Prawie jak kebab ;-)

         Przy okazji Surówki z czerwonej kapusty wspominałam o zrobionym z jej pomocą "domowym kebabie". Lubimy kebab. Lubimy baraninę. Jednak w związku z faktem, że kebab jakim możemy się raczyć "na mieście" jest zazwyczaj wątpliwego pochodzenia, wątpliwej jakości i przyrządzany w wątpliwych higienicznie warunkach - nie jadamy go zbyt często. Baranina w mojej okolicy nie jest popularna i ogólnodostępna więc w domu tejże również zbyt często nie jadamy. Ale co nam szkodzi dla domowego smaku kebaba "spolszczyć" jego przygotowanie?
         Przygotowałam pszenne tortille. Surówkę z czerwonej kapusty. Sos czosnkowy (jogurt + wybrane zioła i czosnek, mozna użyć sproszkowany, można też użyć jogurt pół na pół z majonezem a do tego saszetkę gotowej przyprawy do sosu ziołowego). Co do mięsa - ja wzięłam świetną pieczeń (tym razem dostałam gotową od znajomego, ale można samodzielnie zrobić: klops z mielonego mięsa, poprzetykany kawałkami obgotowanej wieprzowiny, doprawiony czosnkiem i majerankiem - pycha!), ale można wziąć pokrojony kawałek pieczonej karkówki, czy cokolwiek lubicie lub macie pod ręką ;-)


           Podgrzewamy tortille, podgrzewamy mięso, nakładamy mięso na tortillę, dodajemy surówkę i sos:


            Całość zawijamy w folię aluminiową i voila: domowy kebab gotowy :-) Oczywiście, można dodać inne warzywa, pomidory, białą kapustę, cebulke - jak kto lubi! Ale nam taki polski, prosty kebab domowy smakował wyśmienicie :-)

Smacznego :-)


Hotel Ossa

       Sylwestra planowałam jak co roku od wielu wielu lat, spędzić w domu, szampańsko acz nie wystrzałowo ;-) Jednak chwilę przed zakończeniem 2012 roku z ogromnym zaskoczeniem i radością dowiedziałam się, że wygrałam weekend Sylwestrowy w hotelu Ossa! Od wielu wielu lat nie byłam na Sylwestrowej imprezie, a w czterogwiazdkowym hotelu jeszcze dawniej ;-) Miałam drobny problem z organizacją dojazdu, ponieważ  oferta hotelu jest skierowana w zasadzie wyłącznie do osób zmotoryzowanych (a to niestety nie ja), ale udało się.
       Choćbym bardzo chciała, nie jestem w stanie w jednym wpisie opowiedzieć o wszystkich możliwych atrakcjach jakie oferuje Hotel Ossa. Krótko napiszę o jakości: hotel na wysokim poziomie! Czyściutko, bardzo elegancko, pełen komfort i wygoda gości! Niesamowicie ujęła mnie profesjonalna życzliwość, uprzejmość i sympatia personelu: dosłownie każdy z obsługi hotelowej witał każdego napotkanego gościa ze szczerym i miłym uśmiechem! Rozumiem, że to może być standard dla niektórych, ale w wielu hotelach albo obsługa przechodzi milcząco obok gości albo mruczy coś wymuszonego pod nosem... tutaj pełna klasa! A w eleganckim, dobrze wyposażonym pokoju, na powitanie czekały na nas takie słodkości:


Mimo niesprzyjającej pogody (wiatr) wiele czasu spędziliśmy na spacerze, na terenie wokół hotelu. A teren jest śliczny! Łąki, lasy, rzeczki, jeziorka, wspaniały kolorowy plac zabaw dla dzieci na piaszczystej plaży (co niewątpliwie latem jest wielką atrakcją!), zimą teren przeznaczony na ogniska, latem - bary nad wodą. Tak więc jest co robić, a z daleka Hotel Ossa również robi wielkie wrażenie:


Wieczorami podziwialiśmy pięknie oświetloną, stylowo udekorowaną okolicę:




Wewnątrz nie gorzej ;-) Kilka restauracji, kawiarni, barów, klub, dyskoteka, kręgielnia, centrum SPA i basen, jak widać równo okupowany przez Synka ;-)


Wszystko w bardzo eleganckim wystroju. Obok basenu również niesamowicie zaprojektowane sauny (z których niestety na stan zdrowia nie mogłam skorzystać, ale z chęcią przynajmniej pooglądałam), ale jacuzzi na terenie basenu też jest fajne :-)


Sama impreza Sylwestrowa w musicalowym klimacie, z niesamowitym menu i wspaniałym koncertem musicalowych przebojów w wykonaniu artystów z warszawskiego Teatru Roma - przeszła moje najśmielsze oczekiwania! Wszystko nie tylko piękne i eleganckie, ale przede wszystkim bardzo dobrze zorganizowane!


W całym hotelu, na każdym kroku można spotkać piękne świąteczne dekoracje, w każdym kącie choinki, reniferki, stroiki, światełka - klimatycznie i elegancko!




Niestety więcej zdjęć nie mam (zamiast pstrykać fotki zajmowałam się odpoczynkiem i szampańską zabawą!). Może to i dobrze? Resztę możecie zobaczyć na własne oczy jak odwiedzicie Hotel Ossa :-) Aha, nie wspominałam jeszcze o jedzeniu - ogromny wybór smaków, świetnie podanych i naprawdę smakowitych, a ja wybredna jestem ;-) Mogłabym pisać i pisać, ale na koniec jeszcze tylko jedna spora wada i jedna spora zaleta Hotelu Ossa. Wadą jest rozkład hotelu. Hotel jest ogromny z labiryntem poziomów, korytarzy, zakamarków, zakrętów... Pierwszego dnia błąkałam się jak po omacku, bo nawet tabliczki na ścianach wskazujące kierunek nie zawsze były jasne... Problemem związanym z rozległością hotelu był też fakt, że zanim rano dotarłam z mojego pokoju do sali gdzie serwowano śniadanie - byłam już porządnie głodna i burczało mi w brzuchu ;-) Chociaż przyznam, że Synek zachwycony biegał w labiryncie korytarzy i zakamarków bawiąc się z nami w berka i chowanego ;-) Zaletą z kolei ogromną w moich oczach jest perfekcyjna organizacja hotelu. Wszystko jest na miejscu na czas, elegancko i dyskretnie. Ale szczytem wszystkiego jest według mnie oferta atrakcji dla dzieci. Pomijam już fakt, że kilka godzin dziennie są prowadzone przez przesympatyczne "ciocie" tematyczne zajęcia dla dzieci w różnym wieku, ale bal sylwestrowy dla dzieci, koordynacja opieki i zapewnienia odpowiedniej rozrywki i komfortowych warunków kilkudziesięciu dzieciom - brak mi słów! Pełna opieka, wspaniała zabawa dla dzieci dostosowana do ich wieku, atrakcyjne dla nich jedzenie, czułe opiekunki, dostosowanie atrakcji do różnych potrzeb, a więc dla jednych dyskoteka dla innych bajki, a także szczegółowe przewidywanie (np. zorganizowanie w pobliżu dziecięcej sali balowej leżanek z czystą pościelą... gdyby ktoś nie dotrwał...). Brak mi słów pochwały za to wszystko :-)

    Na zakończenie króciutko się z Wami pożegnam, ale tylko tak odrobinę ;-) Wyjeżdżam dziś na 3 tygodnie do sanatorium w piękne polskie góry :-) Cieszę się niezmiernie, ale będę tam odcięta od komputera całkowicie! Zaplanowałam dla Was publikację kilku postów, może się uda w międzyczasie, ale ze mną "na żywo" zobaczycie się dopiero pod koniec stycznia! Pozdrawiam wszystkich gorąco :-)

Wyniki Candy Dla Lejdis

         Bardzo bardzo dziękuję Wam za wszystkie zgłoszenia! Witam serdecznie nowych obserwatorów i mam nadzieję, że zostaniecie tutaj na dłużej, a nie tylko do końca Candy ;-)
           Przyznam szczerze, że wczytywałam się uważnie w Wasze rady co do brania witaminek, niektóre wypróbowywałam. Odżywiam się stosunkowo zdrowo, jednak z powodu alergii nie mogę jeść wielu warzyw i prawie żadnych owoców :-( Dlatego suplementacja jets konieczna - niestety! - przynajmniej okresowo.
            Nie przeciągając, moje Candy Dla Lejdis wygrywa:
 
która napisała:
Możesz powiesisz na nitce tabletki na suficie i za każdym razem jak będziesz wchodzić do kuchni to zadzwonią i już :)
Pozdrawiam :)
 
 

Bardzo mi się spodobała ta kreatywna odpowiedź, a kiedy oczami wybraźni ujrzałam te kolorowe tabletki i kapsułki zwisające w kuchni z sufitu na cienkich niteczkach, jak wirująe gwiazdeczki - od razu pamiętałam o witaminkach :-) Fakt, nie wypróbowałam jeszcze tego sposobu, na razie z braku czasu i z powodu wyjazdu, ale z pomocą chyba taśmy klejącej zamierzam sobie takie wirujące kolorowe "ozdoby" w kuchni zamontować - jestem pewna, że będzie wyglądac to wspaniale :-) Dbająca - pobudziłaś moją wyobraźnie i witaminki skojarzyłaś z czymś pięknym i miłym :-) Proszę prześlij pilnie swój adres na mój e-mail: mamaniusia@gmail.com bo paczka spakowana czeka na zaadresowanie i wysyłkę (a pojutrze wyjeżdżam na miesiąc!).
 
Jednak jeden z zaproponowanych przez Was sposobów wypróbowałam i jak na razie działa (na razie skuteczność 80% a to już coś w moim przypadku!). Mianowicie moją kawusię, bez której nie jestem w stanie zacząć dnia, ustawiłam sobie wysoko na półce, a na słoiku z kawą ułozyłam witaminki.
 
 
to Ty jako pierwsza zaproponowałaś ten sposób, więc do Ciebie wędruje drobna niespodzianka ode mnie :-) Równiez proszę o pilny kontakt z podaniem adresu!
 
 
 
         Bardzo serdecznie jeszcze raz dziękuję wszystkim za udział w moim Candy i za wszystkie porady (myślę, że jak zacznę zapominać przy jednym sposobie, będę potem wykorzystywać kolejny z zaproponowanych przez Was posobów!). W związku ze stanem zdrowia Synka, pojutrze wyjeżdżamy do sanatorium na 3 tygodnie, nie mam laptopa i raczej nie będę stamtąd pisać, ale zaplanuję dla Was kilka notek, a poza tym - mam nadzieję, że mi się uda w gorączce pakowania na wyjazd - planuję dla Was kolejne Candy :-) Było książkowo, kosmetycznie to teraz będzie coś kuchennego :-) 

Matricium

          Znów dopisało mi szczęście i zostałam obdarowana zestawem 5 ampułek słynnego Matricium Biodermy. Wygrałam rozdanie u angelisia.k i paczuszka do mnie dotarła już jakiś czas temu, jednak czekałam z wypróbowaniem na odpowiedni moment, kiedy na mojej alergicznej skórze nie będę miała żadnych dodatkowych znaczących zmian, kiedy również będe miała czas aby wnikliwie obserwować efekty działania Matricium :-)
          Sponsorowana przez producenta paczuszka zawierała 5 ampułek specyfiku. Z wielką chęcią zabrałam się za testowanie. Markę Bioderma znam dobrze, bo na stałe używam kilku kosmetyków tej marki (recenzje wkrótce), a także korzystam z linii do skóry atopowej (dla mojego Synka). O samym produkcie słyszałam i czytałam wiele dobrego, mając bardzo dobrą opinię o marce, byłam ciekawa tak nowoczesnego, rewelacyjnego produktu! Zanim jednak sama kupię drogą nowość, lubię ją wcześniej sprawdzić, przetestować (jest to konieczne, ponieważ jako alergiczka często reaguję uczuleniem na nowe kosmetyki). I taka okazja mi się właśnie trafiła :-)
          Angelisia.k na swoim blogu prezentuje relację z pełnego, 30-dniowego testowania całej kuracji Matricium. Bo cała kuracja trwa 30 dni. Ja otrzymałam zestaw 5 ampułek. Jak to mam w zwyczaju, zaczęłam od szczegółowej lektury ulotki, która jest prosta, jasna, czytelna, zawiera wszelkie potrzebne informacje. Same ampułki są naprawdę wygodne w użyciu, łatwo otwierane i zamykane (po otwarciu można przechowywać do 12 godzin a więc ampułka wystarcza na dwie aplikacje dziennie - jak też i ja ją stosowałam). Proste, czytelnie oznaczone, bez zbędnych ozdobników - mi bardziej kojarzą się z lekiem niż z kosmetykiem - może to i dobrze? Specyfik ma silne działania więc ozdobnym opakowaniem nie powinien zachęcać do lekkomyślnego stosowania i wpadać każdemu w oko ;-)
          Matricium stosowałam przez 5 dni, dwa razy dziennie rano i wieczorem, nanosząc na oczyszczoną skórę twarzy, ze szczeglnym uwzględnieniem czoła i bruzd przy nosie. Łatwo się aplikuje, łatwo się rozprowadza, delikatnie pachnie. Nie uczula mnie! Po aplikacji Matricium nie wystąpiła u mnie żadna reakcja alergiczna! Produkt szybko i łatwo się wchłania, przez chwilę powodując lekkie uczucie napięcia skóry, ale naprawdę delikatne. Z moich obserwacji wynika, że zgodnie z informacją producenta, Matricium rzeczywiście wchłania się całkowicie, a więc jak rozumiem - i całkowicie sie przyswaja! 5 dni to zaledwie ułamek sugerowanej kuracji (30 dni), ale zawsze to jakas próbka możliwości specyfiku. Wygodne opakowania, łatwa aplikacja i pełna przyswajalność - to już duże zalety! Moje wrażenia są poza tym... pozytywne! Po tych 5 dniach, moja ponadtrzydziestoletnia cera, zestresowanej, zapracowanej, niewyspanej Matki Polki ;-) dodatkowo katowana używkami i brakiem odpowiedniej pielęgnacji (z braku czasu i z powodu alergii na wiele kosmetyków), wyglądała wyraźnie lepiej! Widocznie poprawił się koloryt skóry - z do tej pory poszarzałej, bladej, stała się żywsza, leciutko zaróżowiona, trochę brzoskwiniowa, czyli odzyskała swój "naturalny" wygląd :-) Ponadto skóra jest wyraźnie odżywiona. Nie jest to drastyczna, ale naprawde widoczna różnica. Skóra jest ujędrniona, wygląda na dobrze odżywioną, taką "pełną". Tak też sie czuję - nie odczuwam suchości, wiotkości na twarzy. Skoro efekty po 5 ampułkach sa tak widoczne, to po pełnej 30-dniowej kuracji chyba buzię miałabym piękną jak w czasach młodości ;-) Podsumowując: tak, obiegowe bardzo pochlebne opinie o Matricium potwierdzam! Polecam! Cena od 149,9zł za zestaw 30 ampułek wydaje się być wysoka (ja sobie na pewno nie sprawię, ale wpisuję na listę prezentów jakie chce dostać!), jednak od samej wysokości ceny, ważniejsza jest relacja ceny do jakości! A w tym przypadku jest to chyba jedna z najlepszych możliwych relacji, bo za taką cenę mamy produk pełnowartościowy, nie uczulający, łatwo do stosowania i co najważniejsze: działający :-) Bioderma po raz kolejny sprawdziła się w moim przypadku jako rzetelna, nowoczesna, perfekcyjnie dbająca o moje potrzeby marka.

A teraz smarując spierzchnięte alergiczne usta balsamem Atoderm, szykuję się na szałowego (pierwszy raz od wielu lat poza domowym zaciszem!) Sylwestra, w wyjątkowym hotelu, który z chęcią dla Was zrecenzuję po powrocie. Demakijaż po imprezie wykonam moim ulubionym płynem Hydrabio H2O. A Wam wszystkim życzę Sylwestra wystrzałowego, w wymarzony sposób spędzonego :-) Oraz mnóstwa pozytywnej energii i kreatywnych pomysłów w Nowym Roku :-)

"Korneliusz"

           Korneliusz to nazwa robocza. A czemu? A bo uszyty z pomocą Kornelii ;-) Wcześniej był Kleofas, więc w tym wykroju mam już wprawę, to tym razem szybko poszło! Najpierw szybko skroiłam, oczywiście z mojego ulubionego polaru mięciutkiego. Następnie duże elementy, tułów, część głowy, zszyłam z ogromnąpomoca Kornelii :-)
 


Nie wygląda to idealnie (lewa strona), namęczyłam się bo a to mi za grubo pod igłą, a to się ślizga, a to co chwila jakieś "zakręty", ale w stosunkowo krótkim (w stosunku do szycia ręcznego!) czasie udało się cały tułów przygotować :-) Uszy, trąbę i stopy - ponieważ to zbyt małe elementy - doszywałam już ręcznie (w metrze, w czasie drogi do i z pracy!), dokleiłam oczka i voila: Korneliusz jak żywy ;-)
 


Korneliusz powędrował do małego Adasia, miłośnika zwierząt wszelakich i mam nadzieję, że ucieszył go pod choinką ;-)
A my z Kornelcią zacieśniamy naszą przyjaźń :-)



Odświętne przechwałki :-)

     Wczoraj nareszcie ubraliśmy choinkę. Jest inaczej niż było przez ostatnie lata, bo ja od lat ustawiałam choinkę bardzo wcześnie ponieważ uwielbiam klimat świąteczny i w zasadzie już od początku grudnia siedziałam pod pachnącą, zawsze żywą choinką i słuchałam świątecznych piosenek :-) Zawsze też choinka była ustrojona w mój tradycyjny zestaw ozdób w kolorach granatu i srebra. 
      W tym roku jest inaczej. Choinkę mamy dopiero od kilku dni, w tym roku udało mi się skorzystać z akcji prowadzonej przez RMF i dostaliśmy Choinkę pod Choinkę w prezencie :-) Wystałam się, wymarzłam, ale śliczna pachnąca choineczka stała od niedzieli na balkonie i czekała na swój czas! Przez ostatnie lata ze względu na małego Synka choineczki miałam małe, a tym razem duża, co prawda nie do sufitu jak sobie wymarzyłam, ale wyższa ode mnie (o co zresztą nietrudno!). Tym razem również w odstawkę poszły tradycyjne zrównoważone kolory i większość ozdób na choince (nie wszystkie, jest kilka bombek np. w kształcie samochodzików czy piłki nożnej) jest wykonana ręcznie, wiele też jest pachnących i jadalnych ozdób :-) 
        Pierwszy raz w życiu ubierałam choinkę razem z Synkiem! Na pierwsze swoje Święta w życiu był niemowlaczkiem jeszcze, na drugie jakoś też niezbyt zainteresowany był kłującym drzewkiem, rok temu powiesił jedną bombkę i oznajmił, że jest to nudne i sama sobie matka ubieraj choinkę ;-) W tym roku nareszcie się zainteresował! Magiczne wspólne chwile przy dźwiękach świątecznych piosenek, wieszanie ręcznie robionych ozdób, pięknie! Większość choinki Synek ubrał samodzielnie, a ja tylko pomagałam ewentualnie podnosiłam go do góry gdzie nie sięgał. Pod koniec jednak dziką fascynację wzbudziły kable od lampek i włączanie ich i wyłączanie na zmianę co chwila ;-) Dokończyłam sama i jestem wzruszona naszym magicznym kolorowym takim naprawdę "naszym" drzewkiem :-) Oto ono:


Z materiałowymi ozdobami wygranymi w Candy nabiegunachArt i u Agi :-)


Mięciutkie serduszko (też wygrane) i kilometry ręcznie robionego kolorowego łańcucha :-)


Chłopięce elementy na naszej choince :-)


Bombka, którą własnoręcznie 2 lata temu w żłobku wykonał mój Synek :-) I suszona pomarańcza :-)

Bombka w kształcie rybki malowała własnoręcznie przez Synka w tym roku w przedszkolu :-)

I kolejna bombka made by Synek :-)


Bombka ręcznie malowana - prezent z Warsztatów Świątecznych, na których był Synek :-)


Szydełkowy Aniołek - przecudny prezent od Madzi - dziękujemy!

I Wam wszystkim życzę nie tylko pięknej i pachnącej choinki, ale przede wszystkim pod nią dużo spokoju, bliskości, radości i miłości - nie tylko w same Święta ;-)

Kartki po fochu ;-)

Jak wspominałam na FB, za kartki świąteczne wzięłam się kilka dni temu ale kiedy już przy pierwszej posklejały mi się palce klejem typu super glue, to się wkurzyłam, obraziłam i strzeliłam focha na takie kartkowanie :-P Dopiero przedwczoraj wieczorem naszła mnie wena twórcza więc choć późno i oczy się kleiły (tym razem nie palce!) to dzielnie wykonałam kilka karteczek. Z góry przepraszam za kiepską jakość (i kartek i zdjęć), ale było już grubo po północy kiedy skończyłam i ledwie widziałam na oczy a chciałam "uwiecznić" efekty przed wysłaniem kartek.
Ale może zanim zaprezentuję, najpierw chcę pokazać kartki, które w zeszłym roku wykonaliśmy wspólnie z Synkiem. To były nasze pierwsze w życiu własnoręcznie wykonane, a małe rączki i małe oczka niesamowicie się cieszyły efektami:

Kartka Aniołkowa.

Kartka Bałwankowa.

Kartka Mikołajowa.

Kartka Choinkowa.
Jak widać w zeszłym roku kartki były pachnące, na dwóch z nich są elementy wykonane ze skórki mandarynek :-) Było tez dużo brokatu, który mój Synek uwielbia!
A w tym roku (już bez pomocy małych rączek, a może szkoda...) prezentowały się tak:

Elegancka Kartka z Gwiazdą.

Kartka Mikołajowa.

Włóczkowa Choinka.


Elegancka Gwiazdkowa.

Zaśnieżona Kartka Choinkowa.
 

 
Elegancka Pachnąca Bombkowo-Pomarańczowa.






Nasz pierwszy raz :-)

     Zacząć muszę od tego:





























          To powyżej to są moje nie dające się wyrazić żadnymi słowami wyrazy wdzięczności, po prostu nieopisanej wdzięczności :-) Wdzięczność należy się Wioli z Bezdomnej Szafy :-) Życzliwa Kobieta, postanowiła nam urządzić Światowy Dzień Życzliwości i zaproponowała z tej okazji niesamowite Candy, w którym szukała domu dla Kornelii. Oczywiście nie mogłam się nie zgłosić, bo dom nasz przytulny i życzliwy, choć takiej lokatorki nigdy jeszcze nie gościł ;-) Zgłosiłam nasza ofertę, jednak w gąszczu życzliwych domów chetnych do jej przyjęcia wydawałam się sobie taka niezauważalna... Inaczej jednak pomyślała Wiola - nie tylko zauważyła nasz dom, ale to właśnie nasz dom wybrała dla Kornelii! Po tej informacji przez dwie godziny głos mi wiązł w gardle, łzy radości ciekły i ręce się z ogromnej radości trzęsły! Nie posiadałam się ze szczęścia!
     Jak już wcześniej wspomniałam, zawsze myślałam, że nie umiem szyć, a tu niedawno okazało się jednak cos innego ;-) Ale szycie w ręku trwało godzinami, na co niestety praktycznie nie mam czasu :-( Maszyny nigdy w życiu nie dotykałam nawet palcem, jednak pół życia byłam z nią "blisko" bo moja mama szyje od dziecka i potrafi na swojej maszynie uszyć dosłownie wszystko! Od dziecka oswoiłam się z widokami płacht z wykrojami z Burdy leżącymi na podłodze, ze szpilkami, fastrygami, z turkotem maszyny, nawijaniem nici... A teraz to miało stać sie moim udziałem :-) Pewne onieśmielenie ale i nieopisana radość i wdzięczność!
      Gdy Kornelcia do nas dotarła, zgotowaliśmy jej huczne i gorące powitanie :-)
 


         Przez pierwsze dni oswajałyśmy się ze sobą, Kornelcia dostała honorowe miejsce na widoku i cieszyła oko, czasem ją pogłaskałam, popatrzyłam, a ja jedynie w spokojniejszych chwilach rozkoszowałam się wnikliwą lektura całej instrukcji obsługi :-) Myśli zajmowały mi też plany co mogę z jej pomocą uszyć, skąd wziąć wykroje i jak to będzie... Ostatnio zakupiłam kilka niedużych kawałków materiałów aby podjąć pierwsze próby...
       I stało się! Dziś w nocy, dokładnie o północy (tak wyszło), przeżyłyśmy z Kornelcią nasz pierwszy raz! Jak to za pierwszym razem bywa, nie poszło na początku gładko ;-) Ja onieśmielona, zdenerwowana i "zielona", a i ona stawiała lekki opór (przy górnej nici!). Jednak po trzech nieudanych podejściach i lekko drżącej nodze na pedale... udało się! Wykonałyśmy wspólnymi siłami nasz pierwszy szew! Oto on:
 

(Nie, nie szyłam do tyłu, zdjęcie tylko w celach prezentacyjnych :-P)
 
   Rozochocona faktem, że zaczynamy łapać kontakt i chwilą wolnego czasu (chory Synek nocuje u Babci...), złapałam kawałek nowo nabytej dzidziusiowej flanelki i postanowiłam szybko uszyć powłoczkę na jasiek :-) Śpimy z ogromną ilością poduszek i jaśków, którymi się obkładamy z każdej strony, to jeszcze moje przyzwyczajenie z czasów ciąży, kiedy do zajęcia wygodnej i komfortowej pozycji do snu potrzebowałam 2 oparć od kanapy, 3 dużych poduszek i 8 różnej wielkości jaśków... Jeden jest nieco większy i miałam na niego tylko jedną powłoczkę, która się popruła (teraz mogę zszyć! z pomoca Kornelci!) i wykroiłam sobie na ten jasiek poszewkę. Nadal z nieco drżącą nogą ale już wiedząc co i jak, zszyłam. Cóż, hmmm, nie do końca to o co chodziło, ta zakładka z tyłu zamiast na zewnątrz wszyła mi się do środka, nie tak miało być, ale mniejsza z tym, to nasz pierwszy raz, powłoczkę da radę założyć, czyli "działa" - jest ok :-)
 


   Nasze pierwsze wspólne dzieło: ja i Kornelcia uszyłyśmy powłoczkę na jasiek :-) Jestem dumna i szczęśliwa :-) Na pewno do mistrzów krawiectwa mi daleko, ale jestem na dobrej drodze, żeby zacząc szyć dobrze a co najważniejsze więcej i częściej :-) Nie wiem kiedy będę miała (przy chorym dziecku) następną wolną chwilę aby zabawiać się z Kornelią, ale już tęsknię za tymi chwilami ;-) Miała być pościel dla Juleczki ale moja siostra stwierdziła, że jeszcze nie ma pościeli, więc nie wie jaki rozmiar, a na razie dzieciątko i tak będzie spało z nimi lub pod kocykiem, więc temat odsunięty w czasie. Ale moje szyciowe zobowiązanie wobec przedszkola wciąż czeka na wykonanie... Może w Święta się uda? Ach, nie mogę się doczekać!
 
                        Wiolu - dziękuję!!!




Candy dla Lejdis ;-)

Mimo, żem wciąż w wielkim wirze przygotowań świątecznych (przeplatanych okropnymi wirusami), to zgodnie z obietnicą, już teraz zapraszam na szybkie kobiece CANDY DLA LEJDIS ;-)
Aby zacząć miło Nowy 2013 Rok, Candy kończy się 31 grudnia a 1 stycznia ogłoszę wyniki :-)
Zacznijmy od najważniejszego: do wygrania pachnący, różowiutki zestaw oraz Plusssz Lady włosy i pazonkcie - coś specjalnie dla kobiet (choć oczywiście jeśli jakiś mężczyzna ma ochotę wziąć udział - zapraszam!).


Powyżej zdjęcie nagrody :-)
Zasady podobne jak ostatnio:
1. Obserwowanie i lubienie mnie na FB nie jest obowiązkowe ale bardzo mile widziane i sprawi mi dużo przyjemności :-)
2. Blogujący zamieszczają powyższy banner na pasku bocznym bloga. Osoby bez bloga pozostawiają w komentarzu adres e-mail.
3. Candy trwa od dziś do 31 grudnia 2012 a wyniki ogłoszę 1 stycznia 2013.
4. Znów nie będzie losowania, bo nadal nie wiem jak to od strony prawnej wygląda. Dlatego zwycięzcę wybiorę osobiście i bardzo subiektywnie. Proszę w komentarzu wpisać jak rozwiązalibyście mój problem: powinnam brać regularnie różne witaminy, suplementy, ale ciągle o tym zapominam! Mało tego - leki nie mogą leżeć "na wierzchu" ponieważ mam małe dziecko i nie mogą być w zasięgu jego rączek. Czekam na pomysł: jak pamiętać o regularnym braniu witamin? Piszcie co Wam przyjdzie do głowy: mądrze, śmiesznie, wierszem, prozą, jednym zdaniem, praktycznie, kreatywnie... Odpowiedź, która najbardziej przypadnie mi do gustu wygrywa :-) Na pewno będę wypróbowywać Wasze pomysły, może któryś wreszcie okaże się skuteczny?
5. Życzę wesołej zabawy :-)
PS: 1 stycznia koniecznie sprawdzajcie wyniki, bo 3 dni później wyjeżdżam na miesiąc i jeśli zwycięzca nie poda mi szybciutko danych do wysyłki, na nagrodę będzie musiał poczekać jeszcze miesiąc...

Pierniczki

         Uwielbiam piec i ozdabiać pierniczki a już odkąd jestem mamą i mam wspaniałego małego pomocnika to jest to sama przyjemność :-) Nie jestem w tym wielką artystką, ale na nasze domowe potrzeby i dla najbliższych - wystarczająca ;-) Z tego przepisu korzystam od 3 lat. A to z tego względu, że jest przepisem bezmlecznym oraz możliwym do realizacji w wersji bezglutenowej (wtedy zamiast mąki pszennej dodajemy mąkę kukurydzianą, ewentualnie koncentrat mąki bezglutenowej), a na takiej diecie byliśmy ze względu na Synka przez poprzednie lata.
         Pierniczki rewelacyjnie nadają się na ozdoby, do zawieszania na choinkę. Nie są zbyt słodkie, za to są dość twarde i nie za bardzo kruche! Polecam do ozdabiania, lukrowania, ładnego pakowania i znajomym wysłania :-)

Zaczynamy od roztopienia 10dkg masła (lub margaryny w wersji bezmlecznej). W tym czasie w misce mieszamy 50dkg mąki pszennej (lub innej, bezglutenowej), łyżeczkę sody oczyszczonej, 2 duże jajka, 10 dkg cukru pudru, 10 dkg miodu (lub słodu ryżowego w wersji dla alergików!) oraz około 2 czubate łyżki przyprawy do piernika (ja dodaję sporo, każdy jak lubi, można gotową dodać albo samodzielnie zrobić z goździków, ziela angielskiego, cynamonu, kardamonu, gałki muszkatołowej, kolendry i pieprzu na przykład). Dodać roztopione ale nie gorące masło, wyrobić z tego ciasto, które może być nieco klejące (i jest to normalne!). Podsypując obficie mąką rozwałkowujemy ciasto na grubość nie mniej niż 5mm bo cieńsze może się przypalać i łamać! 




Układamy na wysmarowanej tłuszczem blasze i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez 8-10 minut. Pięknie dekorujemy i ze smakiem zjadamy :-)

Dziś niestety już wyczerpani po aktywnym dniu, więc ozdabianie zostawiamy na kiedy indziej ;-)