Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki. Pokaż wszystkie posty

Nivea hydro care

         Z wielkimi przeprosinami za moje milczenie, spowodowane przeprowadzką (już w nowym miejscu ale jeszcze "na kartonach"), dziś dosłownie kilka słów o pewnym nowym kosmetyku.
         Całkiem niedawno zostałam wybrana do testowania nowego szamponu Nivea Hydro Care. Do marki Nivea mam raczej dobry stosunek, więc ochoczo zabrałam się za testowanie. Przez prawie dwa tygodnie używałam szamponu codziennie (lub co drugi dzień - w każdym razie do każdego mycia włosów).
         Szampon jest reklamowany jako szampon nawilżający, zapewniający głębokie nawilżenie bez obciążania włosów, pozostawiający włosy delikatne i gładkie w dotyku. I co? Druga część "reklamy" jak najbardziej sprawdziła się w praktyce - włosy miękkie, delikatne, gładkie: pełen plus! Natomiast co do pierwszej części... nie polecam szamponu osobom o włosach normalnych a jedynie osobom o bardzo suchych włosach. Przy codziennym stosowaniu moje (normalne) włosy były oklapnięte, płaskie, nie układały się - nie byłam zadowolona z tego efektu :-( Ale od razu dla sprawiedliwości dodam małe zastrzeżenie: teraz szamponu tego używam raz na tydzień i włosy są rzeczywiście nawilżone, miękkie i gładkie!
        Przyznaję też, że odkąd Synek poczuł (delikatny, ale bardzo bardzo przyjemny!) zapach szamponu, postanowił tez go używać :-) Na jego delikatnych dziecięcych włoskach sprawdza się wyśmienicie i pachnie naprawdę pięknie :-)
        Podsumowując: polecam, choć z pewna taką ostrożnością ;-)
 


Jak rosa na mą... cerę!

          Dziś krótko i konkretnie. Mój od ponad roku ulubiony zestaw, mający stałe miejsce wśród kosmetyków. Przetestowany zupełnie przypadkowo, zagościł u mnie na dłużej (na zawsze?). Mam szczerą chęć sprawdzić wszystkie kosmetyki z tej linii ale ciągle jakoś brakuje okazji, czasu lub pieniędzy ;-) Jak to często bywa - jakość wiąże się z ceną...
         I znów mówię o Biodermie. Czuję się trochę jakbym "grała w reklamie" tej firmy, ale nic nie poradzę - naprawdę jakość tych kosmetyków jest rewelacyjna! Ważne aby dobrać dla siebie odpowiedni, a oferują ich cała gamę. U mnie dodatkowym "testerem" jest moja alergia, AZS, skłonność do zaczerwienień i wysuszania skóry. I nawet ten surowy "tester" akceptuje całkowicie Biodermę.
          Ostatnio rzadko robię makijaż, ale tak czy siak, buzię myć trzeba ;-) Mycie wodą nawet z różnymi preparatami - wysusza i podrażnia. Stosowanie niektórych płynów podrażnia i wywołuje zaczerwienienia. Jak więc myć? Odkąd spróbowałam Płynu micelarnego Hydrabio H2O - czuję, że dla mojej skóry to więcej niż sam prysznic, niż samo mycie! Oczyszcza, nie podrażnia, zgodnie z zapewnieniem producenta usuwa także wodoodporny tusz do rzęs, nie wywołuje zaczerwienień, jest wydajny, wygodny w użyciu, skóra po jego użyciu jest wyczuwalnie nawilżona i delikatna! W niektórych reklamach używa się skojarzeń odświeżania cery poranną rosą - dla mnie ten płyn to właśnie taka poranna rosa na twarz, ale w najlepszym jakościwo i zaawansowanym technologicznie wydaniu ;-)
             Drugi preparat, który użutkuję regularnie to Krem złuszczający Hydrabio Creme Gommante. Każda skóra, nawet tak wrażliwa jak moja, potrzebuje czasem oczyszczenia, złuszczenia, odświeżenia. Wypróbowałam w życiu mnóstwo peelingów itp. Jednak każdy miał jakieś wady. Jak już nawet mnie nie uczulał (co zdarzało się często), to np. miał okropną konsystencję, brzydki zapach, albo bardzo podrażniał skórę. Z dystansem oczywiście podeszłam i do tego, kolejnego. I znów się na Biodermie  nie zawiodłam. Nie uczula, nie podraznia, nie mam zaczerwienień, krem jest skuteczny, ale łagodny - dokładnie jak zapewnia w opisie producent! Ponadto ma idealną kremową konsystencję i jest wydajny.
            Jak już na początku wspomniałam, za jakość trzeba zapłacić, znam mnóstwo tańszych preparatów, ale biorąc pod uwagę wszystkie wymienione przeze mnie powyżej zalety - ja zostaję przy Biodermie :-)
 
 

Matricium

          Znów dopisało mi szczęście i zostałam obdarowana zestawem 5 ampułek słynnego Matricium Biodermy. Wygrałam rozdanie u angelisia.k i paczuszka do mnie dotarła już jakiś czas temu, jednak czekałam z wypróbowaniem na odpowiedni moment, kiedy na mojej alergicznej skórze nie będę miała żadnych dodatkowych znaczących zmian, kiedy również będe miała czas aby wnikliwie obserwować efekty działania Matricium :-)
          Sponsorowana przez producenta paczuszka zawierała 5 ampułek specyfiku. Z wielką chęcią zabrałam się za testowanie. Markę Bioderma znam dobrze, bo na stałe używam kilku kosmetyków tej marki (recenzje wkrótce), a także korzystam z linii do skóry atopowej (dla mojego Synka). O samym produkcie słyszałam i czytałam wiele dobrego, mając bardzo dobrą opinię o marce, byłam ciekawa tak nowoczesnego, rewelacyjnego produktu! Zanim jednak sama kupię drogą nowość, lubię ją wcześniej sprawdzić, przetestować (jest to konieczne, ponieważ jako alergiczka często reaguję uczuleniem na nowe kosmetyki). I taka okazja mi się właśnie trafiła :-)
          Angelisia.k na swoim blogu prezentuje relację z pełnego, 30-dniowego testowania całej kuracji Matricium. Bo cała kuracja trwa 30 dni. Ja otrzymałam zestaw 5 ampułek. Jak to mam w zwyczaju, zaczęłam od szczegółowej lektury ulotki, która jest prosta, jasna, czytelna, zawiera wszelkie potrzebne informacje. Same ampułki są naprawdę wygodne w użyciu, łatwo otwierane i zamykane (po otwarciu można przechowywać do 12 godzin a więc ampułka wystarcza na dwie aplikacje dziennie - jak też i ja ją stosowałam). Proste, czytelnie oznaczone, bez zbędnych ozdobników - mi bardziej kojarzą się z lekiem niż z kosmetykiem - może to i dobrze? Specyfik ma silne działania więc ozdobnym opakowaniem nie powinien zachęcać do lekkomyślnego stosowania i wpadać każdemu w oko ;-)
          Matricium stosowałam przez 5 dni, dwa razy dziennie rano i wieczorem, nanosząc na oczyszczoną skórę twarzy, ze szczeglnym uwzględnieniem czoła i bruzd przy nosie. Łatwo się aplikuje, łatwo się rozprowadza, delikatnie pachnie. Nie uczula mnie! Po aplikacji Matricium nie wystąpiła u mnie żadna reakcja alergiczna! Produkt szybko i łatwo się wchłania, przez chwilę powodując lekkie uczucie napięcia skóry, ale naprawdę delikatne. Z moich obserwacji wynika, że zgodnie z informacją producenta, Matricium rzeczywiście wchłania się całkowicie, a więc jak rozumiem - i całkowicie sie przyswaja! 5 dni to zaledwie ułamek sugerowanej kuracji (30 dni), ale zawsze to jakas próbka możliwości specyfiku. Wygodne opakowania, łatwa aplikacja i pełna przyswajalność - to już duże zalety! Moje wrażenia są poza tym... pozytywne! Po tych 5 dniach, moja ponadtrzydziestoletnia cera, zestresowanej, zapracowanej, niewyspanej Matki Polki ;-) dodatkowo katowana używkami i brakiem odpowiedniej pielęgnacji (z braku czasu i z powodu alergii na wiele kosmetyków), wyglądała wyraźnie lepiej! Widocznie poprawił się koloryt skóry - z do tej pory poszarzałej, bladej, stała się żywsza, leciutko zaróżowiona, trochę brzoskwiniowa, czyli odzyskała swój "naturalny" wygląd :-) Ponadto skóra jest wyraźnie odżywiona. Nie jest to drastyczna, ale naprawde widoczna różnica. Skóra jest ujędrniona, wygląda na dobrze odżywioną, taką "pełną". Tak też sie czuję - nie odczuwam suchości, wiotkości na twarzy. Skoro efekty po 5 ampułkach sa tak widoczne, to po pełnej 30-dniowej kuracji chyba buzię miałabym piękną jak w czasach młodości ;-) Podsumowując: tak, obiegowe bardzo pochlebne opinie o Matricium potwierdzam! Polecam! Cena od 149,9zł za zestaw 30 ampułek wydaje się być wysoka (ja sobie na pewno nie sprawię, ale wpisuję na listę prezentów jakie chce dostać!), jednak od samej wysokości ceny, ważniejsza jest relacja ceny do jakości! A w tym przypadku jest to chyba jedna z najlepszych możliwych relacji, bo za taką cenę mamy produk pełnowartościowy, nie uczulający, łatwo do stosowania i co najważniejsze: działający :-) Bioderma po raz kolejny sprawdziła się w moim przypadku jako rzetelna, nowoczesna, perfekcyjnie dbająca o moje potrzeby marka.

A teraz smarując spierzchnięte alergiczne usta balsamem Atoderm, szykuję się na szałowego (pierwszy raz od wielu lat poza domowym zaciszem!) Sylwestra, w wyjątkowym hotelu, który z chęcią dla Was zrecenzuję po powrocie. Demakijaż po imprezie wykonam moim ulubionym płynem Hydrabio H2O. A Wam wszystkim życzę Sylwestra wystrzałowego, w wymarzony sposób spędzonego :-) Oraz mnóstwa pozytywnej energii i kreatywnych pomysłów w Nowym Roku :-)

Candy dla Lejdis ;-)

Mimo, żem wciąż w wielkim wirze przygotowań świątecznych (przeplatanych okropnymi wirusami), to zgodnie z obietnicą, już teraz zapraszam na szybkie kobiece CANDY DLA LEJDIS ;-)
Aby zacząć miło Nowy 2013 Rok, Candy kończy się 31 grudnia a 1 stycznia ogłoszę wyniki :-)
Zacznijmy od najważniejszego: do wygrania pachnący, różowiutki zestaw oraz Plusssz Lady włosy i pazonkcie - coś specjalnie dla kobiet (choć oczywiście jeśli jakiś mężczyzna ma ochotę wziąć udział - zapraszam!).


Powyżej zdjęcie nagrody :-)
Zasady podobne jak ostatnio:
1. Obserwowanie i lubienie mnie na FB nie jest obowiązkowe ale bardzo mile widziane i sprawi mi dużo przyjemności :-)
2. Blogujący zamieszczają powyższy banner na pasku bocznym bloga. Osoby bez bloga pozostawiają w komentarzu adres e-mail.
3. Candy trwa od dziś do 31 grudnia 2012 a wyniki ogłoszę 1 stycznia 2013.
4. Znów nie będzie losowania, bo nadal nie wiem jak to od strony prawnej wygląda. Dlatego zwycięzcę wybiorę osobiście i bardzo subiektywnie. Proszę w komentarzu wpisać jak rozwiązalibyście mój problem: powinnam brać regularnie różne witaminy, suplementy, ale ciągle o tym zapominam! Mało tego - leki nie mogą leżeć "na wierzchu" ponieważ mam małe dziecko i nie mogą być w zasięgu jego rączek. Czekam na pomysł: jak pamiętać o regularnym braniu witamin? Piszcie co Wam przyjdzie do głowy: mądrze, śmiesznie, wierszem, prozą, jednym zdaniem, praktycznie, kreatywnie... Odpowiedź, która najbardziej przypadnie mi do gustu wygrywa :-) Na pewno będę wypróbowywać Wasze pomysły, może któryś wreszcie okaże się skuteczny?
5. Życzę wesołej zabawy :-)
PS: 1 stycznia koniecznie sprawdzajcie wyniki, bo 3 dni później wyjeżdżam na miesiąc i jeśli zwycięzca nie poda mi szybciutko danych do wysyłki, na nagrodę będzie musiał poczekać jeszcze miesiąc...

Ratunek dla czerwonych ;-)

            Po długim milczeniu (przepraszam, moja babcia w szpitalu, poważna operacja!) od razu na głęboką wodę wskakuję i nowośc na rynku dla Was recenzuję (i nie czuję, że rymuję...)...
 
            Dzięki uprzejmości producenta (KLIK) i świetnego portalu dla nowoczesnych mam (KLIK) miałam od ponad 2 tygodni możliwość testowania nowości na polskim rynku: maseczki kojąco-wzmacniającej Capillin (KLIK)! Bardzo chciałam przystąpić do tego testu, bo na tej płaszczyźnie jestem niesamowicie krytyczna. Lubię sprawdzać i testować różne rzeczy, lubię stawać wyzwania, a tej maseczce rzeczywiście postawiłam wysoko poprzeczkę. I mimo lekkiej nadziei, nie do końca wierzyłam, że sprosta wyzwaniu.
 
                      Zacznijmy od tego, że jestem alergiczką, z AZS, o bardzo ale to bardzo wrażliwej skórze! Wiecznie jest podrażniona, przesuszona, do tego stopnia, że niektóre inne niedoskonałości (jak wypryski czy pękające naczynka) przestałam już w ogóle zauważać na tle tej nadwrażliwości! Jest na rynku niewiele kosmetyków, które po zetknięciu z moją twarzą nie powodują "pożaru" niemal. Maseczki, która nie uczula, nie podrażnia, nie zaognia sytuacji (oprócz jednej oczyszczającej typu peel off, ale o tym kiedy indziej...) nie znalazłam. Na moją twarz, że tak powiem, nie było lekarstwa. Aż do tej pory?
 
              Dostałam do testowania maseczkę kojąco-wzmacniającą Capillin marki Iwostin. Markę kojarzę o tyle, że moja młodsza siostra (też wrażliwa alergiczka) od lat używa kosmetyków tej marki i bardzo je sobie chwali. Ja jednak dotąd nie próbowałam. Z ciekawością obejrzałam estetyczne opakowanie i przeczytałam wnikliwie ulotkę. Jestem bardzo dokładna i precyzyjna i niestety już na wstępie jedna wada: nigdzie nie znalazłam informacji jak często można stosować maseczkę. Czytałam, szukałam, sprawdzałam nawet na stronie producenta i nigdzie nie znalazłam. Jasne, mogę się domyślać, że podobnie jak inne maseczki, ale profesjonalnie byłoby znaleźć taką informację w ulotce dołączonej do kosmetyku. Okrężnymi drogami dostałam informację, że stosuje się ją 2-3 razy w tygodniu, czyli "normalnie" ;-) Ale dobrze by było gdyby taka informacja jeśli nie na ulotce to choćby na stronie internetowej produktu.
 
                 Opakowanie bardzo mi się podoba. Pomijam już podświadomie budzącą sympatię kwestię, że zawiera kolor fioletowy (mój ulubiony!), ale opakowanie jest przejrzyste, proste, czytelne. Bardzo to cenię, bo przecież kosmetyk to niekoniecznie bibelot do trzymania na półce, ale przede wszystkim do stosowania i ma być - według mnie - nie tyle ozdobny co dobrze i czytelnie oznaczony :-) A ta maseczka jest! Zresztą zobaczcie sami:
 


               To teraz przejdźmy do stosowania i używania maseczki. Jak już wspomniałam, stosuje się ją 2-3 razy w tygodniu, nakładając na oczyszczoną twarz na 5-10 minut, po tym czasie nadmiar usuwając wacikiem - nie zmywa się jej. Po pierwsze maseczka jest bardzo wydajna. Zawartość tubki to 50ml, a mi po 2 tygodniach testowania zostało jeszcze naprawdę sporo! Brak konieczności zmywania maseczki to również duży plus - wygoda i oszczędność czasu ;-) co dla zabieganych, zapracowanych osób znaczy naprawdę dużo! Jak wspomniałam, dotychczas praktycznie prawie nie stosowałam maseczek, ale czas 5-10 minut to akurat czas na kąpiel, mycie głowy czy inne czynności w łazience, po czym zbieramy nadmiar maseczki i gotowe :-) Maseczka ma niemal niewyczuwalny, delikatny zapach - co ma ogromne znaczenie dla osób z wrażliwą skórą! Maseczka Capillin ma delikatną kremową konsystencję, bardzo łatwo się rozprowadza:
 
 
 
                   No i sedno sprawy czyli działanie maseczki. Pierwsze pozytywne zaskoczenie dla mnie to fakt, że moja wrażliwa, alergiczna, podrażniona skóra dobrze przyjmuje tą maseczkę! Mimo że producent uprzedza, że "zawarty w maseczce kompleks chłodzący może powodować uczucie delikatnego mrowienia, który po chwili ustępuje", to ja żadnego takiego uczucia nie miałam! Nastawiona krytycznie i gotowa na jakieś "sensacje" miło się zdziwiłam, że żadnych nieprzyjemnych odczuć! Ani razu! Maseczka dobrze się rozprowadza i wchłania, po tych 10 minutach niewiele zostawało mi do usuwania.
 
                    Według producenta maseczka "przeznaczona jest do skóry nadreaktywnej, z rozszerzonymi i pękającymi naczynkami krwionośnymi oraz skłonnością do czerwienienia" - czyli jak wspomniałam w tytule: jest to ratunek dla czerwonych ;-) Mam pękające i słabe naczynka na nosie i wokół nosa, co rzeczywiście nieciekawie wygląda, za to policzki mam wiecznie czerwone od podrażnień. Pomyślałam, że to maseczka w sam raz dla mnie. Po pierwszym zastosowaniu nie zauważyłam żadnej różnicy. Po drugim też. Ale ćwiczę swoją cierpliwość, poza tym, do trzech razy sztuka ;-) I rzeczywiście, następnego dnia po trzecim zastosowaniu przyjrzałam się uważnie swojej cerze i zauważyłam gołym okiem różnicę! Najpierw pomyślałam, że jestem chora ;-) bo jakaś taka "blada"... a ja po prostu najzwyczajniej nie byłam tylko czerwona! Różnica widoczna. Po dalszym stosowaniu maseczki koloryt cery mi się wyrównał, zniknęły niemal wszystkie podrażnienia i zaczerwienienia, a więc działanie łagodzące i kojące - potwierdzone! Nie zniknęły mi popękane naczynka w okolicy nosa, ale są mniej widoczne, zniknęło zaczerwienienie wokół nich. Tak, potwierdzam, w mojej ocenie ta maseczka jak najbardziej jest pomocą i ratunkiem dla skóry skłonnej do podrażnień, zaczerwienionej, ze skłonnościa do pękających naczynek!
 
                  W skład maseczki kojąco-wzmacniającej Capillin marki Iwostin wchodzą między innymi:
- Natural Extract AP - regulujący nawilżenie skóry
- Innowacyjny kompleks wyciszający - którego działania ja osobiście specjalnie nie odczułam
- Neutrazen - zmniejsza (naprawdę!) skłonność do czerwienienia się i podrażnień
- Pronalen Aesculus - poprawia krążenie
- Witamina C - działa przeciwrodnikowo i wzmacnia naczynka
 
                      Cena maseczki (sprawdzałam w różnych sklepach internetowych) przekracza 30zł. Dla niektórych (dla mnie na pierwszy rzut oka też!) to dużo, ale biorąc pod uwagę jej wydajność, uważam tą cenę za odpowiednią dla kosmetyku o powyżej opisanych i sprawdzonych przeze mnie właściwościach.
 
                     Podsumowując - jestem bardzo zadowolona z efektów testowania! Kosmetyk miło mnie zaskoczył i został zaakceptowany przez moją skórę! Dziękuję za możliwość jego testowania - pozostanie na stałe wśród moich kosmetyków :-) A ja już nie będę "burakiem" ;-)



Lirene Anti-aging

      Zanim "zasypię" Was recenzjami produktów, które dostałam do testowania (a testować i wyrażać opinię lubię, oj lubię!) chcę najpierw napisać o czymś czego nie testowałam. Co po prostu mam i szczerze polecam.
     Nie jestem maniaczką kosmetyków, nie używam ich wiele, mam kilka sprawdzonych i jestem im wierna. Chętnie próbuję nowości, ale rzadko mnie coś zachwyca. Zresztą, co chyba jest tu najważniejsze, jestem alergiczką o bardzo wrażliwej skórze, która doprawdy wybrednie akceptuje zaledwie nieliczne kosmetyki ;-) Jednym z podstawowych kosmetyków na mojej półeczce w łazience jest krem do twarzy. Zazwyczaj nawilżający, łagodzący, jednak w moim mamusinym ;-) wieku potrzeba już skórze czegoś więcej. Stosowałam wcześniej inny krem, był rewelacyjny, ale drogi :-( W lipcu tego roku w czasie zakupów w Rossmanie, wpadła mi w oko promocja na kosmetyki Lirene. Ze słyszenia znałam tą markę, ale nigdy nie używałam. Postanowiłam wypróbować. 

     Modelujący krem przeciwzmarszczkowy Lirene z serii Anti-aging Odmładzanie został ze mną do dziś i zostanie na dłużej :-) Nie zacytuję Wam całej ulotki, o kremie możecie przeczytać sobie na stronie Lirene (KLIK) a i weźcie pod uwagę, że jest to tylko jeden z produktów z całej serii (KLIK) ja mam jeszcze krem pod oczy i też używam :-) 
      Odnosząc się do treści opisu kremu i ulotki, mogę potwierdzić: odkąd go używam nie pojawiła mi się żadna nowa zmarszczka, bruzda, przebarwienie itp. Nie zauważyłam spektakularnej poprawy dotychczas istniejących oznak mojego wieku, ale nic nowego też nie zauważyłam! Ponieważ nie wierzę w cudotwórcze właściwości magicznych kremów, nie wierzę w wyjątkową kombinację naturalnych składników mającą supermoc, nie wierzę w najnowsze odkrycia kosmetologów i innych naukowców, które rzekomo w jeden tydzień zmienią skórę "mamuśki" w skórę nastolatki, mnie takie działanie kremu zadowala jak najbardziej. Mam swoje lata i tego nie da się ukryć i cofnąć. Zależy mi jedynie aby nie zaniedbywać cery i chronić ją w sposób jak najbardziej naturalny. 
    Co do naturalności: bardzo podoba mi się stosunkowo prosty skład tego kremu. Kilka znajomych składników, najwyraźniej idealnie dobranych, w odpowiednich proporcjach (zamiast kilkudziesięciu zmieszanych "magicznych" nowości, których nazwy nawet nie umiemy wymówić).
      Krem, jak zaznacza producent, ma także działanie nawilżające i ochronne. I przyznaję - odczuwam to na własnej skórze. Jest nawilżona, miękka, delikatna. Co do właściwości ochronnych, to trudno mi to jednoznacznie stwierdzić, bo co niby miało by być miernikiem? Ale ponieważ krem sprawdza się na pozostałych płaszczyznach, liczę po prostu, że i w tej kwestii producent nie kłamie ;-) 
      Zaznaczone jest, iż krem idealnie nadaje się pod makijaż - to prawda! Nie używam wielu kosmetyków do makijażu, żadne bazy pod podkład itp. Makijaż nakładam bezpośrednio na ten krem i czuję się z tym znakomicie!

      Co do właściwości kremu mogę pochwalić kilka. Dla mnie najważniejsza jest konsystencja! Nie lubię zbyt gęstych, tłustych, ciężkich kremów, które trudno rozprowadzić. Nie lubię też zbyt rzadkich, które "rozlewają się" i powoli się wchłaniają. Ten krem ma dla mnie konsystencję idealną. Jest delikatny, nie tłusty, nie ciężki, nie płynny, no po prostu jak "puszysty, kremowy balsam" jak to sama określiłam ;-) Świetnie się wchłania! Skóra po zastosowaniu jest odczuwalnie nawilżona. Dodam też, że moja wrażliwa cera zawsze źle reagowała na wszelkie kremy ujędrniające/modelujące/liftingujące; czułam się po nich jakbym twarz posmarowała czymś w rodzaju maseczki peel off: skóra była mocno napięta, aż odczuwałam nieprzyjemne uczucie ściągnięcia i bardzo mi to przeszkadzało, jakbym miała zdrętwiałą twarz ;-) Po tym kremie wcale się tak nie czuję! Mam subtelne odczucie jakby "filtra" na twarzy jednak żadnych silnych niemiłych doznań! Krem ma też delikatny bardzo przyjemny według mnie zapach. Opakowanie jest estetyczne, a informacje o składzie i stosowaniu - pełne. Dla mnie jednak jest najważniejsze, że moja wrażliwa, alergiczna, wymagająca skóra nie tylko "akceptuje" kem Lirene Anti-aging, ale naprawdę go polubiła :-) Nie dam nikomu 100% gwarancji, że na Waszej skórze ten krem się sprawdzi równie dobrze jak na mojej. Ale gwarantuję - że warto wziąć go pod uwagę :-)
     Jak wspominałam wcześniej, znam znacznie lepsze kremy, rewelacyjnie działające na mnie pod każdym względem! Jednak w opiniowaniu biorę pod uwagę jeszcze taki czynnik jak stosunek ceny do jakości. Pod tym względem - Lirene Anti-aging wygrywa z innymi znanymi mi kremami :-)