Blogowe zabawy

I znów ku mojemu miłemu zaskoczeniu zostałam nominowana do kolejnej blogowej zabawy. To bardzo miłe - dziękuję bardzo :-) Szczerze przyznaję, że mam opory przed publicznym "obnażaniem się" tu na blogu, ale co mi tam, spróbuję ;-)
 
Jest to wyróżnienie:


Zasady powyższego wyróżnienia:
każdy nominowany blogger powinien:

1. podziękować nominującemu blogerowi u niego na blogu,
2. pokazać nagrodę Versatile Blogger Award u siebie na blogu,
3. ujawnić 7 faktów dotyczących samego siebie,
4. nominować 15 blogów, które jego zdaniem na to zasługują,
5. poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów.


No to zaczynamy ;-)

1. Jestem niepoprawną gadułą, buzia mi się nie zamyka, ale ograniczam się wyłącznie do tematów, na których się znam i którymi się interesuję.
2. Nie lubię słodyczy - jadam sporadycznie, ale mój ulubiony smak to kwaśny! Za cytrynę, ogórki, żurek - dałabym się pokroić :-) I wcale nie mam kwaśnej miny ;-)
3. Panicznie, dosłownie panicznie, aż do utraty przytomności, boję się węży, nawet tych w telewizji czy książce! Ale nie mam nic przeciwko żabom, myszom czy pająkom :-)
4. Tytuł magistra, na piątkę z wyróżnieniem rektora, obroniłam 4 dni przed porodem, mając 30kg na plusie i ledwie chodząc na nogach ;-)
5. Przed maturą z babskiej ciekawości udałam sie do "poradni zawodowej", gdzie po różnych testach okazało się, że mam największe predyspozycje aby być: adwokatem (nie chciało mi się wtedy tyle uczyć), dziennikarzem prasowym (no to piszę, piszę... na blogu!) lub psychologiem.
6. Mimo kilku podejść, nigdy nie udało mi się upiec dobrego sernika - albo sie przypalał albo był rozpaćkany zawsze :-/
7. Uwielbiam lawendę i wszystko co lawendowe: smak, zapach, kolor, zawsze i wszędzie i w każdej postaci :-)

A nominuję (kolejność przypadkowa) następujące osoby:
1. Ania
2. Kropka
3. Elusiek
4.  mordoklejka838
5. Dbająca
6. Emma
7. Bodzinka
8. Kaczmarta
9. e.w.g
10. reni
11. Nessie
12. MIA
13. JackiPlacki
14. Mariolka
15. asiolek

Jeszcze raz dziękuję za wyróżnienie i zapraszam do zabawy!



Zrób sobie... rycerza :-)

Tak, wiem wiem, karnawał właśnie się kończy, dziś ostatki, może post nie jest "na czasie", ale dopiero teraz mogę go napisać. Post o moim małym Rycerzu :-) Synek już rok temu koniecznie chciał się przebierać za rycerza, jednak z powodu chorób nie byliśmy na żadnym balu karnawałowym, wtedy w żłobku też takich nie urządzali, więc tylko na "po domu" na szybko wytworzyłam mu rycerskie przebranie, takie oto:
 


W tym roku bal karnawałowy w przedszkolu ominął nas z powodu pobytu w sanatorium :-( Bal w pobliskiej kawiarence dla dzieci również nas ominął. Ale udało się w końcu dotrzeć na Bal Karnawałowy w ramach Misiowych Poranków w kinie Luna :-) Synek - oczywiście - chciał być rycerzem. Nie stać mnie na kupowanie co roku nowych strojów karnawałowych, poza tym uważam, że to fajnie mieć coś wyjątkowego, zrobionego - choćby i niedoskonale - na własne zamówienie, dokładnie po swojemu :-) Dlatego zgromadziłam zapas tektury, kartonu i podobnych surówców, zaopatrzyłam się w srebrną farbę w spreju,, kilka metrów wąskiej gumki i krepinę srebrną i różową :-)
 


Najtrudniejszy do wykonania jest hełm rycerza, ja w tym celu, w już sprawdzony rok temu sposób, użyłam plastikowej miseczki :-) Za pomoca mocnej taśmy klejącej okleiłam ją odpowiednio przyciętą tekturą:
 
 


       Następnie od wewnątrz przymocowałam (również taśmą klejącą) gumkę aby hełm przytrzymywał się pod brodą mojego rycerza i nie spadał ;-) Całość okleiłam srebrną krepiną, którą związałam na czubku nitką, przyklejając różowy "pióropusz" zgodnie z zamówieniem mojego Rycerza ;-) Na środku nad czołem dokleiłam wycięty z tektury i pomalowany srebrbną farbą ochronny pasek na nos :-P Tym razem zrezygnowałam z przyłbicy - dla wygody - ale można i ją wykonac z odpowiednio przyciętej miękkiej tektury, pomalowanej na srebrno i za pomoca kawałka drutu lub gumki przymocowanej do tektury mniej więcej na wysokości uszu (tak zrobiłam w zeszłym roku).
         Z dużych kawałków tektury wycięłam kształt zbroi i po pomalowaniu na srebrno związałam na ramionach i na bokach kawałkami gumki. Nagolenniki to również kawałki tektury pomalowanej na srebrno i przywiązanej gumkami. Z pomalowanej na srebrno tektury powstał również miecz i tarcza mojego Rycerza. Całość rycerskiej zbroi, założona na szarą bluzeczkę, szare rajstopki i szare rękawiczki (dodatkowo na rękach ozdobione "mankietami" ze srebrnej krepiny przywiązanej po prostu gumką) prezentuje się tak (tu jeszcze z przyłbicą, z której później zrezygnowaliśmy i nie podciętym kształtem zbroi):
 
 
I później, już na samym balu:
 

Dla małych Rycerzy - dziś ostatnia szansa balowania w tym karnawale! A kto nie zdąży - niech szykuje się na ryxcerski bal juz za rok :-)




Zupa z kukurydzy

           Od kilku dni mój Mały Smakosz prosił o zupę z kukurydzy. Nigdy takiej nie robiłam, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz ;-)  Ja za kukurydzą jakoś specjalnie nie przepadam, ale Synek uwielbia i chyba w przedszkolu ostatnio taką mieli. Nie chciałam gotować "zwykłej" zupy na włoszczyźnie z dodatkiem kukurydzy, tylko szperałam w internecie w poszukiwaniu oryginalnych wyjątkowych przepisów. Najbardziej zainspirował mnie ten przepis (KLIK) ale moja zupa była jednak odmienna, zrobiona po swojemu ;-) I bardzo nam smakowała, więc dzielimy się naszym przepisem :-)
            Najpierw przygotowujemy bulion drobiowo-warzywny, mięso drobiowe (ja użyłam 3 skrzydełka, mogą być także korpusy czy udka...) zalewamy zimną wodą, doprowadzamy do wrzenia i na wolnym ogniu gotujemy około 30 minut, w międzyczasie dodając pokrojoną włoszczyznę (ja z oszczędności czasu i wygody użyłam z mrożonki - pół paczki). Następnie dodajemy 1,5 puszki kukurydzy po odsączeniu zalewy oraz drobno starty świeży imbir (około 2 łyżeczki; ostatecznie można dodać sproszkowany) i nadal gotujemy na wolnym ogniu przynajmniej 15 minut - do miękkości; można dla smaku dodać zeszkloną cebulkę również, ale my nie lubimy. Dodajemy przyprawy w ilości wedle własnego uznania: pieprz cytrynowy, kurkuma, gałka muszkatołowa. Pod koniec gotowania zabielamy zupę, ja użyłam do tego jogurt naturalny, ale może być śmietana czy mleko ;-) W tym czasie na dobrze rozgrzanej patelni układamy cieniutkie wąskie paski boczku wędzonego i mocno przysmażamy az będą chrupiące z obu stron! Zupę miksujemy wedle uznania całkowicie gładko lub z większymi grudkami. Na talerz nakładamy zupę, na to paski boczku i ziarna pozostałe w 0,5 puszki kukurydzy. Zupę można tez oczywiście podac z grzankami. Smacznego :-)
 


Dan Cake - część 1 Tartaletki

        Jakiś czas temu od znanej firmy Dan Cake, otrzymałam do testowania cały zestaw najróżniejszych pyszności. W paczce były słodkości i różne półprodukty, wszystko już wykorzystałam, a teraz w kilku wpisach chętnie zrelacjonuję!
          W związku z okresem karnawałowym, sprzyjającym imprezom, gościom, spotkaniom towarzyskim, na początek wspomnę tartaletki - półprodukt firmy Dan Cake usprawniający przygotowanie poczęstunku dla gości :-) Otrzymałam paczkę babeczek z kruchego ciasta, o lekko słonym smaku, do przygotowania wytrawnych tartaletek:
 
 


         Generalnie lubię samodzielnie przygotowywać wszystkie potrawy. Jednak po pierwsze aktualnie nie posiadam żadnych foremek do upieczenia tartaletek, po drugie jako samodzielna mama, zapracowana, zalatana i w dodatku aktualnie chora, czasami nie mam ani czasu ani siły przygotowywać jedną potrawę długimi godzinami... Myślę, że te babeczki to (nawet dla najbardziej zagorzałych kucharzy i kucharek, nawet dla tych którzy uwielbiają i mają czas pichcić, ale nawet im się czasami zdarzają "sytuacje awaryjne") fantastyczne "koło ratunkowe", gdy na przykład, w ostatniej chwili dowiadujemy się o wizycie gości, nie mamy siły czy czasu przygotować wystawnego posiłku albo po prostu (co każdemu, nawet najlepszemu się zdarza) coś nam w kuchni się nie uda i musimy się czymś ratować ;-)
          Jak wspomniałam wiele rzeczy lubię tworzyć samodzielnie od podstaw, ale tartaletek nie robię i jak się okazuje na razie robić nie będę - przekonałam się do tych od Dan Cake :-) To bardzo wygodne rozwiązanie, a przy okazji smaczne i niedrogie. Do tego na stole wyglądają pięknie i oryginalnie, w porównaniu z możliwością podania np. zwykłych kanapek czy byle jakiej zapiekanki - to prawdziwa uczta dla zmysłów :-) Ogromną wygoda jest też rozmiar tartaletek - takie akurat na 1-2 kęsy!
           Choroba nieco zmąciła moje zmysły smaku i węchu, ale wspierając się rodziną przetestowałam tartaletki na wszystkie strony ;-) Zostało orzeczone, że są smaczne, ciekawe i kolorowe i nawet mój Mały Synek z chęcia pałaszował :-) Zastanawiając się jak wypełnić wdzięcznie wnętrze takiej babeczki, najpierw przychodziły mi na myśl sałatka jarzynowa, sałatka z tuńczyka czy sałatka meksykańska (z czerwoną fasolą, kukurydzą i pikantnym sosem). Oczywiście można i tak, ale wydało mi się to zbyt proste i banalne ;-) Musiałam pomyśleć nad czymś innym. Na początek skusiłam się na wypełnienie z pasty jajecznej (jajko na twardo, masło, słodka papryka w proszku, sól, pieprz) i tak powstały pierwsze babeczki (koniecznie wypełnione bardziej niż po brzegi, na specjalne życzenie Synka!):
 


Mini-babeczki zniknęły natychmiastowo, jednak mi wydały się jakies takie "zimne" i nadal banalne. Pomyślałam, że skoro takie są za "zimne" to przygotuję coś na ciepło :-) I zgodnie z upodobaniami kulinarnymi Synka przygotowałam tartaletki "zapiekankowe" (plasterki szynki, na tym podsmażone pieczarki z cebulką, posypane tartym serem żółtym, zapieczone przez kilka minut w piekarniku i podane z keczupem):
 


I już wiem, że "zapiekankowe" babeczki to będzie u mnie hit kinderbali (bo takie się u nas zdarzają) - dzieciakom smakują bardzo, przygotowuje się bardzo szybko (około 15-20 minut), są bardzo wygodne bo takie na dwa kęsy akurat, więc nie zostają nadgryzione kawałki jak na przykład w przypadku podania całej zapiekanki. Dla mnie smak to również prosty, ale dzieci zasmakowały w tego rodzaju babeczkach :-)
      Mając na uwadze również mięsożerców ;-) postanowiłam przygotować coś dla nich. Kolejnym sprawdzonym nadzieniem była pasta z cielęciny z marchewką i grzybami suszonymi (ugotowałam wcześniej coś a'la gęsty gulasz, doprawiając gałka muszkatołową, która według mnie wybitnie pasuje do cielęciny i potem zmiksowałam to na gładką pastę):
 


Tartaletki z cielęciną wyszły pyszne, aromatyczne i sycące! Można podawać je zarówno na zimno (jakgdyby z pasztetem) jak i na ciepło, zapieczone przez 1-2 minuty tylko dla podgrzania. Na koniec przygotowałam mojego faworyta, czyli tartaletki z gruszkami i serem pleśniowym (gruszki z niewielką ilością cukru i goździków przegotowałam dłuższą chwilę, przykryłam serem pleśniowym i zapiekłam; całość można posypać orzechami - ale ja mam alergię na orzechy więc tego nei zrobiłam):
 
 
 
 
I tutaj dosłownie - niebo w gębie! Każdy kto spróbował - ze mną na czele - zachwycał się smakiem, konsystencją, aromatem! Ten pomysł na tartaletki uważamy za najlepszy i na pewno pojawi się na niejednej z moich imprez czy ugości niejednego z moich gości :-) Miałam jeszcze pomysł na wypełnienie tartaletek musem z kukurydzy i odzobienie smażonym boczkiem, ale niestety część opakowania dotarła do mnie pokruszona... w końcu to kruche babeczki ;-) 



W sanatorium dzieci się nudzą - część 1 Kwiatki

           Nasz pobyt w sanatorium, zarówno atrakcje jak i panujące tam warunki, postaram się opisać w osobnym poście, bo za dużo by pisać ;-) Na razie tylko wspomnę, że wieczorami, w czasie chorób czy choćby niepogody (gdy już wszystkie 3 pary butów i 3 kombinezony przemoczone na wylot schną na kaloryferze...) dzieci w sanatorium się nudzą... wtedy wkraczałam ja, ochrzczona przez współkuracjuszy "Świetliczanką", "przedszkolanką", "animatorką" czy "panią Kapitan" ;-) a to przez dzieci bo nosiłam kapitańską piracką czapkę w czasie zabaw z dziećmi ;-) Zabaw było mnóstwo! Znudzone dzieci były zachwycone choćby zwyczajnym puszczaniem baniek (niektóre nie wiedziały, że za pomocą płynu do mycia naczyń i słomki od napojów można zrobić bańki - myślały że można je tylko kupić w sklepie!), budowaniem konstrukcji i węży ze słomek, a zabawa kolorowymi kulkami budziła dziką ekscytację!
              
             Z okazji przypadającego w tym czasie Dnia Babci robiliśmy z dziećmi (i nie tylko) Kwiatki. Na szczęście w pobliżu był nieźle zaopatrzony sklep papierniczy więc zaopatrzyłam się w dużo kolorowej krepiny i zabawy było co niemiara :-) Babciom kwiatki zostały wręczone, ale to nie jedyna okazja z jakiej można je robić ;-)

Przygotowujemy:
- dużo kolorowej krepiny
- słomki (takie od napojów)
- klej
- nożyczki
- taśmę klejącą
- watę (lub chusteczki higieniczne albo ścinki krepiny)


Zaczynamy od zrobienia środka kwiatka, czyli robimy z waty (lub czegoś innego miękkiego) kuleczkę i owijamy dokładnie kawałkiem krepiny w wybranym kolorze:


Za pomocą taśmy klejącej powstały "środek" przyklejamy do górnej części słomki:




Następnie z całej, nie rozwiniętej rolki krepiny, odcinamy około 7cm i nacinamy w dowolnie wybrany kształt "płatków":


Po wycięciu rozwijamy (mi płatki wycięte z całej rolki wystarczają na 2 kwiatki - ale robimy według uznania!). Dolną, nie naciętą część smarujemy klejem i owijając warstwowo oklejamy płatkami nasz "środek":



Po owinięciu i ucięciu pozostałej części, smarujemy klejem słomkę-łodyżkę i oklejamy po skosie paskiem zielonej krepiny:


I kwiatek gotowy :-) Voila! Można delikatnie palcami rozchylić płatki. Można dokleić listki do łysej łodyżki, ale wtedy niewygodnie się trzyma więc my nie doklejamy ;-)


Kwiatek jest równie piękny w bukiecie:


Jak i solo:


Wszystkim tęskniącym za wiosną (i nie tylko) polecam tą zabawę :-) A już niedługo pokażę jakie odjazdowe autka robiliśmy na Dzień Dziadka :-)

Smaczne Candy

Jak zapowiadałam po książkowym i kosmetykowym - czas na kuchenne Candy :-) Dziś mam dla Was coś wyjątkowego: miskę przecierakową tak zwaną :-) Lub inaczej przecierak do warzyw. O taki:


Niektórzy stosują miksery, blendery, roboty kuchenne i inne cuda, ja ich także czasami dla oszczędności czasu używam, jednak wiem dobrze, że prawdziwy SMAK można osiągnąć tylko tradycyjnymi metodami :-) Miska jest wykonana ze stali nierdzewnej i posiada komplet tarek o różnej wielkości oczek:

a więc może siekać, rozdrabniać, przecierać - co kto chce :-) Używać można tego jak się chce, choć generalnie przeznaczone jest do owoców i warzyw, do zup, sosów, przecierów... Miska posiada wygodne zaczepy umożliwiające stabilne jej ustawienie na garnku czy innym naczyniu i przecieranie bezpośrednio do docelowego miejsca :-)
 


Dla osób lubiących gotować, ceniących smak, tradycję a jednocześnie wygodę i jakość (całość ze stali nierdzewnej) - coś idealnego :-) Miska jest nowa (rozpakowana tylko w celu sprawdzenia kompletności i wykonania zdjęć, prezentowanych w tym poście), jej wartość rynkowa to około 140zł.
 
I ten właśnie klasyczny solidny przecierak chcę komuś sprezentować :-) A komu? To się okaże za miesiąc ;-) Zaczynamy kolejne Candy! I znów będzie moja subiektywna ocena, a co,w końcu mój blog, moje Candy, mogę robić co chcę :-P Nie lubię losowań i nie chciałabym jakichś kwestii formalnych przy losowaniu przeoczyć, więc znów subiektywnie będzie ;-) Liczę na Was, że znów dacie mi do myślenia i trudny wybór będe miała (już mam jedną "pocieszajkę" dodatkową przygotowaną, bo jak Was znam łatwo wybrać nie będzie...!).
 
Informacje o Smacznym Candy:
1. Candy trwa od dziś tj. 31 stycznia 2013 do 28 lutego 2013r.
2. Zwycięzcę wybiorę subiektywnie ja sama, a ogłoszę najpóźniej 3 marca 2013 (choć postaram się wcześniej) na tym blogu w oddzielnym poście.
3. Sponsorem nagrody jestem ja, wysyłam paczką pocztową na własny koszt - wyłącznie na terenie Polski.
4. Udział w Candy może wziąć każdy, kto posiada jakikolwiek adres wysyłkowy na terenie Polski (ciocię, babcię, stryjka, kolegę...).
 
Jak wziąć udział?
1. Są dwa warunki konieczne do wzięcia udziału w Smacznym Candy: PIERWSZY - wypowiedź w komentarzu pod tym postem w odpowiedzi na zadane poniżej pytanie; DRUGI - upublicznienie informacji o Smacznym Candy czy to na blogu w pasku bocznym, czy na tablicy FB (proszę o wklejanie linku gdzie została udostępniona informacja, a jeśli ktoś nie chce publicznie podawać danych z FB - mozna wysłać taką informację na mojego maila!).
2. Będzie mi bardzo miło jeśli choć słowem wspomnicie w komentarzu do czego wykorzystacie przecierak (może podarujecie go babci żeby zrobiła wasz ulubiony przecier pomidorowy? a może same będzie z jego pomoca tworzyć dania dla córeczki czy synka?) - ale nie jest to warunek konieczny.
3. Oczywiście będzie mi niesamowicie miło, jeśli dołaczycie do grona moich obserwatorów i polubicie mojego bloga na FB ale nie jest to warunek konieczny - nic na siłę :-)
4. Osoby bez bloga - proszę o podanie adresu e-mail!
5. Każda osoba może zamieścić tylko jedną wypowiedź (jeśli zamieści więcej i tak pod uwagę będę brała tylko tą pierwszą).
 
Oto bannerek do pobrania i zamieszczenia na blogu lub FB:
 


I najważniejsze, czyli pytanie-zadanie konkursowe.
Za oknem zima a ja przywołuję lato ;-)
Uwielbiam robić przetwory. Zazwyczaj mam na to mało czasu i tylko na szybko kilka tradycyjnych "słoików" przygotuję, ogórki kiszone, dżem truskawkowy, sok malinowy, powidła... a przecież tyle jest ciekawych i zdrowych smaków do zamknięcia w słoiku!
Napiszcie proszę o smakowitych przetworach w słoikach. Może to być cały dokładny przepis, może być jakieś Wasze wspomnienie z dzieciństwa, albo nowatorski ciekawy pomysł, coś co Wam się udało pysznego zachować w słoiku albo co najbardziej lubicie jeść ze słoika, może być jakaś ciekawa nazwa przetworów albo wyjątkowy składnik????
Nagrodzę osobę, która najciekawiej, najsmaczniej i najbardziej zachęcająco napisze, aż mi ślinka poleci i aż zdecyduję się sama zrobić w tym roku takie przetwory :-)
Może być słodko, może być wytrawnie, owoce, warzywa, a może jeszcze coś innego zamykacie na zimę w słoikach? Jakie smaki królują w Waszych spiżarniach lub królowały i u Waszych babć, cioć...? Zaznaczam, że mam okrutną alergię na orzechy, pomarańcze, mandarynki, czereśnie i dynię, nie mogę też jeść surowej (przetworzoną w jakikolwiek sposób już mogę, a mój Synek to wręcz uwielbia) papryki, więc poproszę bez tych składników ;-)

Uff, rozpisałam się, ale chyba wszystko jasne i dokładnie przedstawione?

Tak więc do dzieła!!!

Jak rosa na mą... cerę!

          Dziś krótko i konkretnie. Mój od ponad roku ulubiony zestaw, mający stałe miejsce wśród kosmetyków. Przetestowany zupełnie przypadkowo, zagościł u mnie na dłużej (na zawsze?). Mam szczerą chęć sprawdzić wszystkie kosmetyki z tej linii ale ciągle jakoś brakuje okazji, czasu lub pieniędzy ;-) Jak to często bywa - jakość wiąże się z ceną...
         I znów mówię o Biodermie. Czuję się trochę jakbym "grała w reklamie" tej firmy, ale nic nie poradzę - naprawdę jakość tych kosmetyków jest rewelacyjna! Ważne aby dobrać dla siebie odpowiedni, a oferują ich cała gamę. U mnie dodatkowym "testerem" jest moja alergia, AZS, skłonność do zaczerwienień i wysuszania skóry. I nawet ten surowy "tester" akceptuje całkowicie Biodermę.
          Ostatnio rzadko robię makijaż, ale tak czy siak, buzię myć trzeba ;-) Mycie wodą nawet z różnymi preparatami - wysusza i podrażnia. Stosowanie niektórych płynów podrażnia i wywołuje zaczerwienienia. Jak więc myć? Odkąd spróbowałam Płynu micelarnego Hydrabio H2O - czuję, że dla mojej skóry to więcej niż sam prysznic, niż samo mycie! Oczyszcza, nie podrażnia, zgodnie z zapewnieniem producenta usuwa także wodoodporny tusz do rzęs, nie wywołuje zaczerwienień, jest wydajny, wygodny w użyciu, skóra po jego użyciu jest wyczuwalnie nawilżona i delikatna! W niektórych reklamach używa się skojarzeń odświeżania cery poranną rosą - dla mnie ten płyn to właśnie taka poranna rosa na twarz, ale w najlepszym jakościwo i zaawansowanym technologicznie wydaniu ;-)
             Drugi preparat, który użutkuję regularnie to Krem złuszczający Hydrabio Creme Gommante. Każda skóra, nawet tak wrażliwa jak moja, potrzebuje czasem oczyszczenia, złuszczenia, odświeżenia. Wypróbowałam w życiu mnóstwo peelingów itp. Jednak każdy miał jakieś wady. Jak już nawet mnie nie uczulał (co zdarzało się często), to np. miał okropną konsystencję, brzydki zapach, albo bardzo podrażniał skórę. Z dystansem oczywiście podeszłam i do tego, kolejnego. I znów się na Biodermie  nie zawiodłam. Nie uczula, nie podraznia, nie mam zaczerwienień, krem jest skuteczny, ale łagodny - dokładnie jak zapewnia w opisie producent! Ponadto ma idealną kremową konsystencję i jest wydajny.
            Jak już na początku wspomniałam, za jakość trzeba zapłacić, znam mnóstwo tańszych preparatów, ale biorąc pod uwagę wszystkie wymienione przeze mnie powyżej zalety - ja zostaję przy Biodermie :-)
 
 

Prawie jak kebab ;-)

         Przy okazji Surówki z czerwonej kapusty wspominałam o zrobionym z jej pomocą "domowym kebabie". Lubimy kebab. Lubimy baraninę. Jednak w związku z faktem, że kebab jakim możemy się raczyć "na mieście" jest zazwyczaj wątpliwego pochodzenia, wątpliwej jakości i przyrządzany w wątpliwych higienicznie warunkach - nie jadamy go zbyt często. Baranina w mojej okolicy nie jest popularna i ogólnodostępna więc w domu tejże również zbyt często nie jadamy. Ale co nam szkodzi dla domowego smaku kebaba "spolszczyć" jego przygotowanie?
         Przygotowałam pszenne tortille. Surówkę z czerwonej kapusty. Sos czosnkowy (jogurt + wybrane zioła i czosnek, mozna użyć sproszkowany, można też użyć jogurt pół na pół z majonezem a do tego saszetkę gotowej przyprawy do sosu ziołowego). Co do mięsa - ja wzięłam świetną pieczeń (tym razem dostałam gotową od znajomego, ale można samodzielnie zrobić: klops z mielonego mięsa, poprzetykany kawałkami obgotowanej wieprzowiny, doprawiony czosnkiem i majerankiem - pycha!), ale można wziąć pokrojony kawałek pieczonej karkówki, czy cokolwiek lubicie lub macie pod ręką ;-)


           Podgrzewamy tortille, podgrzewamy mięso, nakładamy mięso na tortillę, dodajemy surówkę i sos:


            Całość zawijamy w folię aluminiową i voila: domowy kebab gotowy :-) Oczywiście, można dodać inne warzywa, pomidory, białą kapustę, cebulke - jak kto lubi! Ale nam taki polski, prosty kebab domowy smakował wyśmienicie :-)

Smacznego :-)


Hotel Ossa

       Sylwestra planowałam jak co roku od wielu wielu lat, spędzić w domu, szampańsko acz nie wystrzałowo ;-) Jednak chwilę przed zakończeniem 2012 roku z ogromnym zaskoczeniem i radością dowiedziałam się, że wygrałam weekend Sylwestrowy w hotelu Ossa! Od wielu wielu lat nie byłam na Sylwestrowej imprezie, a w czterogwiazdkowym hotelu jeszcze dawniej ;-) Miałam drobny problem z organizacją dojazdu, ponieważ  oferta hotelu jest skierowana w zasadzie wyłącznie do osób zmotoryzowanych (a to niestety nie ja), ale udało się.
       Choćbym bardzo chciała, nie jestem w stanie w jednym wpisie opowiedzieć o wszystkich możliwych atrakcjach jakie oferuje Hotel Ossa. Krótko napiszę o jakości: hotel na wysokim poziomie! Czyściutko, bardzo elegancko, pełen komfort i wygoda gości! Niesamowicie ujęła mnie profesjonalna życzliwość, uprzejmość i sympatia personelu: dosłownie każdy z obsługi hotelowej witał każdego napotkanego gościa ze szczerym i miłym uśmiechem! Rozumiem, że to może być standard dla niektórych, ale w wielu hotelach albo obsługa przechodzi milcząco obok gości albo mruczy coś wymuszonego pod nosem... tutaj pełna klasa! A w eleganckim, dobrze wyposażonym pokoju, na powitanie czekały na nas takie słodkości:


Mimo niesprzyjającej pogody (wiatr) wiele czasu spędziliśmy na spacerze, na terenie wokół hotelu. A teren jest śliczny! Łąki, lasy, rzeczki, jeziorka, wspaniały kolorowy plac zabaw dla dzieci na piaszczystej plaży (co niewątpliwie latem jest wielką atrakcją!), zimą teren przeznaczony na ogniska, latem - bary nad wodą. Tak więc jest co robić, a z daleka Hotel Ossa również robi wielkie wrażenie:


Wieczorami podziwialiśmy pięknie oświetloną, stylowo udekorowaną okolicę:




Wewnątrz nie gorzej ;-) Kilka restauracji, kawiarni, barów, klub, dyskoteka, kręgielnia, centrum SPA i basen, jak widać równo okupowany przez Synka ;-)


Wszystko w bardzo eleganckim wystroju. Obok basenu również niesamowicie zaprojektowane sauny (z których niestety na stan zdrowia nie mogłam skorzystać, ale z chęcią przynajmniej pooglądałam), ale jacuzzi na terenie basenu też jest fajne :-)


Sama impreza Sylwestrowa w musicalowym klimacie, z niesamowitym menu i wspaniałym koncertem musicalowych przebojów w wykonaniu artystów z warszawskiego Teatru Roma - przeszła moje najśmielsze oczekiwania! Wszystko nie tylko piękne i eleganckie, ale przede wszystkim bardzo dobrze zorganizowane!


W całym hotelu, na każdym kroku można spotkać piękne świąteczne dekoracje, w każdym kącie choinki, reniferki, stroiki, światełka - klimatycznie i elegancko!




Niestety więcej zdjęć nie mam (zamiast pstrykać fotki zajmowałam się odpoczynkiem i szampańską zabawą!). Może to i dobrze? Resztę możecie zobaczyć na własne oczy jak odwiedzicie Hotel Ossa :-) Aha, nie wspominałam jeszcze o jedzeniu - ogromny wybór smaków, świetnie podanych i naprawdę smakowitych, a ja wybredna jestem ;-) Mogłabym pisać i pisać, ale na koniec jeszcze tylko jedna spora wada i jedna spora zaleta Hotelu Ossa. Wadą jest rozkład hotelu. Hotel jest ogromny z labiryntem poziomów, korytarzy, zakamarków, zakrętów... Pierwszego dnia błąkałam się jak po omacku, bo nawet tabliczki na ścianach wskazujące kierunek nie zawsze były jasne... Problemem związanym z rozległością hotelu był też fakt, że zanim rano dotarłam z mojego pokoju do sali gdzie serwowano śniadanie - byłam już porządnie głodna i burczało mi w brzuchu ;-) Chociaż przyznam, że Synek zachwycony biegał w labiryncie korytarzy i zakamarków bawiąc się z nami w berka i chowanego ;-) Zaletą z kolei ogromną w moich oczach jest perfekcyjna organizacja hotelu. Wszystko jest na miejscu na czas, elegancko i dyskretnie. Ale szczytem wszystkiego jest według mnie oferta atrakcji dla dzieci. Pomijam już fakt, że kilka godzin dziennie są prowadzone przez przesympatyczne "ciocie" tematyczne zajęcia dla dzieci w różnym wieku, ale bal sylwestrowy dla dzieci, koordynacja opieki i zapewnienia odpowiedniej rozrywki i komfortowych warunków kilkudziesięciu dzieciom - brak mi słów! Pełna opieka, wspaniała zabawa dla dzieci dostosowana do ich wieku, atrakcyjne dla nich jedzenie, czułe opiekunki, dostosowanie atrakcji do różnych potrzeb, a więc dla jednych dyskoteka dla innych bajki, a także szczegółowe przewidywanie (np. zorganizowanie w pobliżu dziecięcej sali balowej leżanek z czystą pościelą... gdyby ktoś nie dotrwał...). Brak mi słów pochwały za to wszystko :-)

    Na zakończenie króciutko się z Wami pożegnam, ale tylko tak odrobinę ;-) Wyjeżdżam dziś na 3 tygodnie do sanatorium w piękne polskie góry :-) Cieszę się niezmiernie, ale będę tam odcięta od komputera całkowicie! Zaplanowałam dla Was publikację kilku postów, może się uda w międzyczasie, ale ze mną "na żywo" zobaczycie się dopiero pod koniec stycznia! Pozdrawiam wszystkich gorąco :-)

Wyniki Candy Dla Lejdis

         Bardzo bardzo dziękuję Wam za wszystkie zgłoszenia! Witam serdecznie nowych obserwatorów i mam nadzieję, że zostaniecie tutaj na dłużej, a nie tylko do końca Candy ;-)
           Przyznam szczerze, że wczytywałam się uważnie w Wasze rady co do brania witaminek, niektóre wypróbowywałam. Odżywiam się stosunkowo zdrowo, jednak z powodu alergii nie mogę jeść wielu warzyw i prawie żadnych owoców :-( Dlatego suplementacja jets konieczna - niestety! - przynajmniej okresowo.
            Nie przeciągając, moje Candy Dla Lejdis wygrywa:
 
która napisała:
Możesz powiesisz na nitce tabletki na suficie i za każdym razem jak będziesz wchodzić do kuchni to zadzwonią i już :)
Pozdrawiam :)
 
 

Bardzo mi się spodobała ta kreatywna odpowiedź, a kiedy oczami wybraźni ujrzałam te kolorowe tabletki i kapsułki zwisające w kuchni z sufitu na cienkich niteczkach, jak wirująe gwiazdeczki - od razu pamiętałam o witaminkach :-) Fakt, nie wypróbowałam jeszcze tego sposobu, na razie z braku czasu i z powodu wyjazdu, ale z pomocą chyba taśmy klejącej zamierzam sobie takie wirujące kolorowe "ozdoby" w kuchni zamontować - jestem pewna, że będzie wyglądac to wspaniale :-) Dbająca - pobudziłaś moją wyobraźnie i witaminki skojarzyłaś z czymś pięknym i miłym :-) Proszę prześlij pilnie swój adres na mój e-mail: mamaniusia@gmail.com bo paczka spakowana czeka na zaadresowanie i wysyłkę (a pojutrze wyjeżdżam na miesiąc!).
 
Jednak jeden z zaproponowanych przez Was sposobów wypróbowałam i jak na razie działa (na razie skuteczność 80% a to już coś w moim przypadku!). Mianowicie moją kawusię, bez której nie jestem w stanie zacząć dnia, ustawiłam sobie wysoko na półce, a na słoiku z kawą ułozyłam witaminki.
 
 
to Ty jako pierwsza zaproponowałaś ten sposób, więc do Ciebie wędruje drobna niespodzianka ode mnie :-) Równiez proszę o pilny kontakt z podaniem adresu!
 
 
 
         Bardzo serdecznie jeszcze raz dziękuję wszystkim za udział w moim Candy i za wszystkie porady (myślę, że jak zacznę zapominać przy jednym sposobie, będę potem wykorzystywać kolejny z zaproponowanych przez Was posobów!). W związku ze stanem zdrowia Synka, pojutrze wyjeżdżamy do sanatorium na 3 tygodnie, nie mam laptopa i raczej nie będę stamtąd pisać, ale zaplanuję dla Was kilka notek, a poza tym - mam nadzieję, że mi się uda w gorączce pakowania na wyjazd - planuję dla Was kolejne Candy :-) Było książkowo, kosmetycznie to teraz będzie coś kuchennego :-)