale można wrzucić do galaretki owoce na przykład czy w inny sposób udekorować. Wygodna forma podania, moim zdaniem, sprawia, że jest to rewelacyjna przekąska na dziecięce przyjęcia :-)
 
1. Przekrój pomarańcze na pół w poprzek, pozbądź się miąższu (akurat świeży sok z pomarańczy z tego zrobisz!).
 

 
 
2. Przygotuj galaretke o dowolnym smaku według przepisu na opakowaniu, dodając jednak nieco mniej wody niż zaleca producent. Galaretką napełnij "miseczkę" ze skórki od pomarańczy. Schłódź w lodówce.
 

 
3. Po zastygnięciu galaretki, pokrój powstała "pomarańczkę" na podłużne cząsteczki.... i smacznego :-)
 


Mały Wędkarz :-)

         Jak wspominałam już, uwielbiam mamowanie :-) Mamuję Synkowi na wszelkie możliwe sposoby, wsłuchuję się w jego potrzeby i rozpoznaję jego upodobania. I wychodzę naprzeciw jak mogę :-) Ostatnimi czasy okazało się, że mam w domu Małego Wędkarza - dziwi mnie to bo w mojej rodzinie nikt nigdy jakoś za bardzo w tym kierunku... Ale za ścianą przez 3 lata mieszkał Sąsiad, zafascynowany wędkarz, przychodzący się pochwalić każdym nowym spławikiem czy zanętą ;-) pływający także na kutrze na morskie wędkowanie. W czasie naszych nadmorskich wakacji mieliśmy przypadkiem okazję podziwiać zawody wędkarskie nad Bałtykiem (trwały od wieczora do rana, ale podziwialiśmy przez krótszy czas!). W ubiegłym miesiącu Synek z pomocą Dziadka, wyposażony przez niego w atrakcyjną wielkościowo i kolorystycznie wędkę podlodówkę - złowił (i wypuścił) dwie ryby w jeziorze! Ależ był dumny! Wcześniej w żłobku, teraz w domu, z wielkim zaangażowaniem bawi się w łowienie ryb na zabawkową wędkę z magnesem z takiego zabawkowego zestawu. Tak więc wymagający znawca tematu mi rośnie - i dobrze, bo oboje lubimy jeść ryby :-)          
          Ale taki wędkarz to wyzwanie: nie zadowoli go zwykły patyk ze sznurkiem! Jakiś czas temu wspomniał, że chciałby mieć swoją wędkę. Ale z kołowrotkiem. No to mu zrobiłam :-)
Jak zrobić dla dziecka wędkę z kołowrotkiem i co z nią robić?
1. Idź na spacer. Z dzieckiem. Znajdźcie fajny patyk. Jestem pewna, że dla dziecka to niebywała frajda mieć wędkę z własnoręcznie wybranego patyka! I nie ważne, że brudny, krzywy, za długi, za gruby! Patyk, to patyk, nie robimy wędki na wystawę artystyczną tylko do zabawy a własny patyk na wędkę to gwarantowana satysfakcja dla dziecka :-)
2. Patyk oczyść jak potrzeba, umyj, ostrugaj nożykiem, wygładź papierem ściernym itp. żeby prezentował się jako tako ;-)
3. Przygotuj wszystko co będzie potrzebne do wykonania wędki, czyli:


- oporządzony patyk
- taśme izolacyjną lub inną taśme porządnie klejącą i w miarę elastyczną (na zdjęciu zamiast niej leży Super Glue bo na tym etapie jeszcze jej szukałam i modyfikowałam moja koncepcję wykonania wędki - przepraszam!)
- słomkę plastikową (lub inny kawałek plastikowego "patyczka")
- szpulke po niciach (lub wydrążony w środku korek od wina albo inny kawałek tworzywa w kształcie rolki)
- spinacz biurowy
- kawałek drutu
- kawałek sznurka
- nożyczki
- klej
- kartkę
- kredki lub flamastry

4. Kawałek zawiniętego drutu owiń wokół patyka zostawiając dłuższy kawałek (zawinięty w zaokrąglenie aby nie był niebezpieczny dla dziecka) odstający od patyka na wysokości gdzie będzie kołowrotek.

5. Odetnij kawałek słomki nacinając na jednym końcu (celem łatwiejszego przymocowania do patyka) i włóż w środek szpulki. Całość nałóż na odstający drucik. Można nie używać tej słomki, jednak na samym druciku kołowrotek nie będzie gładko chodził ;-)



6. Na powyższym zdjęciu mamy juz zarys naszego prowizorycznego kołowrotka. Następnie część drutu i rozcapierzoną słomkę za pomocą taśmy izolacyjnej (lub innej taśmy albo po prostu kawałka materiału podklejonego na końcach mocno) przymocowujemy do naszej wędki. Do szpulki doczepiamy (w taki sposób jak nam wygodnie) kawałek drutu, który będzie tą jakby "rączką" kołowrotka, a w więc musi być przyczepiony tylko do szpulki. Dla bezpieczeństwa i wygody owinęłam również taśmą izolacyjną. Do szpulki za pomocą taśmy izolacyjnej przykleiłam jeden koniec żyłki (= sznurka). Na tym etapie kołowrotek mamy gotowy :-)


7. W tak zwanym międzyczasie rysujemy na kartce kształty różnych ryb, wycinamy.



8. Wręczamy zachwyconemu potomstwu do pokolorowania wedle uznania (można też obkleić folią aluminiową czy pociętymi na kształt łusek opakowaniami po czipsach itp!).


Jeśli potomstwo nie wyraża chęci i zaangażowania w ubarwianie rybek - robimy to sami ;-)

Do rybek doklejamy "haczyki" ja po prostu dokleiłam z pasków papieru, ale może to być drucik czy cokolwiek innego ;-)

9. Nieco nad kołowrotkiem robimy pętelkę z drutu (przymocowując taśma izolacyjną i przewlekając przez nią sznurko-żyłkę). Na samym końcu sznurka przywiązujemy spinacz biurowy wygięty jak haczyk :-) Nad haczykiem warto umieścić kolorową kulkę z plasteliny jako ciężarek - będzie wygodniej korzystać z wędki.


10. Na czubku wędki robimy kolejną "przelotkę" przeciągając przez nią naszą "żyłkę wędkarską" ;-)


11. Nasza wędka z kołowrotkiem jest gotowa. I działa :-)



Sprawdzenie kołowrotka w małych szczęśliwych rączkach :-) Działa jak najbardziej! Kręci się, dzięki wykorzystaniu słomki równo, nawija żyłkę, można wyruszać na ryby :-) Na podłodze układamy "jezioro" lub "rzekę" z czegoś niebieskiego (kawałek materiału, kocyk, folia czy choćby pomalowane na niebiesko kartki), na wodzie układamy nasze rybki i zaczynamy łowić :-)



Haczyki też działają! Pierwsza rybka złapana, mamy branie ;-) Haczyk w okolicy pyszczka rybki - jak naprawdę ;-)


Złowiona rybka wędruje do wiaderka :-) Potem będzie pyszny obiad ;-)


Wędka z kołowrotkiem działa, ale zwykłe łowienie ryb to też nie jest atrakcja na długo... Co wiec robić z tą wędką? Łowimy na czas. Łowimy w określonej kolejności, np. według wielkości czy kolorów. Łowimy na zmianę: raz dziecko raz mama ;-) Ćwiczymy zręczność i koordynację kompletnie nie dotykając ryby nawet przy zdejmowaniu jej z haczyka. Jeśli mamy potomstwo w liczbie mnogiej - tym lepiej! Wędki wykonujemy dwie i dopiero będzie rywalizacja ;-) Łowimy na wyścigi. Na rybkach można napisać cyferki i rzucać kostką  - łowimy rybkę z takim numerkiem jaki wyrzucimy kostką. Oprócz rybek można zrobić z papieru np. stary but i zasady podobne do Czarnego Piotrusia - kto złowi but ten przegrywa ;-) Ryby zamiast "w wodzie" można umieścić właśnie w wiaderku, warstwami i również zasady podobne do Czarnego Piotrusia. Pomysłów jest mnóstwo :-)
Nie wiem jakie okrzyki czy powiedzonka mają wędkarze, bo bym zakrzyknęła na koniec zagrzewając Was do zabawy ;-) W każdym razie - wędki w dłoń!